Zbliżał się termin kwietniowej Rady Wydziału. Większość pracowników nie lubiła na nie przychodzić. Część bo miała pracę za pieniądze na mieście, część z lenistwa, a część ze strachu. Tych ostatnich było najwięcej. Leni już prawie nie ma odkąd Dziekan rozpoczął realizację pilotażowego 5-letniego planu walki z lenistwem.

Większość tych bojaźliwych starał się zajmować miejsca maksymalnie oddalone od stołu prezydialnego, który sekretarka zawsze nakrywała zielonym suknem i ustawiała na nim flakon z trzema sztucznymi goździkami. Ci najbardziej wystraszeni po podpisaniu listy obecności przykucali za ostatnim rzędem, tak aby nie było ich widać. Nigdy nie zabierali głosu, zawsze zgadzali się z władzami Wydziału.

– Dziś nie mamy dużo spraw do omówienia, właściwie tylko jedną. To kwestia wyżywienia na naszej stołówce uczelnianej. – powiedział Dziekan, po czym pstryknął palcami i jego asystent wprowadził na salę dwa potężne dobermany, ustawiając jednego przy jednym, drugiego przy drugim wyjściu. Miał w zwyczaju tak robić jak zależało my, aby głosowanie poszło po jego myśli. A jego myśli były zasadniczo dobre. Dobermany trzymane były w uczelnianej kotłowni, takiej prawdziwej na węgiel, w kącie której siedział starszy mężczyzna bez lewej ręki i co 2-3 godziny dorzucał węgla do pieca. Był jedynym człowiekiem, który nie bał się tych psów. I nawet się z nimi zaprzyjaźnił.

Co tydzień odwiedzał go Dziekan, wyjmując z portfela 40 złotych i mówił – nakup im wątróbki, ale tej najtańszej. Żeby na tydzień starczyło. I weź paragon. Rozliczę to jakoś w kwesturze. – Tylko surową im dawaj, bo inaczej przestaną być agresywne – polecił Dziekan. – A jak coś zostanie, to kup sobie to najtańsze piwo, tylko żeby już nie było go na paragonie.

Palacz dorzucił kilka łopat węgla i powróciwszy na swój wysłużony fotel w kącie kotłowni, w którym panował półmrok.

– Mamy tylko jedną sprawę do omówienia i przegłosowania, jak już wspomniałem na wstępie. – powtórzył Dziekan. – Chodzi o to, żeby w środę zamiast schabowego na obiad była bardzo pożywna kaszanka i żeby było jej dużo.

– No ale i jedno, i drugie jest ze świni – powiedział pracownik, któremu nie zależało na pracy, ale był prawnikiem, i bano się go zwolnić.

– To pierwsze tak, ale to drugie – nie byłbym tego taki pewien. – Odparł Dziekan. – Poza tym nie zna się pan na kaszankach. Proszę niech pan wymieni choćby pięć rodzajów – polecił Dziekan i pracownik zwinął się w kłębek i już się nie odzywał.

Wielokrotnie widziano Dziekana jak zajadał się kaszanką i na stołówce, i w swoim gabinecie. Gdy konsumował ją na stołówce, zawsze prosił o to, by dać mu więcej kaszanki kosztem pieczywa i surówki. I tej cebulki w oleju, żeby więcej dać.

– I tym pożywnym tłuszczykiem niech pani jeszcze poleje. – prosił Dziekan.

W gabinecie konsumował kaszankę na zimno. Kazał sobie sekretarce pokroić ją na kawałki i podać na starej gazecie wraz z pieczywem i świeżo pokrojoną cebulą. W całym pomieszczeniu unosił się upojny zapach tanich podrobów.

– No więc skoro sprawa nie dotyczy kwestii personalnych, głosować będziemy jawnie, przez podniesienie ręki. Można też dwie podnieść, byle wysoko – oznajmił Dziekan. – Czy są jakieś pytania?

– Ja mam pytanie – powiedział nowozatrudniony pracownik – ale czy to oznacza, że nie można będzie na terenie uniwersytetu jeść schabowego nawet jeśli się go przyniesie z domu? – zapytał.

– Formalnie będzie można, ale nie będzie to mile widziane – odparł Dziekan. – Nie po to zakontraktowaliśmy na przyszły rok 100 ton kaszanki, żeby się marnowała. Niejedzenie kaszanki odbierać będę osobiście jako afront w moją stronę.

– A co z wegetarianami – zapytała pani profesor z Instytutu Spraw Mniej Ważnych?

– Przygotujemy kaszankę wegetariańską, po prostu. Tylko kto normalny je kaszankę bez krwi i pożywnego jelita – zapytał Dziekan.

– Ta dyskusja i te pytania są niepotrzebne – spojrzał wymownie w stronę obu psów Dziekan. – Kaszanka zakupiona ma być zjedzona. Niech dyrektorzy instytutów zrobią listę osób z rozpisaniem na terminy, kto kiedy i ile zje kaszanki. Czy się to komuś podoba czy nie, jedzenie kaszanki jest naszym patriotycznym obowiązkiem. – I trzeba też ustanowić kontrolę na stołówce, czy aby cała porcja kaszanki została zjedzona.

– Panie Dziekanie, czy możemy rozpocząć głosowanie? – zapytał sekretarz.

– Owszem. Kto jest za, kto jest przeciw, kto wstrzymał się od głosu. Stwierdzam, że uprawnionych do głosu było 50 osób. 40 osób głosowało za, nikt nie był przeciwko, nikt nie wstrzymał się od głosu. 10 osób zemdlało. – Wezwijcie lekarza polecił Dziekan zamykając oficjalnie posiedzenie Rady.

P.S. Zamówiona w ramach zamówień publicznych kaszanka była praktycznie niejadalna, ale ta serwowana Dziekanowi była klasy premium, o czym wiedział tylko on i Szefowa, która karmiła czarnego kundla Kierownika Działu. Pracownicy ukradkiem chowali do foliowych woreczków niezjedzone resztki i zanosili je w konspiracji do kotłowni, do palacza, który karmił nimi dwa dobermany. Dziekan wiedział o tym procederze, ale nie protestował, bo psy były dzięki temu bardziej syte, a pracownicy bardziej zdyscyplinowani.