Marcin Jop: #Pokój_Analiz
#Raport_z_Ukrainy!

Dziś 7 stycznia 2023 roku, trwa rosyjska agresja na Ukrainę.

Dzisiejszy raport wypada zacząć od dobrych wieści z Waszyngtonu i Berlina – dla walczącej Ukrainy popłynie bardzo szeroki strumień pomocy wychodzący na przeciw żywotnym potrzebom ukraińskich sił zbrojnych. Zwraca uwagę zwłaszcza gotowość do przekazania 50 pojazdów M2 „Bradley” – bojowych wozów piechoty będących właściwie sprzętem ikonicznym amerykańskiej pancernej pięści od lat 80 tych XX wieku. Pojawienie się tej pozycji na liście ofiarowanego sprzętu natychmiast otwarło ogólna dyskusję na temat możliwych dostaw czołgów konstrukcji zachodniej, podgrzewaną obecnie do skrajnej temperatury. Poza owymi pięćdziesięcioma „Bradleyami” i zapasem 500 przeciwpancernych pocisków kierowanych TOW dla nich na Ukrainę pojedzie także:

– 100 transporterów M113. Wiele pojazdów tej rodziny już pojechało na Ukrainę w formie donacji innych krajów wspierających. To stare wozy, których historia zaczyna się na przełomie lat 50 tych i 60 tych, ale wielokrotnie i gruntownie modernizowane ponownie stały się użytecznym narzędziem walki. Skutecznie wypełniają luki po utraconych podczas walk transporterach radzieckiej produkcji.

– 55 pojazdów MRAP. Nie wiem, czy chodzi o wozy „Cougar”, czy „Caiman”, ale to bardzo przydatne pojazdy. Program wdrażający do służby w siłach zbrojnych USA wozy MRAP był niesłychanie kosztowny i z tego powodu bardzo krytykowany, ale weterani mają na ten temat inne zdanie – to pojazdy kołowe, które zostały skonstruowane w taki sposób, by maksymalnie chronić załogę i przewożony desant przed skutkami eksplozji min. Idea ich powstania oparła się na doświadczeniach afrykanerskich, związanych z użytkowaniem pojazdów rodziny „Buffel”, „Bulldog” i „Casspir”. Podczas służby w działaniach wojennych przez wiele lat transportery te doskonale chroniły żołnierzy i nawet pomimo użycia bardzo silnych min w większości przypadków załogi wychodziły z opresji bez szwanku.

– 138 „Humvee”. Wozy, których przedstawiać nikomu nie trzeba.

– 18 haubic M109 „Palladin”. To dar cenny bo, obok 36 haubic 105 mm wypełnią luki po utraconym dotychczas sprzęcie artyleryjskim konstrukcji zachodniej i pozwolą nie tylko zachować znaczną przewagę technologiczną nad rosyjskim przeciwnikiem, ale także stworzyć pewna rezerwę sprzętową. Wraz z działami na Ukrainę pojedzie także 70 tysięcy pocisków 155 mm, oraz 95 tysięcy pocisków 105 mm. Ponadto zapasy armii ukraińskiej wzbogacą się o 500 pocisków kierowanych 155 mm, których skuteczność jest powszechnie znana.

– RIM-7 „Sea Sparrow”. To pociski przeciwlotnicze o zasięgu niespełna 20 kilometrów użytkowane przez długie dekady (w służbie operacyjnej od 1976 roku) w roli podstawy obrony przeciwlotniczej okrętów. Od momentu wprowadzenia do służby pocisków AMRAAM, przy okazji wycofywania ze służby starszych typów jednostek morskich czołowych potęg, zastępowanych nowymi konstrukcjami, „Wróble” były wielokrotnie modernizowane, co przedłuża ich operacyjny żywot, gdyż nadal pozostają na wyposażeniu wielu jednostek pływających należących do marynarek drugorzędnych. Jeśli próba dostosowania „Sea Sparrow” do warunków lądowych powiedzie się w praktyce, oznaczać to będzie bardzo poważne wzmocnienie potencjału ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, gdyż zapasy tej broni są bardzo duże, co ma kapitalne znaczenie w świetle rosyjskich prób „zmęczenia” ukraińskiej obrony i zużycia w dotychczasowych walkach znacznej części zapasów pocisków odziedziczonych po ZSRR.

Jak się wydaje, uzgodniono też transfer na Ukrainę bojowych wozów piechoty „Marder” 1A3. W nadchodzących tygodniach ma ich trafić na front (po uprzednim przeszkoleniu załóg) 40. Przypominam, że po wycofaniu ze służby w Bundeswehr setki pojazdów „Marder” zostało zezłomowanych, a inne przechowywano właściwie pod gołym niebem, więc remont umożliwiający ich ponowne użycie jest czasochłonny i kosztowny. Trudno orzec jak wiele z zachowanych „Marderów” w ogóle może zostać przywróconych do służby. Oby jak najwięcej.

