Kiedyś podstawową podstawą pożywienia były zupy.

W pokoleniu moich pra-, dziadków rodziców oraz moim własnym zupy jadało się nie tylko na obiad, ale także na śniadanie. W miastach oraz na koloniach i w domach wczasowych były to zupy mleczne. Na wsi – najrozmaitsze. Najczęściej żur, albo jego odmiana zwana zalewajką. Zupy były też obowiązkowym składnikiem śniadaniowego menu w każdym wojsku. Obowiązkowo były wysokokaloryczne, ergo – tłuste, trudno było wyobrazić sobie obiad bez zupy.

Drugie danie wzbogacone zasmażkami, kawałkami mięsa, kiełbasy lub skwarkami.

Każdy prawdziwy obiad składał się z zupy i – ewentualnie – dalszych dań. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu było do zupy mniej lub bardziej wartościowym i sycącym dodatkiem.

Zup była wielka rozmaitość. Że wymienię najbardziej popularne: grochówka z kartoflami i boczkiem, grzybowa czysta, z makaronem lub zaprawiana śmietaną, jarzynowa, kartoflanka-zapalanka (doprawiana podsmażoną na słoninie lub smalcu cebulą), koperkowa, ogórkowa, pomidorowa (z kluskami, ryżem, albo krojoną w kostkę kaszą manną), szczawiowa, barszcze: biały (czyli żurek), czerwony i ukraiński, zacierkowa, kapuśniak ze słodkiej i kwaśnej kapusty (czyli zarzutka), szczawiowa, no i oczywiście krupnik. W lecie zupę zastępowało często zsiadłe mleko lub maślanka z kartoflami. W ciepłe dni jadało się także zupy owocowe: jagodowe, truskawkowe, jabłkowe, wiśniowe, zależnie od tego, co akurat dojrzewało w lesie lub sadzie. Zupy owocowe były zwykle zagęszczane śmietaną.

Dodatkiem do nich były kluski, grzanki lub kostka z kaszy manny. Jadano także chłodnik, tak pięknie i smakowicie opiewany w „Panu Tadeuszu”.

Na tej liście zabrakło rosołu, który był niewątpliwym królem wszystkich zup, a w swej najelegantszej postaci występował jako bulion. Rosół był nie tylko elegancką i świąteczną zupą. Rosołowi przypisywano (jak się okazało nie bez kozery) właściwości magiczne, a nade wszystko – zdrowotne. Gdy ktoś zachorował w jego diecie obowiązkowo pojawiał się rosół. Delikatny, z obranego ze skórki kurczęcia lub przeciwnie – z wielkimi okami tłuszczu – jeżeli należało niedysponowanego wzmocnić.

Taki leczniczy rosół gotowano wedle specjalnego ceremoniału: z możliwie jak największej rozmaitości mięs, z dodatkiem dużej ilości włoszczyzny. I bardzo długo. Rosół pyrkał na małym ogniu przynajmniej dwie godziny.

Jeśli mowa o zupach o magicznych właściwościach, to należy wymienić też zupę zacierkową. Tę leczniczą gotowano nie na rosole, ale na wodzie mocno zaprawionej podsmażoną na złoto cebulką i skwarkami. Podobno miała cudowną właściwość leczenia dokuczliwej przypadłości, jaką jest kac..

W pierwszej części opisałam chleb powszedni, czytaj poniżej:

Fot. Sadurski.com

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.