Nie chcę psuć nikomu radości bo przecież sam przez trzy dni zajmowałem się w wolnych chwilach wyłapywaniem co bardziej poruszających obrazów wyzwolenia Chersonia i okolic. Co ja mówię trzy dni. Od czwartku przecież.
Przypomnę tylko dla porządku jak to było. W lutym ruscy zajęli Chersoń niemal bez walki. Niemal, nie oznacza, że w ogóle bez, ale prawie. Jeszcze 24 lutego za cenę własnego życia most w Geniczesku na południu obwodu chersońskiego wysadza Witalii Skakun, 28 letni żołnierz 35 Brygady Piechoty Morskiej, urodzony w Brzeżanach. To ma dać czas swoim dla zorganizowania obrony dalej. Pierwszy z legendarnego pocztu. Witalii Skakun.
A kolumny toczyły się dalej. Tu chodziło o odcięcie Ukrainy od morza poprzez zajęcie Mikołajowa, potem Odessy a na koniec połączenie się ruskawo mira z Naddniestrzem i w konsekwencji – prędzej czy później – zwasalizowanie małej Mołdawii. Taki był plan.
Plan się nie powiódł, za Chersoniem skończyło się powodzenie Moscow Morgul. Hordy rozlały się na przedmoście, ale nie poszły dalej, a gdzie poszły – zostały pobite. Symbolem tego tężejącego oporu był gubernator obwodu – Witalii Kim, jego zdjęcie jak czeka w swoim gabinecie na najeźdżców, uśmiechnięty, z nogami w kolorowych skarpetkach wywalonyc na biurko.
Myślałem, Boże, jak go szkoda. Ubiją przecież jak dostaną w swoje łapy. Ale – mógłby powiedzieć Witailii – najpierw muszą mnie dostać a ja im sam w te łapy nie wejdę, muszą po mnie przyjść.
No i przyszli, i dostali bęcki.
A potem było himarsowanie i 39 celnych ostrzałów Czronobajewki. Między innymi. I to trwało całe lato i jesień.
I gdzieś tam musiała wtedy zapaść decyzja o odwrocie.
Decyzja o odwrocie z Chersonia musiała być podjęta dużo wcześniej, jak twierdzą mądrzejsi ode mnie. Pamiętam całe tygodnie, kiedy doniesienia z frontu zaczynały się od zdumienia, że pod Chersoniem coś się dzieje, ale nie wiadomo za dobrze co.
Niektórzy wiążą te decyzję z następstwem kilku czynników. Na przykład z wysadzeniem mostu krymskiego z jednej strony. I z niepowodzeniem rosyjskiego natarcia na Awdijewkę i Pawliwkę – na skraju Donbasu.
Dlaczego? Chodzi o zaopatrzenie, które do Chersonia miało móc iść albo linią kolejową przez Wołonowachę-Melitopol, albo przez most krymski i dalej w stronę Chersonia z Krymu. I teraz – kiedy wyleciał w powietrze most krymski, została linia kolejowa, która miejscami nie tyle jest w zasięgu ognia HIMARS-ów, ale także artylerii zwykłej. I napór na Awidjewkę i Pawlilwkę miał odsunąć front tak daleko, żeby linia nie była w zasięgu arty. Nie udało się. No i – mówią jedni – trzeba było ewakuować przedmoście chersońskie, zanim nastąpiła tam katastrofa z zaopatrzeniem.
A inni mówią – nie, nie to nie tak. Była różnica między zapotrzebowaniem oddziałów a tym co można było dostarczyć, nie ma co zaprzeczać, ale chodziło przede wszystkim o to, że z Chersonia miało iść natarcie. A ruskim udawało się co najwyżej bronić, więc uznali rozsądnie, że lepiej jest zwinąć się w sposób planowy i „skupić na innych kierunkach” niż ryzykować zniszczenie całego zgrupowania.
Tych trzecich, którzy mówią o układzie – raz między Ukrainą a rosją, raz między NATO a rosją a innym razem między USA a rosją – wspominam, ale jako folklor analityki wojennej. Dowodów na to brak, koncepcja słaba, zachowanie stron post factum nie świadczy by był to układ.
A co do tych drugich, co mówią, że to był planowy odwrót – pewnie mają rację. Wiele wskazuje na planowany, wykonany konsekwetnie manewr odwrotowy, a jakże. Tylko mówienie, że zachodziła jedynie różnica między zapotrzebowaniem a realnymi możliwościami logistyki, ale nie, nie, nie miało to nic wspólnego z himarsowaniem jest jakieś mało spójne logicznie.
No bo czyż pod Stalingradem w 6 armii siedzącej w kotle nie zachodziła rażąca różnica pomiędzy zapotrzebowaniem znajdujących się tam jednostek, a możliwościami ich zaopatrywania?
Można nazwać oczywiście napad rabunkowy specyficznym sygnalizowaniem deficytów emocjonalnych sprawcy i nieświadomym wołaniem o pomoc psychoterapeutyczną ze strony sprawcy, ale to nie zmienia faktu, że mamy do czynienia z napadem rabunkowym.
To był odwrót poprzedzony solidnym, chociaż w sporej części pośrednim #roswpierdolem .
Inna sprawa, że wygląda na to, że pościg ze strony ukraińskiej był prowadzony raczej miękko. Pytanie dlaczego?
Mogę się mylić, ale dlatego, że większość zgromadzonych wokół przedmościa chersońskiego oddziałów była już w drodze gdzie indziej. Może na odpoczynek, może na doszkolenie na zapleczu a może na zaplecze frontu w rejonie Zaporoża, a może na północ, gdzie błyskotliwej ofensywie z września obie strony przepychają się koło Swatowego i Kreminnej i żadna nie uzyskuje powodzenia?
A może pod Bachmut gdzie naciskają wagnerowscy przez cały czas?
Naprzeciw sił rosyjskich, głównie złożonych już nie z elitarnych jednostek, które zrotowano wcześniej, jeszcze w październiku, nie stało zatem już 20 brygad, bo Ukraińcy swoje siły też zrotowali, ale może 5-6 związków taktycznych. A jak idziesz w pościg sam i wiesz, że za tobą nie toczy się reszta, to jesteś ostrożny, bo nie wiesz czy ten pościg to nie pułapka.
A że odwrót był zaplanowany prawdopodobnie wcześniej, to i nie widać za wiele zdobytego, zniszczonego sprzętu. Chociaż coś musiało się dziać, bo na jednym z ulubionych moich filmów z wyzwolenia jedna babunia z okolic Chersonia ogląda filmy na komórce u młodziutkiego żołnierza i cieszy się, jak ładnie się palą nazgulskie czołgi.
Ale wiele tego nie wypłynęło w przekazach. Pewnie dlatego, że i wiele nie było. Odwrót był planowy. Co się dało, to zawijali wcześniej.
To, co jest teraz pewne, to że szybko za Dniepr nie wrócą, o ile w ogóle tego scenariusza nie poniechali.
I skończy się serial Czornobajewka. Nie będzie 40 bombardowania.
Nie będzie ciężkich walk ulicznych w Chersoniu. Nie będzie bombardowania artylerią swoich, w ramach przygotowania do odbicia miasta. To się nie zdarzy.
Tylko, że Chersoń przed wojną liczył 320 tysięcy mieszkańców. Teraz, według szacunków władz lokalnych zostało w mieście około 80-90 tysięcy mieszkańców. W mieście nie ma wody prądu. Postawiono już prowizoryczne maszty dla telefonii komórkowej i telewizji. Niektóre instytucje otrzymały generatory prądotwórcze.
I zdaje się, że zginęli już przy rozminowywaniu pierwsi ukraińscy saperzy.
I zdaje się, że są odkrywane pierwsze masowe groby.
Swołocz zawsze to po sobie zostawia. Zrabowane mieszkania zaminowane place zabaw, zasrane miejsca użyteczności publicznej i masowe groby.