Dużym wzmocnieniem, zwłaszcza dla związków piechoty zmotoryzowanej (brygady desantowe, lub strzelców górskich Ukrainy) powinny okazać się francuskie pojazdy wsparcia AMX-10. Pojazdy te z uwagi na zastosowane rozwiązania konstrukcyjne nie są dla czołgów podstawowych (Main Battle Tank – MBT) obu walczących stron żadnym przeciwnikiem, ale doskonale sprawdzają się w roli wysoko manewrowego wozu wsparcia ogniowego dla walczącej piechoty.

Kwestią czasu jest także transfer pierwszych zestawów rakietowych „Patriot” – na chwilę obecną mowa o dwóch bateriach pochodzących z USA i Niemiec. Wraz z używanymi już zestawami IRIS-T, NASAMS, a nawet starszymi „Aspide”, „Sea Sparrow” i „Hawk”, to prawdziwy Game Changer. Mówimy nie tylko o obronie przed rosyjską kampanią terrorystycznych ataków rakietowych na infrastrukturę cywilną (zresztą konsekwentnie słabnącą), ale także i właściwie przede wszystkim, o kontroli nieba nad polem walki.

Mimo wszystkich tych dobrych wiadomości pozostaje nierozwiązaną kwestia dramatycznie dużej rosyjskiej przewagi w wartości bojowej czołgów. O ile w walkach obronnych nie odgrywa ona tak dużej roli, gdyż główny ciężar obrony spoczywa na barkach piechoty zmechanizowanej dysponującej znakomitymi systemami przeciwpancernymi, to już w warunkach poważnych działań zaczepnych luka technologiczna (systemy kierowania ogniem, amunicja) zaczyna odgrywać dużą rolę. Jak wielokrotnie wspominałem, precyzja i zasięg ukraińskich systemów artyleryjskich – i tych lufowych, i tych rakietowych) może tylko w pewnej części zastąpić słabość sił powietrznych i broni pancernej. Teraz, gdy rosyjskie linie obronne mają charakter ciągły i zostały rozbudowane w głąb nie ma mowy o możliwości zrekompensowania słabości posiadanych przez Ukrainę wozów MBT poprzez skuteczny manewr na polu walki. Na polu hipotetycznej bitwy z broniącymi się siłami rosyjskimi skuteczna pancerna pięść zdolna do nawiązania skutecznej walki z wciąż licznymi masami rosyjskich T-72, T-80 i T-90 będzie jednym z głównych czynników stanowiących o powodzeniu „reconquisty” okupowanego terytorium, z drugiej strony, brak takowego sprzętu znacząco ograniczy potencjał ukraińskich operacji zaczepnych. Wiemy przecież z chersońskich doświadczeń, że pierwotny impet natarcia ukraińskich brygad nawet przy bardzo silnym i precyzyjnym wsparciu ogniowym szybko wygasał w obliczu rosyjskich kontrataków rezerwowych formacji pancerno-zmechanizowanych. W konsekwencji, śmiałe ukraińskie przedsięwzięcia zaczepne dość szybko zamieniały się w uporczywe walki w uzyskanych wyłomach, które Rosjanie dość skutecznie blokowali.

