Waszczu słusznie prawi, chociaż najważniejsza konkluzja z jego wypowiedzi jest taka, na jaką sam zwraca uwagę, chociaż tak jakby mimochodem:

„Można się zżymać, można to potępiać, bo to jest polityka skrajnie niemoralna oczywiście, ale taka jest. Trzeba to upubliczniać, pokazywać i piętnować.”

Sęk bowiem w tym, że polityka nigdzie na świecie nie jest po prostu wykładem z etyki. Polityka jest z gruntu niemoralna i fałszywa, gdyż kieruje się wypadkową wielu czynników, z których, powiedzmy to tak – wyrzuty sumienia są dopiero na odległych pozycjach.

W demokracjach politycy są zależni od swoich wyborców a nastroje wyborców nie są ani trwałe, ani jakoś szczególnie zależne od racjonalnych argumentów. Politycy są też zależni od innych czynników decydujących o ich „umocowaniu” – czyli od przychylności mediów, świata biznesu, czasem jakichś popularnych osobistości… Podejmując decyzje, nawet wówczas, kiedy mają na względzie najlepiej rozumiane dobro – nie reprezentują „ludzkości”, ale swoich wyborców oraz dbają o własną popularność, gdyż jeśli ją utracą, przestaną mieć wpływ na cokolwiek.

Zachód Europy od dekad funkcjonuje w najbardziej komfortowych warunkach, jakie są szerokim masom społecznym dostępne na tej planecie. Nikt nie ma tak dobrze jak oni. Są to ludzie rozpieszczeni i rozkapryszeni. Ponieważ podstawowe potrzeby socjalno-bytowe są tam na ogół już dawno zaspokojone, mentalność tych ludzi skierowana jest na potrzeby innego rzędu – na to, co z naszego punktu widzenia jest „dziwnymi problemami współczesnej lewicy”: wykluczenie mniejszości seksualnych, ale już nawet nie zwykłych homoseksualistów, ale jakichś już naprawę wybitnych oryginałów oraz inne podobnie dziwaczne sprawy. Dla tych ludzi dyskomfort sprowadzony przez nagły wzrost kosztów życia spowodowany wojną na Ukrainie jest czymś niesłychanym.

Czym innym jest bowiem rytualne domaganie się od „kapitalistów”, żeby ze swoich zysków czynili jakieś drobne kontrybucje na rzecz głodujących w Etiopii, czym innym jest wyklinanie Monsanto i energetyki jądrowej czy obwinianie „Big Oil” za globalne ocieplenie a czym innym zderzenie się z realnymi konsekwencjami bliskiego konfliktu.

Konfliktu, który zarazem jest mało zrozumiały, gdyż świat Zachodu od Kijowa czy Charkowa oddziela prawdziwa przepaść.

O ile wszyscy Niemcy czy Francuzi, którzy skończyli szkołę średnią spotkali się z kulturą rosyjską – Ukraina, to jest kompletna enigma. Nikt, dosłownie nikt w Paryżu czy Berlinie nie zna żadnego ukraińskiego pisarza, kompozytora czy malarza! My w Polsce – jeśli już – potrafimy wymienić… no właśnie kogo: Tarasa Szewczenko, Borysa Latoszyńskiego… Kogoś jeszcze? Śmiem wątpić! Za Odrą nie znają nikogo. Ukrainy nie ma. Ukraina, to po prostu jakaś prowincja Rosji, która się zbuntowała i tylko ci cholerni Amerykanie – ponieważ mają swoje problemy – prą do kolejnej wojny naszym kosztem…

Tak to wygląda, niestety!

Niemieccy czy francuscy politycy funkcjonują w takich realiach światopoglądowych. I o ile Niemcy, sąsiadując z Polską – mogą jeszcze od nas dostawać kuksańca, to tacy Francuzi są już za daleko. Z ich punktu widzenia jest to już „odległa wojna”, której skutków nie chcą odczuwać, bo niby z jakiej racji?

Emmanuel Macron ma multum problemów: Żółte Kamizelki, imigracja z Afryki, zdestabilizowany Magreb, wzrost przestępczości… Coraz bardziej krucha stabilność polityczna Francji wisi na włosku podtrzymywana dostępem do tanich rosyjskich surowców. Francja, to państwo rozbudowanego socjalu. Tamtejsza „umowa społeczna” jest wyjątkowo wymagająca wobec rządzących…

Polacy muszą mieć świadomość tych okoliczności i muszą zrozumieć, że polityka jest brutalna. Mając do wyboru zamieszki w Paryżu lub bombardowanie Kijowa, prezydent Francji wybierze bombardowanie Kijowa… Albo Warszawy… Tak to jest – nie ma co się obrażać, ale trzeba mieć tego świadomość.

Myślenie Polaków musi się skoncentrować nad tym, co możemy zrobić, aby bombardowanie Warszawy nie było po prostu „kolejną możliwą opcją” dla polityków Zachodu, kiedy będą negocjować z Rosją.

Otóż jednym sposobem na to, aby to zmienić, jest zajęcie przez Warszawę podobnej pozycji w światowym obiegu pieniądza, co Paryż, Berlin czy Londyn. Innej drogi nie ma. Aby nie być traktowanym jak prowincja, trzeba być metropolią. Polacy muszą zacząć myśleć w takich kategoriach, gdyż zajmując miejsce w strefie geostrategicznego zgniotu – nie stać nas na mniejsze ambicje!

Bezpieczeństwo Polski można osiągnąć jedynie maksymalizując nasze narodowe ambicje i starannie dbając, aby nie zbaczać z tej drogi. To jedyny sposób!

Fot. pixabay.com

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.