I ta myśl, że zawsze jak dostaną wpierdol na froncie, to w kilka dni się mszczą uderzeniami na cywilów.
Pocieszająca jest świadomość, że według doniesień brytyjskiego wywiadu w moscow morgul zostało kilkadziesiąt Kalibrów i nie więcej niż 120 sprawnych Iskanderów. A Iran oś burczy, że z tymi dostawami dronów to nie będzie ta łatwo.
Z drugiej strony – walą po infrastrukturze krytycznej cały czas. Pytałem znajomej czy czegoś im nie potrzeba, wysłał zdjęcia swojego kilkuletniego synka uczącego się pisać litery przy świeczce.
Głupie pytanie zadaje człowiek, kiedy żyje w sytości.
Trzeba będzie szybko zorganizować jakiś powerbank i lampki na baterie do ładowania. I jakoś trzeba będzie to wysłać.
Rzeczy duże składają się z rzeczy małych.
Po kilku dniach euforii wraca świadomość, że wojna trwa.
Nadchodzący dzień to będzie 265 dzień
trzydniowej wojny władzimira srajtaśmowicza fiutina,
mówcy motywacyjnego pleśni,
pasterza pałeczek kałowych salmonelli,
natchnienia rzezimieszków.
Że wagnerowcy właśnie zabili wróconego do rosji jeńca Jewigienija Nużyna. Ten wpadł jakiś czas temu, pod Izjum. Udzielił wywiadu z odsłoniętą twarzą ukraińskiemu dziennikarzowi gdzie pozwolił sobie na kilka słów szczerości. Został wymieniony w ramach wymiany jeńców. Wagnerowcy dostali go w swoje ręce, przykleili mu do głowy kawałek muru i uderzyli go w te głowę młotem. I zabili.
Taka tam tradycja. Kiedy po wielkiej wojnie ojczyźnianej, którą rosjanie tak lubią się mentalnie futrować wracali do matuszki rasiji jeńcy z niemieckich obozów, które były gehenną i mało kto był w stanie je przeżyć, gdzie jeńcy sowieccy umierali dziesiątkami tysięcy – to na dzień dobry trafiali a przesłuchanie a potem dostawali wyroki wieloletnich łagrów. Bo jeniec – to szpieg i zdrajca.
Tak, to jest starcie cywilizacji.
Przywódca, formalnie zresztą nieistniejącej „grupy wagnera” zwany kucharzem putina jewgienij prigożyn miał skwitować wrzucone do sieci nagranie z egzekucji zdaniem:
„Jeśli chodzi o tego, co został zabity młotem, to widać, że nie znalazł szczęścia na Ukrainie, za to spotkał niemiłych, ale uczciwych ludzi. Myślę, że ten film powinien się nazywać ‘pies zasługuje na psią śmierć’”
Chociaż sam jewgienij musi być wyjątkowo odrażającą postacią, skoro używa figury psa, dla – w jego mniemaniu – pohańbienia ofiary rytualnego mordu, bo trudno przecież egzekucję jeńca młotem nazwać inaczej niż rytualnym mordem.
Dlaczego pies miałby być synonimem zdrady? Ja sam am kota, ale psy poważam. Psy raczej słyną z wierności ponad wszystko. Stąd te pomniki psów, które nie przyjęły do wiadomości śmierci pana, pani i przychodziły w miejsce gdzie ostatni raz widziały pana, panią, nierzadko aż do śmierci głodowej.
Takie są psy chujowy jewgieniju, co do którego pociesza mnie jedynie fakt, że jesteś śmiertelny tak jak ja, więc też kiedyś umrzesz.
Taki był pies Krym. Pamiętacie psa Kryma? Jego zdjęcie wyjącego na gruzowisku w mieście Dnipro obiegło świat. 30 września ruska rakieta zabiła mu wszystkich. Była Pani Babcia, Pani, dwójka dzieci. Pan w tym czasie był na wojnie. I zginęli wszyscy w jednej chwili, a pies Krym został. I wył na gruzowisku.
Wczoraj pies Krym umarł.
Serce mu nie wytrzymało.
