Szacuje się, że jest ich w Polsce ok. czterech milionów. Głównie: seniorów, osób niezamożnych, ze wsi. Ci pierwsi, nawet jeśli mogą mieć i stać ich na internet oraz laptop, nie mają podstawowych umiejętności by z nich korzystać. I raczej już się nie nauczą.

Byłem dziś z żoną w przychodni na Ursynowie.

W recepcji kobieta o kulach, na moje oko pod 80. pytała panie co ma robić w sytuacji, gdy na zabieg USG w niej czeka się 8 miesięcy, a ma skierowanie i chciałaby skorzystać z innej?
Sympatyczna młoda osóbka odpowiedziała jej-
„Niech pani znajdzie inną w internecie?”

Równie dobrze mogłaby powiedzieć, by weszła na Mount Everest.

Dziś już nie ma książek telefonicznych by mogła sobie takową poszukać.
Cała informacja jest przestrzeni cyfrowej.

Dla takich osób jak owa staruszka to bariera nie do pokonania.
Może nie wszystkich, ale większości.

Nie poszukają tam sobie lekarza, nie wyślą ani nie odbiorą maila, nie znajdą potrzebnej informacji na dowolny temat, nie odbiorą faktury elektronicznej za prąd czy gaz.
Nie zrobią tego, bo nie potrafią.

I trzeba to zrozumieć.

Zwłaszcza powinny to zrozumieć instytucje odpowiedzialne za m.in. opiekę senioralną.
Mamy Ministerstwo Pracy i Polityki Socjalnej.
Mamy ośrodki pomocy społecznej.
Rozmaite fundacje.

Może dobrym pomysłem byłoby powołanie, tak jak w leczeniu onkologicznym, koordynatorów dedykowanych osobom w podeszłym wieku, którzy takich pacjentów poprowadziliby „za rękę” by im ułatwić np. leczenie?

Nie można czekać, aż wymrą.

Bo to nasi rodzice, dziadkowie.
I nie każdemu pomogą dzieci czy wnukowie.
Niektórzy są samotni.

Skazani na „cztery ściany” i życzliwość sąsiadów.