Oglądamy wojnę w telewizji. Jest bezosobowa, daleka, sprowadzana często do oświadczeń polityków albo militarnych zmagań. Ale ona ma konkretne twarze, nazwiska, a pod nimi kryją się ludzkie dramaty.

Wyobraź sobie czytając ten tekst, że jesteś w Kijowie lub w którymkolwiek z ukraińskich miast ostrzeliwanych każdego dnia.
Na zewnątrz temperatura minus dwadzieścia stopni.
W twoim mieszkaniu nie ma gazu, prądu, wody, a generator dostarcza energię elektryczną jedynie przez dwie godziny.
A na dodatek, w każdej chwili, na twój dom mogą spaść bomby lub Szahedy.

Jest ci bardzo zimno.
Nie pomaga kilka warstw ubrań.
Nie możesz rozgrzać się herbatą bo nie dasz rady jej ugotować.
Nie możesz nic robić więc jedynie leżysz na łóżku by nie tracić energii.
Nie możesz do nikogo zadzwonić bo bateria w telefonie i power bank się rozładowały.
Nie możesz wykonywać wielu rzeczy, które tak kiedyś lubiłeś.
Czytać, czatować w mediach społecznościowych, poćwiczyć, zatańczyć.
Nie możesz robić tego co robią wszyscy w krajach, w których nie toczy się wojna.
A twoja trwa już cztery lata i pomimo deklaracji polityków, jej końca nie widać.

Możesz popaść w depresję, beznadzieję albo wskrzesić w sobie iskierkę nadziei, która wszak nie jest tanim optymizmem.
To ona sprawia, że w ogóle chce ci się żyć i znosić, każdego dnia, ból po utracie bliskich, zimno, brak bezpieczeństwa.
By przetrwać.

Czy kiedy dotarłeś do końca tego krótkiego felietonu zrobiło się tobie, choć przez chwilę, smutno i chłodno?

Jeśli tak, to dobrze.
Bo taki miał być efekt tego tekstu.