Takie są psy. Nie ma po co żyć po takiej tragedii, chyba że dla pomsty.
Widać psie serce było za dobre.
Potrafiło tylko tęsknić za tymi, których już nigdy nie spotka i przestało bić.
Ja nie mam psiego serca. Mam dużo gorsze ludzkie serce. Serce które zna dziwną nienawiść. Nienawiść na odległość, bo przecież nie jestem na tej wojnie, a zarazem jestem tysiącem znaków, myśli, słów, które mnie wypełniają.
Myślę o autobusie, który co noc wyjeżdża z wrocławskiego dworca PKP.
Wiem, bo go widziałem w czerwcu, kiedy jechałem do Pragi.
To autobus z Wrocławia do Melitopola.
Taki gest frmy Flixbus. Mała solidarność.
Nie dojeżdża do Melitopola, ale jedzie ile się da i formalnie nie zmienił trasy.
Tak, kojarzy wam się legedna o pytaniu sułtana czy poseł z Lechistanu już przybył?
Mi też.
Mam nadzieję, że już niedługo będzie ten autobus tam dojeżdzał,
że utorują mu drogę poprzez zastępy pana much i ciemności
święty Javelin,
święta Panzerfaustyna,
błogosławiony Bayraktar,
wielebny HIMARS, który się podoba Panu.
Tego sobie i wam i Tobie Ukraino – życzę.
Слава Україні!
Смерть ворогам!
_____________________________________________________________
Za wszystkie objawy sympatii niezmiennie dziękuję. Każdy klik ma znaczenie.
W pierwszy komentarz dzisiaj wrzucę wam link do twittera i film jak to babusia cieszy się widokiem płonących ruskich czołgów.
Ponieważ lepiej widzę sprawdza się jednak wrzucanie zbiórek pojedynczo a nie hurtem – dzisian wracamy do zbiórki, którą prowadzimy z UA Future oraz Piotr Kaszuwara i Jacek Cielecki – drugi komentarz
Gdyby komuś zbywało i zechciał mi nad ranem postawić wirtualną kawę – trzeci komentarz.
Pamiętajcie nie każdy musi, ani nawet nie powinien jeździć do Ukrainy. To nie zawsze ma sens i się opłaca. Równie ważne jest to, co robimy tutaj.
Dziękuję też za wspieranie mojego tutaj pisania poprzez wirtualne kawy w serwisie buycofee.to. Dziękuję za wszelkie objawy sympatii – lajki, udostępnienia, komentarze oraz – a jakże – wirtualną kawę postawioną tu i tam na buycoffe.to – link tutaj.
Póki co ciągle zachęcam do wsparcia zbiórki BBożydar Pająk Ważny jest tyleż grosz, co podrzucanie linków do zbiórki gdzie kto może – wykop, tik-tok, twitter, telegram, sam już nie wiem.
Dzisiaj tradycyjnie wrzucam zbiórkę na batalion medyczny (link tutaj) Медичний Добровольчий Батальйон Госпітальєри • Hospitallers Paramedics
– zbiórkę Bożydar Pająka na helikoptery ewakuacji medycznej (link tutaj).
Trzymajcie się!
Trwa nadal zbiórka na batalion medyczny Госпітальєри Госпитальеры Hospitallers. To czysty konkret. 80% rannych przeżywa dzięki dobrej organizacji ewakuacji i opieki medycznej pola walki w armii ukraińskiej. Takich wyników tamta strona nie ma i nie będzie miała. A naszym trzeba pomagać. Link TUTAJ.
Autor: Radosław Wiśniewski Polski dziennikarz, poeta, ur.1974 – pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami, jednej eseistycznej, jednej prozatorskiej i jednej popularno-historycznej. Tłumaczony na niemiecki, angielski, hiszpański, ukraiński, fiński oraz węgierski. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, byłym redaktorem naczelnym ex-kwartalnika „Red.”, wieloletnim współpracownikiem „Odry”.
Więcej na Facebook’u: https://www.facebook.com/autorautor74
Zostaw komentarz