Zdaję sobie sprawę z tego, że niemal każdy kto przeczyta tę relację z mojej ostatniej podróży, może pomyśleć sobie, że zwariowałem. Zresztą uczciwie muszę przyznać, że nie mam pewności co do tego, że tak właśnie nie jest, ale mam ograniczone kompetencje do autodiagnozy. Uznajmy kompromisowo, że zwariowałem tylko częściowo, na użytek tego posta.

Dalszą część tego posta należy czytać na własną odpowiedzialność.

*

A więc było się zrobiło tak.

Dzień przed wylotem do Bazylei, gdy jadłem wieczorne śniadanie, nagle sama z siebie włączyła się mikrofalówka i zaczęła nadawać tajemnicze kody. Najpierw cztery szóstki, potem cztery siódemki i tak do dziewiątek. Powiedziałem o tym synowi, a on mi odpowiedział, że dzisiaj już więcej wina nie należy spożywać. Wróciłem do kuchni, a tam znowu ten sam komunikat. Powtarzający się co dwie minuty. Wpadłem na pomysł i odpowiedziałem kodem: 1111, 2222, 3333, 4444, dodając przekazem głosowym: „spotkajmy się na czterech piątkach”. I zasnąłem. Na telefonie nad ranem z nieznanego adresu pojawił się SMS o treści „ZGODA”. Jechałem wtedy na lotnisko w Krakowie. I intensywnie myślałem jak wbić te cztery piątki, jak jestem poza domem i nie mam dostępu do mikrofalówki, za pomocą której UFO nawiązało ze mną kontakt. Myślałem, żeby na lotnisku podejść do jakiegoś baru i poprosić o możliwość… no właśnie… skomunikowania się z UFO za pośrednictwem mikrofalówki. Ostatecznie zrezygnowałem, bo obawiałem się, że nie wpuszczą mnie na pokład samolotu.

*

W Bazylei wylądowałem o czasie. Lotnisko jest po francuskiej stronie granicy i jak się chce do Szwajcarii, to trzeba wybrać odpowiednie przejście, spod którego autobus nr 50 dowozi do dworca kolejowego. Zameldowałem się w hotelu, godzinę później dojechał Kazimierz P. Pociągiem z Warszawy przez Berlin. Można było w dwie godziny z Krakowa jak biały człowiek, a on wolał tłuc się ze spoconymi pociągiem 20 godzin. Sama Bazylea, jak cała reszta Szwajcarii, używając określenia mojego kolegi profesora z UWr – „wylizana”. Nienaturalna taka, nie jak moje Bałkany. Wszystko od linijki i ekierki. Nawet znaki STOP są jakby bardziej zatrzymujące. Z Kazimierzem P. poszliśmy w miasto i wbiliśmy się na krzywy ryj w jakiś katering pod kościołem czy galerią, nie pamiętam, bo byłem zajęty żarciem i piciem na koszt podatnika szwajcarskiego. I wciąż intrygowało mnie to UFO, co wysłało do mnie mesydż tuż przed wyjazdem.

*

Podróż przez Szwajcarię była w jakimś sensie banalna. W sumie wszystko było OK, ładnie, czysto, higienicznie, punktualnie. Bezproblemowo. I to już zaczęło mnie drażnić. No nieludzkie jest takie zorganizowanie świata, że człowiek nie wie czy śpi czy nie śpi. Tam nawet gołomby poruszają się niechaotycznie, po jakich urzędowo ustalonych trajektoriach. Trawa w Szwajcarii jest zieleńsza niż w Polsce, a krowy bardziej fitnesowe, nie to co nasze rozpasione bydło. Domy kryte dachówką jak u nas, a na szczytach Alp leży nibyśnieg. Cwaniaki, pierwsze oblali góry klejem z helikopterów, a potem w bezwietrzną pogodę rozpuścili styropian. Z oddali wszystko wygląda jak trzeba i buduje przemysł turystyczny.

*

UFO ma najwyraźniej zakaz działalności w Szwajcarii. Zero kontaktu. Ale tylko po przekroczeniu granicy włoskiej zaczęło się. Frecciarossa – taki włoski superszybki pociąg, 305 km/h. Kazimierz P. twierdzi, że nic nie widział, ale ja na ekranach dostępnych w wagonach widziałem, jak UFO pisało „5555”. Miałem wówczas pewność, że nawiązaliśmy kontakt. Pozostawało otwarte pytanie, jaki był tego cel. Myślałem o tym w pociągu do Syrakuz na Sycylii. Budząc od czasu do czasu włoskiego kolegę z sąsiedniej pryczy z zapytaniem: „a UFO w Italii jest legalne?”. Wzruszał tylko ramionami. Tymczasem miałem pewność, że UFO jest ze mną. I że na swój sposób o mnie dba.

*

Na Sycylii w pewnym sensie byłem sam na sam. Ja i pogoda. Słońce, upał, wilgotność powyżej 100%. O mało nie umarłem. Miałem zwiedzać Syrakuzy i inne Katanie, ale zrobiłem to zdawkowo, fragmentarycznie, symbolicznie, zwracając głównie uwagę jak Włosi reagują na moje klapki z Temu. Syn twierdzi, że są obrzydliwe, ja, że megawygodne. Nie lubię zwiedzać zabytków, wolę zwiedzać ludzi. Obserwować ich styl życia. Godzinami mógłbym wpatrywać się w czarnoskórego, który nosił jakieś kartony z miejsca na miejsce, i niemal zawsze gubił po drodze jeden z setki i po niego wracał z pół kilometra po dowiezieniu tych 99, których nie zgubił. W Syrakuzach. Zupełnie bez sensu, ale i ten świat jest jego pozbawiony…

*

Z Syrakuz jechałem klimatyzowanym pociągiem za 7 euro z Kazimierzem P. do Katanii. W odróżnieniu ode mnie Kazimierz P. miał jasno wytyczony plan zwiedzania miasta i okolic z naciskiem na używanie kolei żelaznych (osobna jednostka chorobowa w trakcie katalogowania w ramach NFZ). Ja nie miałem żadnego planu. Jak zwykle zresztą. Chciałem po prostu się przejść i zobaczyć jak tu ludzie żyją.

*

Po drodze był supermarket, a w nim rum za 7,89 euro. Pomyślałem sobie, być nad morzem i rumu nie skosztować? Z początku karmiłem gołębie resztkami pieczywa, zaraz pod marketem. Potem przeniosłem się na jakąś łąkę, która zrazu zrodziła we mnie podejrzenie, że może tam wylądować UFO. I nie myliłem się. Jak tylko rozpocząłem rozmowę z rumem, na horyzoncie, w tle zachodzącego słońca pojawiły się trzy postaci ze sfery pozaziemskiej. Zatrzymały się w odległości ok. 7 metrów ode mnie, a ja leżąc na łące rozmawiałem z nimi. Pierwszy zapytał, ile mam lat ale w przeliczeniu na lata kosmiczne. Odpowiedziałem randomowo, że milion pięćdziesiąt, ale od razu dodałem pięćdziesiąt trzy. Drugi zapytał, czy uważam siebie za osobę usprawnioną do kontaktów z cywilizacjami pozaziemskimi. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak. Trzeci zapytał, o co chodzi z tym kodem „5555”.

Odpowiedziałem mu, że to był taki blef, haczyk na frajera.
I tym sposobem obudziłem się w szpitalu na obrzeżach Katanii. Krew, ciśnienie, zaglądanie do źrenic. Szpitalny standard. Koło mnie leżał gość, który darł ryja, że aż miałem ochotę go znieczulić. Uber za 20,74 euro dowiózł mnie do hotelu.

No to się nazwiedzałem. Przynajmniej jednak nie utonąłem w nudzie i banale.

UFO, jestem tego pewien, maj swój okryty cel. Oni chcą mnie przekręcić na swoją stronę.

*

Nie polecam wyjazdów ze mną. Wręcz przestrzegam przed nimi.

To na 99% zawsze źle się kończy. Zapytajcie Kazimierza P., Jakuba S. lub Kamila N.

Pozdrawiam z tego miejsca wszystkich obecnych i przyszłych poszkodowanych z tego tytułu.