Leżę na łóżku w pokoju inowrocławskiego sanatorium “Energetyk”, patrzę na królewskiego pawia za oknem i rozmyślam o rzeczach minionych. Sam też czuje się trochu miniony, jak upadły król albo książe Łokietek, bo skierowanie do uzdrowiska spadło na mnie niespodzianie, niczym korona na głowę kujawskiego księcia. Więc leżę, wdycham solankę i myślę. A bezpośredni pochop do tych rozmyślań dała mi lektura książki niemieckiego arystokraty i pisarza, Gregora von Rezzori. Książka nosi tytuł “Niegdysiejsze śniegi”, została pięknie przetłumaczona przez Małgorzatę Gralińską i jej nazwa mówi sama za siebie. To nostalgiczna opowieść o bezpowrotnie utraconych krajach i czasach dzieciństwa. Von Rezzori urodził się i dorastał na Bukowinie – mitologicznym kraju multi-kulti, należącym do Austro-Węgier, później do Królestw Rumunii, a jeszcze później do ZSRR. Obecnie tę bukoliczną krainę obłych wzgórz i cienistych borów liściastych, rozciągającą się od Karpat do Dniestru, przedziela ukraińsko-rumuńska granica.
Poświęcam uwagę książce von Rezzoriego nie dlatego, że uwiódł mnie miraż dawnej Mitteleuropy rozumianej, jako teren szczęśliwej mieszanki kultur i narodów pokojowo ze sobą współistniejących.
Ani nie dlatego, że zachwycają mnie huculskie obyczaje, malowane mołdawskie klasztory, albo mądrości chasydzkich cadyków z Sadogóry.
Owszem, interesowałem się kiedyś różnorodną egzotyką Bukowiny, ale to było pół wieku temu, kiedy miałem dwadzieścia lat i przemierzałem ten kraj w celach handlowych, podróżując małym autkiem via Lwów i Tarnopol na Bałkany.
Na Bukowinę wjeżdżałem zawsze przez Zaleszczyki – ostatnie miasto historycznego Podola.
Albowiem droga tranzytowa wiodąca z PRL przez ZSRR do Rumunii, była ściśle wytyczona przez władze radzieckie. Śmiałek, który ośmielił się zboczyć z wyznaczonej trasy, był zatrzymywany, karany i zawracany przez agentów GAI, czyli Gosawtoinspekcji. Jej wartownie stały na rozstajach głównych dróg i przy wjazdach do każdego większego miasta Związku Radzieckiego. Kierowcy wozów mijających posterunki GAI, mieli obowiązek, ograniczyć prędkość do minimum, żeby funkcjonariusze mogli dobrze przyjrzeć się przejeżdżającym autom i ich pasażerom. Inspektorzy Gai, niczym gajowi polowali na polskie samochody, żeby ustrzelić dla siebie, jakieś trofeum. Pod byle pretekstem zatrzymywali auta z polską rejestracją i przetrzymywali je w nieskończoność, czekając na łapówkę. Czasami do opłacenia „policajskich”, wystarczył jeden czerwoniec, czyli 10-rublowy banknot z Leninem, czasami butelka Wyborowej, kiedy indziej: krem Nivea, perfumy “Być może” albo zestaw kolorowych cieni do powiek firmy Celia.
Zaleszczyki w latach 70-tych XX wieku, to była zapadła dziura, zagubiona na krańcach sowieckiej Ukrainy. Z minionej świetności miasteczka, ostały się jeno: łagodny klimat i urokliwe położenie w zakolu Dniestru. Miasto przedstawiało sobą żałosny widok. Nic nie wskazywało na to, że kiedyś był to prestiżowy kurort, w którym swoje wille posiadali Piłsudski, Kasprowicz i inni notable II Rzeczpospolitej.
Wymieniam nazwisko Kasprowicza dlatego, że dzisiejszy list wysyłam do Was z Szymborza, miejsca narodzin autora “Hymnów”. Niegdyś Szymborze było wioską, dzisiaj jest to dzielnica Inowrocławia.
Zaś Kasprowicz w latach dwudziestolecia międzywojennego piastował stanowisko rektora lwowskiego uniwersytetu i nie był już ubogim poetą “Z chałupy” lecz zamożnym i szanowanym profesorem literatury.
Ale porzućmy te kujawskie dygresje i wróćmy do Zaleszczyków mojej młodości.
W tamtych czasach, pryncypialna aleja świetnego niegdyś uzdrowiska obsadzona była zwiędłymi kikutami drzew i wyglądała, jak przysypana kurzem historii atrapa ulicy. Z przedwojennych willi polskich prominentów przerobionych na komunałki, sypał się tynk.
Z wysokiej wieży kościoła św. Stanisława zdarto krzyż, a świątynię przeznaczono na szpital. Lecz jej widok nie zrobił wtedy na mnie tak przykrego wrażenia, jak wcześniej oglądany lwowski kościół św. Anny, który zwiedziłem, jadąc tranzytem przez miasto nad Pełtwią.
Bo świętą Annę przerobiono na magazyn z meblami. Na podwyższeniu ołtarza ustawiono ladę z kasą, a z belki tęczowej zawieszonej nad nawą, zrobiono trzepak na dywany.
Po pokonaniu mostu na Dniestrze, którego pilnował, jakiś niekompletnie umundurowany chłopo-strażnik z karabinem na sznurku, jechało się jeszcze kilkadziesiąt kilometrów wśród spalonych słońcem pól z kukurydzą. Pierwszą, bukowińską miejscowością, w której popasałem, było nędzne, pożydowskie miasteczko Kicman.
W przydrożnym, kołchozowym sklepiku wypijałem ciepły napój owocowy, zagryzałem kiszonym pomidorem i ruszałem dalej w stronę Czerniowców.
Stolica Bukowiny była ważnym miejscem na handlowym szlaku.
Zatrzymywałem się w niej dłużej, żeby zakupić towar przeznaczony na sprzedaż w wyposzczonej przez Conducatora Ceausescu Rumunii.
U zblatowanej ekspedientki czerniowieckiego Uniwermagu nabywałem kilkadziesiąt sztuk bawełnianych chust malowanych w ludowe wzory – pąsowe róże na żółto-kremowym tle. Chusty, to był mój handlowy coup de force. Asortyment uzupełniałem kilkoma kartonami z mydłem ziemlianocznym, ładowałem towar do “malucha” i jechałem na przejście graniczne w Serecie. Na posterunku celnym, trzeba było dać łapówkę znajomemu celnikowi Vasile, który urzędował w gabinecie wyposażonym w wielką szafę pancerną. Jej półki wypełnione były sztangami papierosów marki Kent, butelkami brandy, udającej koniak Napoleon i puszkami kawy Nesca, które Vasile przyjmował w charakterze suwenirów.
Po szczęśliwym sforsowaniu granicy, byłem gotowy na podbój Bukowiny. Krążyłem od wioski do wioski, między Radowcami, a Suczawą – mydlany komiwojażer, sprzedając bukowińskim kobietom kremowe chusty malowane w pąsowe róże i mydło poziomkowe…
Ale w tym miejscu mówię – stop, ponieważ czuję, że oszukuję Znajomych. Albowiem, zacząłem ten list obietnicą zrecenzowania książki Gregora von Rezzori, a zamiast recenzji, po raz kolejny, sprzedałem czytelnikom swoje – niegdysiejsze śniegi.
Na usprawiedliwienie powiem, że sam też czuję się oszukany przez podstępną pamięć, która wciągnęła mnie w tę, bukowińską zasadzkę!

Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz