Tomasz Grzywaczewski pisze dokładnie tak, jak jest:

„Prawdziwym problemem jest słabość amerykańskiego podejścia do konfliktów zakorzeniona w post-zimnowojennym, unipolarnym i neoliberalnym myśleniu o porządku globalnym. W uproszczeniu sprowadza się on do tego, że wojnami się ZARZĄDZA a nie je WYGRYWA (albo przegrywa).

W związku z tym grupa wojskowo-polityko-menadżerów w „situation room” operacyjnie rozstawia pionki, porównuje dane, i korzystając z amerykańskiej hegemonii wspartej międzynarodowym ładem instytucjonalnym (ukształtowanym przez Waszyngton) zarządza konfliktem zgodnie ze swoimi upodobaniami bez konieczności podejmowania prawdziwie strategicznych decyzji.”

Oczywiście – w jego którtkim tekście brakuje miejsca na analizę, dlaczego w „post-zimnowojennym, unipolarnym i neoliberalnym myśleniu o porządku globalnym” wojen się nie wygrywa, ale się nimi „zarządza”. Tymczasem to właśnie tutaj należy poszukiwać właściwych źródeł problemu.

Osobiście uważam, że tu wcale nie chodzi o myślenie „neo-liberalne”, ale w istocie o myślenie oświeceniowe, nawiązujące wprost do ideałów Kanta wyrażonych w jego eseju „Wieczny pokój”, oraz o pogląd lewicowy, polegający na uznaniu prawomocności wyłącznie wojen „emancypacyjnych”.

Wystarczy wspomnieć słynną „myślicielkę” lewicy Judith Butler, która w 2006 podczas debaty na Uniwersytecie w Berkley wprost uznała, że „Hamas i Hezbollah są ruchami lewicowymi, są częścią międzynarodowej lewicy”. Zastrzegła, co prawda, że „pewne aspekty ich działalności są dyskusyjne”, lecz zarazem podkreśliła, że w niczym nie zmienia to powyższego stanowiska ogólnego.

Skoro zatem znaczna część amerykańśkiej elity oraz w szczególności wielkomiejskiej opinii publicznej w USA jest przekonana, że Hamas i Hezbollah są w istocie lewicowymi ruchami narodowo-wyzwoleńczymi, których celem jest emancypacja etnosu arabskiego i jego wyrwanie spod izraelskiej dominacji, to na jakiej niby zasadzie możnaby oczekiwać, że władze USA jednoznacznie przypiszą te ruchy od „osi zła” i bezdyskusyjnie wypowiedzą im wojnę?

Hamas i hezbollah zostały wpisane na amerykańską listę organizacji terrorystycznych w 1997 r., czyli za drugiej prezydentury Clintona, co było następstwem serii terrorystycznych ataków bombowych w Jerzolimie i Tel Awiwie, w któych zginęło i zostało okalecznonych wiele osób. Zarazem jednak, decyzja ta była zawsze przez liczącą się część elit Zachodu kontestowana. Odmienną opinię wyraża od lat wieloletni Sekretarz ONZ d/s humanitarnych Martin Griffiths, który powtórzył ją głośno w lutym br. w wywiadzie dla Sky News mówiąc wprost: „Hamas nie jest żadną organizacją terrorystyczną – z naszego punktu widzenia jest organizacją polityczną”. Podobną opinię na temat Hamasu i Hezbollahu od lat konsekwentnie wyraża wpływowa organizacja Amnesty International.

Media liberalne a wśród nich BBC przyjęły tu również charakterystyczną pozycję i nigdy nie nazywają Hamasu i Hezbollahu mianem „organizacji terrorystycznych” bezpośrednio a jedynie w cytatach z osób trzecich. Rzecznik BBC Nick Robinson powiedział tak w maju br. w debacie radiowej po rozpoczęciu izraelskiej interwencji w Strefie Gazy:

„Polityka BBC polega na tym, aby nie określać żadnej grupy wprost jako terrorystyczną, chyba że cytuje się uwagi innych osób. Uważamy, że słowo to nie jest neutralne politycznie a jego użycie jest sprzeczne z wysiłkami nadawcy na rzecz obiektywnego relacjonowania.”

