Jeszcze kilka lat wstecz nie miałabym z tym problemu, bo to we mnie był problem. Tak przynajmniej myślałam. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam wyrok z ust osób w maskach na twarzy, w białych rękawiczkach na dłoniach, w długich sterylnych fartuchach, pomyślałam, że mój świat właśnie się skończył, że historia mojego życia dobiegła końca, ale jak to dobiegła końca… Przecież kocham życie, zimne poranki, rześki powiew wiatru, promienie wschodzącego słońca, zapach sierpniowego siana i tą lekkość bytu.

Zatem jaki koniec?

A jednak. Hematolodzy dawali mi może pół roku życia. Pół roku, 6 miesięcy, 182,621099 dnia, 4 382,90639 godziny, a może to tylko ulotna chwila, mgnienie oka, jeden ruch skrzydeł kolibra?

Jednak nie ze mną te numery, pomyślałam. Jestem typem wojowniczki. Nie poddam się bez walki. Batalia jaką przyszło mi stoczyć w tej nierównej wojnie, która de facto trwa do tej pory, była i nada jest zacięta, z tym, że w chwili obecnej żyję i nigdzie się z tego świata nie wybieram. Niemniej w tamtym okresie byłam gotowa na wszystko, i to dosłownie. Pewnej nocy, kiedy Morfeusz zapomniał o mnie, robiłam rachunek sumienia, gdybym miała rano już nie ujrzeć świtu. W pewnym momencie naszła mnie dziwna myśl, której się w pierwszym odruchu wystraszyła, ale później, coraz bardziej była mi bliska. A co by było gdybym zaprzedała duszę diabłu w zamian za życie? Może to jest rozwiązanie, może dzięki temu będę mogła cieszyć się dobrym zdrowiem i pięknem tej strony tęczy? Wątpliwości targały nie tylko moim sercem ale i moją „duszą”, której z jednej strony nie chciałam się pozbyć, ale z drugiej dzięki niej mogłabym jeszcze pooddychać.

Nie miałam nic do stracenia, a mogłam zyskać tak wiele, życie. W końcu kiedy będę musiała opuścić ziemię, to dusza i tak pofrunie w górę, bądź stanie u próg Tartaru. zatem czego się bać? Byłam w takiej desperacji, że było mi wszystko jedno, ile będę musiała zapłacić, jak wysoką cenę, aby móc jeszcze pielgrzymować po tym świecie. Cóż, czasami warto postawić na jedną kartę, może to właśnie ona okaże się szczęśliwa?!

W pewnym momencie poczułam dziwne zimno, choć w izolatce było 30 stopni ciepła. Na ścianie ujrzałam cień zbliżający się do mnie powoli. I jeszcze to uczucie, jakby ktoś/coś tamowało dopływ tlenu do płuc. Tak, to działo się naprawdę. Czułam, że tracę oddech, że ktoś/coś przyciska moją klatkę piersiową, jakby chciało wyrwać mi serce… Jeszcze teraz mam dreszcze na samą myśl o tej nocy.

Kiedy szamotałam się jak ranny ptak, odruchowo uczyniłam znak krzyża i zaczęłam błagać Boga o pomoc… zapadła konsternacja. Zamroczyło mnie, jakbym była w innej czasoprzestrzeni, gdzieś między tym a tamtym światem. Nagle upadłam i… Gdy otwarłam oczy, zobaczyła promienie słońca. Pomyślałam, że chyba jednak przegrałam, że stało się to, czego tak bardzo się obawiałam. Jednak nie, żyję. Odwróciłam głowę i zobaczyłam aparaturę kardiostymulującą, kaskadę rurek zwisających ze stojaków przepełnionych kroplówkami.

Zrozumiałam, że ta noc była „sądna”. Mogłam stracić  nie tylko życie, ale i duszę – doznałabym podwójnej śmierci. Na szczęście tak się nie stało. Wiara, miłość i zaufanie do Boga, uratowały mnie. Wystarczyła jedna myśl, aby stracić wszystko, i jeden gest krzyża, aby wszystko zyskać.

Po tych wszystkich latach i doświadczeniach, jestem pewna, że gdyby ponownie naszła mnie myśl o zaprzedaniu duszy, od razu chwyciła bym młotek i „walnęła się” w głowę. Może by bolało, ale za to taka terapia wstrząsowa przyniosła by wymierne efekty – wybicie głupoty z tego czegoś co czasami za dużo myśli.

Teraz, gdy to piszę, już się nie boję śmierci, gdyż wiem, że w godzinie ostatecznej stanie przy mnie Bóg i będzie trzymał za rękę. A duszę zachowam jak długo się da, jest dla mnie równie cenna jak życie – to transakcja wiązana, jedno bez drugiego nie może istnieć.

Strona autorska: Droga do Emaus