Patrz ile miłości zmarnowano – powiedział wicekomendant Straży Miejskiej w Cieszynie. – Żeby tak raz lisa rozjechać i nie zgłosić. Przecież to zwierzę chronione, nie byle szczur – kontynuował bez większych emocji.

– Byłeś kiedyś na serio zakochany? – zapytał i w jego oczach po raz pierwszy zobaczyłem łzy. – Byłeś? – krzyczał.

– Byłem k…wa nawet nie wiesz jak bardzo. Jak ja kocham to miłością zabijam. Nie potrafię kochać na pół gwizdka – odkrzyczałem mu. Jak kocham, to góry przenoszę! Wiedz to – powiedziałem.

– Ten biedny rozjechany lis – kontynuował mój rozmówca. Jego jest przede wszystkim żal.

– Żal wam lisa, ale nie żal wam zmarnowanej miłości. Żałosne – zawołałem.

– Niech się profesor nie unosi – powiedział student.

– Kimże jesteś, aby mnie pouczać – zapytałem.

– Pana przewodnikiem – odpowiedział student w zniszczonych butach.

– Nie dbam o buty – usprawiedliwiał się. – Chcę jak najdalej przejść w życiu. Nie dbam o obuwie, mogę iść boso – powiedział. Byleby tylko dojść. Do celu.

– Ten rozjechany lisek, to nie był przypadek. – zapytałem?

– Nie był. Miał wstrząsnąć panem. Ale nie panem jako instytucją bo lubi pan nią być i się za nią chować – ale panem jako człowiekiem. Bytem ludzkim nieschowanym za żadnym instytucjonalnym parawanem.

– Czemu lisek został przejechany? – zapytałem.

– To nie ma teraz żadnego znaczenia. Trzeba ratować pana. Pańskie życie tak pełne emocji. I piękne – powiedział wicekomendant.