Takich opinii jest na Zachodzie bardzo wiele i wynikają one z uznania „praw narodu palestyńskiego”, jako obiektywnie rozpoznanych „praw człowieka”, któych poszanowania Izrael jest zobowiązany przestrzegać. W takiej optyce każdy akt terorru ze strony Hamasu czy Hezbollahu staje się częścią uznanej przez lewicę liberalną za uprawnioną „emancypacyjnej wojny narodowo-wyzwoleńczej”.

Oczywiście – nikt nie jest szczęśliwy z powodu tych aktów terroru, ale stają się one tu nie tyle częścią jakiegoś projektu „czystego zła”, ale raczej „niefortunną” częścią projektu „uniwersalnego dobra”.

Logika systemu prowadzi wprost do polityk „zarządzania” takim konfliktem a nie do przynania Izraelowi prawa do jego „rozwiązania”. Cały wysiłek „społeczności międzynarodowej” nie jest tu skierowany na rozbicie Hamasu i Hezbollahu, ale raczej na znalezienie formuły, w ramach której obie stony mogłyby się zacząć wzajemnie tolerować. Formuła ta musi, rzecz jasna, mieścić się w formacie „liberalnej demokracji” i całkowicie abstrahuje od ryzyka przyszłych problemów. Każde „porozumienie pokojowe” jest tu natychmiast ogłaszane jako „sukces” – jak gdyby niezależnie od tego, że cała historia coraz ostrzejszych konfliktów na Bliskim Wschodzie sprowadza się właśnie do takich „sukcesów”.

W szczególności – logika „liberalnej demokracji” nie jest w stanie dostrzec nieznanego jej faktu, a mianowicie tego, że ani Palestyna ani Liban nie są rządzone przez podmioty uznane przez „prawo międzynarodowe”, ale raczej są terytoriami rządzonym przez organizacje terrorystyczne, w których „oficjalne rządy” są czysto marionetkowe i służą wyłącznie obsłudze idealistycznych postulatów polityków zachodnich – w szczególności pobieraniu międzynarodowych środków pomocowych, nad których dystrybucją jednak już żadnej kontroli nie mają.

W tym sensie ma trochę racji szwajcarski politolog Riccardo Bocco, który twierdzi, że wpisanie Hamasu i Hezbollahu na międzynarodową listę organizacji terrorystycznych uniemożliwia społeczeności międzynarodowej uznanie status-quo. Organizacja terrorystyczna nie może być częścią dyplomatycznych negocjacji, więc nic dziwnego, że funcję tę pełnią za nią „słupy”. Trudno jednak oczekwiać, żeby Izrael chciał usiąść przy jednym stole z kimś, kto podkładał bomby w żydowskich miastach.

Zauważmy, że w latach 90-tych XX wieku właściwie równolegle miały miejsce dwa procesy pokojowe zbudowane w podobnych okolicznościach:

W 1993 r. zawarto Porozumienia w Oslo, gdzie strona żydowska i palestyńska porozumiały się w zakresie możliwego rozwiązania konfliktu na Bliskim Wschodzie. Głównym negocjatorem strony palestyńskiej był wówczas Jasir Arafat – charyzmatyczny lider Organizacji Wyzwolenia Palstyny, który choć miał za sobą epizody terrorystyczne, od lat był już tylko politykiem, ale cieszącym się ogromnym autorytetem w świecie arabskim.

W 1998 r. zawarto Porozumienia Wielkopiątkowe, gdzie zawarto pokój między radykałami północnoirlandzkimi a rządem brytyjskim. Głównym negcjatorem strony północnoirlandzkiej był Gerry Adams – charyzmatyczny lider lewicowo-nacjonalistycznej partii Sinn Féin, były członek Rady Wosjkowej IRA, który jednak od dawna był już tylko politykiem cieszącym się ogromnym autorytetem wśród Irlandczyków.

Oba procesy wyglądały podobnie, ale dzieliły je wielkie różnice:

1) W 2005 r. Międzynarodowa Niezależna Komisja Rozbrojeniowa poinformowała o skutecznym całkowitym rozbrojeniu IRA. Nic podobnego nie miało miejsca w przypadku terrorystyycznych organizacji na terenach palestyńskich i w Libanie.

2) Żaden podmiot zewnętrzny nie ingerował w proces pokojowy w Iralndii Północnej, podczas gdy Palestyna i Liban były/są ciągłym celem destabilizującego wpływu irańskiego i syryjskiego.

