Idę o zakład, że nie tylko ja to widziałam. Ślepcy – zgaduję- pędzili do pracy albo nazad, ale reszta też (musowo!) zwróciła uwagę. Albowiem pewnego dnia zaszła pewna zmiana w otoczeniu. Początkowo subtelna całkiem, ale po paru dniach wybuchła na całego. Zaczęło się nieporozornie, więc może rzeczywiście trzeba było bardziej wprawnego oka i większego ucha, o ile to wielkość ma znaczenie. Niektórzy obstają przy technice, ale porzućmy te wędrowne tematy poboczne, bo zaraz zaczną się kłótnie, spory, w ruch pójdą szable i ktoś wyzwie innego na pojedynek, a potem zacznie szukać sekundantów, zrobi się chryja, poleje się krew, ktoś padnie trudem, a na końcu stwierdzimy, że spór jest nierozstrzygalny i szkoda było tego życia i niepotrzebny był ten trup.
Wróćmy więc do tego,co prawie mi umknęło i zarzuconego tematu. Otóż któregoś dnia pojawiła się wiosna. Zza puchatych chmurek wychynęło złociste słońce. Ciepłymi promieniami połaskotało po bladych twarzach zmęczonych zimnem i ciemnością zimowej pory. Potem pogłaskało bure trawniki, gołe gałęzie rozebranych z liści drzew i krzaczków. To ciepło, jasność rozlało się głosząc wszem wobec, że nastała zmiana (nie mylić z dobrą zmianą, bo tej zbitki słownej nie mogę zdzierżyć). Potem poszło szybko i z kopyta. Nagle na drzewach pojawiły się drobne pączki, które rozrastając się pękały z dumą i z dumy prezentując małe listki. Z ziemi wyskoczyły zielone kiełki trawy i krokusów z przebiśniegami. Ptaki zaczęły drzeć dzioby budząc o coraz wcześniejszej porze. Dzień wolał na powitanie i wyrywał z przedostatniej drzemki, gdy myślimy „jeszcze chwileczkę, jeszcze minuta albo lepiej pięć”. Rozległo się bzyczenie zaspanych much, które zawsze pojawiają się nie wiadomo skąd i po co. Zmianę poczuły psy gwałtownie liniejąc z kudłatej sierści. Koty zaś zaczęły rozwrzeszczane marcowanie niepokojąc nawoływaniem do wiadomo czego. Zew wiosny poczuła reszta zwierzaków, bo i ludzie zaczęli częściej gubić czapki, szaliki i rękawiczki. Generalnie zrobiło się absolutnie fantastycznie, bo jasno, ciepło i przyjemnie, a każdy to lubi, co nie?
Szarość z burością przegrywały z zielenią trawki, żółcią i fioletem krokusów, bielą przebiśniegów, a potem czerwienią tulipanów. Psie kupy rozmył wiosenny deszczyk oczyszczając trawniki z brunatnych piramidek i placków. Na ulicę wrócili cykliści ze wstydem skrywający pozimowe krągłości i nabrzuszne oponki. Świecili odblaskami perfekcyjnych strojów i ochronnych kasków z profesjonalnych sklepów dźwięcząc dzwonkami na zaspanych piechurów. Wróciły spory o pierwszeństwo na drodze i wieloletnie spory, kto na drodze jest ważniejszy, ten na dwóch czy czterech kołach (?).
Maszerujący chodnikami z lubością wgapiali się w wybuchy wiosennej przyrody, a przy okazji okna bloków i domów. Pojawili się bowiem odważni, co w żółtych rękawicach skrobali zimowy brud z okien. Zazdrość czystych szyb rozlewał się powodzią, bo chętnych i niechętnych do mycia przybywało z każdym dniem. Zawisły świeżo wyprane i dopiero co kupione nowe firanki we wzorki i z falbankami, wikuśne zazdrostki, a u leniwych zmieniły się kolory rolet. Kiedyś dołączyłby stukot i łomot trzepanych dywanów, ale teraz brakuje trzepaków, a jeszcze bardziej chęci do takich czynności. Pamiętam te niegdzisiejsze kłótnie o cokolwiek, bo potem trzepanie było lepsze, bardziej efektywne, bo trzeba było odreagować jakoś spory o nic i wszystko…
Jeśli ktokolwiek jeszcze czyta, a przy okazji zastanawia się, kiedy wreszcie pojawi się cokolwiek ciekawego, jakaś akcja, dziwna sąsiadka, albo jakiś niezwyczajnym problem czy choroba o przewidywalnym finale… A może ktoś czeka na gwałtowny zwrot akcji, a najlepiej morderstwo, dynamiczne śledztwo, gdy każdy staje się podejrzanym, by wreszcie odkryć, że jak zwykle najciemniej jest pod latarnią i to żona zabiła męża, bo tak naprawdę to nigdy go nie kochała, a on był męskim bokserem i nie chcialo mu się z nią gadać? Swoją drogą ona była złą kobietą, wiadomo. Podobno najwięcej zbrodni jest w najbliższej rodzinie, ale nie znam statystyk. Żona męża, a mąż żonę przestaje kochać, miłość pryska, pojawiają się trójkąty i wielokąty i trzeba coś zrobić, zaradzić i problem rozwiązać. Wiemy, wiemy, że „krew nie woda, majtki nie pokrzywy”, tak „było i będzie, ech”.
Bo..
Tak naprawdę miało być inaczej i o czymś innym, ale mi wyszło „jak zwykle”. Zaczęłam pisanie z myślą o jednym, potem zboczyłam z tematu, skręciłam w prawo, potem w lewo i jak zwykle okazało się, że pomyliłam prawe z lewym i tym sposobem dotarłam na rozstaje dróg. Rozejrzałam się w swojej konsternacji i zagubieniu. Zrobiłam krok w przód, potem w tył, by wrócić do punktu wyjścia. Nawet chciałam rzucić monetą, ale nic z tego nie wyszło, bo zapomniałam, co miało być orłem, a co reszką. Gdy po kłótni ze sobą, pojedynku na słowa i miny wyciągnęłam dwa nagie miecze niczym te z okolic Grunwaldu, gdy polała się krew, a psie pole pokrył pot, trup, rozlane łzy i smarki, a powietrze zastygło w nierozstrzygalnym konflikcie… Więc wtedy podjęłam męską decyzję. Swoją drogą uznaję od dawna, że to określenie wymyślił jakiś paskudny mizogin, co twierdził, że my kobiety mówimy za dużo, nie możemy przestać gadać i postawić kropki. Nie zgadzam się z nim absutnie i wcale i dlatego w tym miejscu stawiam WIELKĄ KROPKĘ.
Na koniec pochwalę się erudycją i innym kunsztem przywołując słowa jednego takiego, co wielkim Polakiem był.
„Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”.
Zostaw komentarz