Co u Rosjan? Ano – niewesoło. Wprawdzie cały świat internetowy przelicza pozostałe jeszcze Rosjanom zapasy amunicji artyleryjskiej, ale ja tym razem, co może być zaskakujące, poszukam analogii historycznych, by uwypuklić rosyjskie problemy. Obserwuję z niesłabnącym zainteresowaniem, jak na dworze kremlowskiego Cara narasta konflikt pomiędzy poszczególnymi zausznikami. Tak jak ongiś Hitler, tak obecnie Putin bardzo chętnie antagonizuje swych ludzi poprzez dublowanie kompetencji. Widomym znakiem tego procesu jest udział w inwazji oprócz regularnych sił zbrojnych także jednostek Rosgwardii, a przede wszystkim stały wzrost znaczenia rozmaitych formacji zależnych raczej od innych niż wojsko agend władzy, takich jak Grupa Wagnera. To bardzo miło ze strony Putina, że nie ufa siłom zbrojnym, bo jak uczy nas doświadczenie z lat 1943-1945, logistyka i zabezpieczenie uzupełnień ludzkich na każdym szczeblu siły zbrojnej składającej się właściwie z trzech armii nastręcza mówiąc wprost nierozwiązywalne problemy. Oczywiście związki formowane przez struktury niezwiązane z armią pozostają w praktyce pod operacyjną kontrolą tej ostatniej wchodząc w skład korpusów i armii. Jednakże tutaj właśnie ów nadzór się kończy. Formacje konkurencyjne wobec armii mają osobną bazę rekrutacyjną, nieprzygotowane i niedoszkolone kadry sztabowe, które nie bardzo radzą sobie z pracą polegająca na podtrzymaniu zdolności bojowej. Coś jak SS i formacje lądowe Luftwaffe względem Wehrmachtu w końcowej fazie Drugiej Wojny Światowej. Jeśli dużą część rosyjskich jednostek na froncie stanowią związki w praktyce pozostające poza kontrolą sztabu generalnego, bałagan musi być nieziemski. Mało tego – z uwagi na brak odpowiedniego zaplecza, zarówno „separatyści”, jak Rosgwardia, czy oddziały najemników w miarę swego rozwoju będą stalke drenować zasoby ludzkie wojsk lądowych z tak potrzebnych specjalistów, a przecież dotychczasowe straty bojowe i niebojowe znacząco zredukowały potencjał rosyjskiej kadry oficerskiej. Można na polu walki zrobić z sierżanta podporucznika, ale nawet najzdolniejszy podoficer, czy oficer nie stanie sie z dnia na dzień absolwentem akademii sztabu generalnego, który posiada wiedzę i umiejętności niezbędne do pełnienia roli oficera zaopatrzeniowego, czy operacyjnego na szczeblu pułku, brygady, bądź dywizji. W efekcie, mimo kolejnych posunięć mobilizacyjnych i zastosowaniu praktycznych rozwiązań opartych na dotychczasowych doświadczeniach poziom wartości bojowej jednostek rosyjskich będzie rósł bardzo, bardzo powoli, albo wręcz spadał mimo odtworzenia w części lub w całości stanów bojowych świeżym rekrutem. Im dłużej więc będzie trwała rywalizacja pomiędzy poszczególnymi współpracownikami Putina, tym lepiej. Na chwilę obecną Rosjanie mają przed sobą wyłącznie bardzo mroczne perspektywy – ich potencjał powoli, ale nieubłaganie maleje, gdyż tylko w części są w stanie uzupełnić zużytą amunicję i inne zapasy, a przeciwnika rośnie – poprzez kolejne transze pomocy sprzętowej. Już od dawna obserwujemy rosnąca przepaść pomiędzy wartością bojową poszczególnych jednostek na froncie, w efekcie czego tylko mała część rosyjskich związków dywizyjnych i brygadowych zachowała zdolność do realizowania operacji bojowych na poziomie zbliżonym do początku konfliktu, podczas gdy większość nadaje się obecnie jedynie do pasywnej obsady utrzymywanej linii frontu. Próba ulżenia wojskom lądowym, poprzez skierowanie do realizacji kluczowych zadań najemników obróciła się przeciw armii, gdyż zachowujący nad takimi jednostkami kontrolę Prigożyn może teraz jeszcze skuteczniej rywalizować z innymi oligarchami, w tym z Szojgu. A żeby było śmieszniej, tym samym drenując i tak już mocno osłabioną armię z niezbędnych jej zasobów ludzkich i materiałowych. Tymczasem naga i brutalna prawda osłania się już tylko bardzo cienką ażurową firanką – oddziały najemników mimo szerokiej reklamy poprzez media okazały sie na froncie w szerszej perspektywie tak samo nieskuteczne jak wojska regularne, przy czym nie wolno nam zapominać, że pierwotny, quasi elitarny charakter tworzących Grupę Wagnera i inne jednostki weteranów przeminął wraz ze stratami poniesionymi w boju. Tworzący obecnie ich rdzeń kryminaliści i w zasadzie zupełnie przypadkowi ludzie nie zawsze mający jakiekolwiek doświadczenie wojskowe są już tylko cieniem minionej jesienią „świetności” formacji najemniczych. Pozostaje zatem trwanie w świecie propagandowej iluzji walki z calutkim NATO, wyreżyserowanych triumfalnych odwrotów na z góry przygotowane pozycje, gospodarskich wizyt na zapleczu frontu z malowaniem trawy na zielono włącznie. Pozostaje tylko życzyć sobie, by Putin jak najdłużej tkwił z jaźnią zawieszoną pomiędzy realiami, a iluzjami, bo dzięki temu nadal Kreml oczekiwał będzie od wojska albo realizowania nierealnych zadań i dyrektyw, albo jak obecnie popadnie w rozkazodawczy letarg, który bierze się z reguły w takich przypadkach, z kompletnej bezradności na rozwój wydarzeń rzeczywistości dalece wykraczającej poza idylliczny obraz świata wodza narodu, podtrzymywany skutecznie jak się da przez przerażonych, niekompetentnych zauszników starających się za wszelką cenę utrzymać w pozycji piesków skamlących o resztki z pańskiego stołu.

Drogi Czytelniku, jesli ten artykuł przypadł ci do gustu – udostępnij go i postaw Autorowi kawę, link do kawomatu:
buycoffee.to/marcin_jop