3) Irlandia Północna – z całym szacunkiem – nie ma „wymiaru strategicznego” dla Wielkiej Brytanii. Wielka Brytania jest w stanie żyć bez Ulsteru i raczej żadne scenariusze nie uwzględniają tego, że z Północnej Irlandii będą wysyłane na Londyn rakiety balistyczne. Jednak i Liban i terytoria palestyńskiem mają strategiczne znaczenia dla Izraela, dla którego stanowią ciągłe zagrożenie, jeśli są siedzibą wrogich mi organizacji dysponujących siłą wojskową.

Jeśli nałożymy na to potężne perturbacje w świecie arabskim spowodowane Wojną w Iraku i Syrii – mamy pełny obraz, z którego jednoznacznie wynika, że pole manewru politycznego jest właściwie zerowe.

Jednak ograniczenia ideologiczne sprawiają, że kolektywny Zachód jest wciąż w tej sprawie podzielony i wciąż stoi na stanowisku, że „wojna nie jest żadnym rozwiązaniem”. W społeczeństwach Zachodu można wręcz zaobserwować silne narastanie nastrojów antysemickich, co moim zdaniem jest prostą konsekwencją upowszechnienia się postaw w duchu ultralewicowych krytycznych „teorii przebudzenia” (woke). Izrael został tu jednoznacznie rozpoznany jako byt „faszystowski” impementujący „rasistowskie” metody apartheidu a – jak wiadomo – z faszystami nie dyskutuje się może nawet bardziej niż z terrorystami.

Stąd – coraz większa międzynarodowa izolacja Izraela wyrażająca się w spektakularnych uznaniach państwowości palestyńskiej np. przez Hiszpanię, Irlandię czy Norwegię, różnymi bojkotami produktów i firm izraelskich oraz masowymi demonstracjami propalestyńskimi w stolicach Zachodu. Francuski prezydent Macron zapowiedział dopiero co wstrzymanie dostaw broni do Izraela, gdyż „mogłaby ona być użyta w Gazie”.

Nic dziwnego zatem, że demokratyczna administracja amerykańska różwnież zachowuje się tu ambiwalentnie. Widać tu ogromne podziały – prezydent Biden ogłosił, że USA „wykluczają” aktak Izraela na irańskie instalacje nuklearne, podczas gdy Donald Trump wprost zachęca Izrael to takiego ataku. Premier Izraela zachowuje się tu – moim zdaniem – najbardziej racjonalnie widząc, że żaden „pokój” nie jest tutaj rozwiązaniem, że warunkiem do zaprzestania działań wojskowych jest uprzednia zmiana stosunków sił w regionie, co sprowadza się do konieczności rozbicia Hamasu i Hezbollahu zanim dojdzie do jakichkolwiek rozmów. To, że zachodzi tu ryzyko rozlania się konfliktu jest dla niego mniejszym problemem niż obecna sytuacja Izraela, w którym co kilka dni dochodzi do ataków rakietowych. Obawia się tego jednak słaby Zachód, który nie może sobie poradzić nawet z jemeńskimi Houtis, skutecznie blokującymi ruch statków przez Kanał Sueski.

W tej sytuacji nic dziwnego, że rozpaczliwie szukający „świętego spokoju” Zachód coraz częściej zastanawia się po co mu ten cały Izrael. Czyż świat nie byłby bezpieczniejszy gdyby jego nie było? Jestem przekonany, że takie głosy coraz częściej pojawiają się gabinetowych dyskusjach. Transormacja energetyczna oznacza, że rola ropy naftowej będzie spadać a utrzymywanie „lądowego lotniskowca” Zachodu na Bliskim Wschodzie kosztuje coraz więcej.

W przypadku Izraela polityka realna w przedziwny sposób zbiega się z lewicową ideologią, co nie poprawia jego notowań a ewentualne zwycięstwo wyborcze Kamali Harris osłabi jego pozycję jeszcze bardziej. Chociaż Kamala Harris zadeklarowała, że „uznaje prawo Izraela do obrony”, to właśnie – tylko do obrony. Jest to stanowisko bardzo podobne do obecnego stanowiska rządu USA w kwestii ukraińskiej. Jednak zarówno w przypadku Ukrainy jak w przypadku Izraela sama obrona oznacza śmierć.

Czytaj więcej.

Obraz Brigitte Werner z Pixabay