Kto tworzy za darmo, kto płaci przy kasie, kto znika przy podziale
Człowiek, który porządkuje świat
Jest taki szczególny rodzaj człowieka, który po pracy, po obiedzie albo wieczorem, kiedy rozsądni ludzie odpoczywają, siada do komputera i zaczyna porządkować świat. Nie dlatego, że ktoś mu kazał. Nie dlatego, że czeka na niego grant, sekretariat, ministerialna pochwała albo choćby pani z księgowości z delegacją do rozliczenia. Siada, bo czegoś mu szkoda. Słowa, które jeszcze pamięta stara sąsiadka. Fotografii, która leży w pudełku po butach. Nazwiska wyrytego na omszałym nagrobku. Historii wsi, której nie wpisano do wielkich podręczników, bo wielkie podręczniki mają zwykle ważniejsze sprawy niż małe wsie.
Jeden spisuje gwarę swojej okolicy. Drugi skanuje stare zdjęcia. Trzeci opisuje kapliczki, młyny, cmentarze, dawne drogi, nazwiska i rodzinne opowieści. Czwarty buduje słownik. Piąty przepisuje dokumenty, których nikt poza nim nie miałby cierpliwości czytać. Szósty zbiera wspomnienia ludzi, którzy odchodzą szybciej, niż zdążą zostać nagrani. Każdy z nich robi coś, co z osobna wygląda niepozornie, a razem tworzy tę warstwę kultury, bez której naród zostaje z samymi datami bitew, nazwiskami królów i oficjalną fotografią przecięcia wstęgi.
Robi to latami. Czasem po nocach. Czasem kosztem rodziny, odpoczynku, własnych pieniędzy i własnego zdrowia. Bez działu promocji, bez prawnika, bez redakcji, bez korekty, bez instytucji od pilnowania jego interesów. Jest sam sobie autorem, wydawcą, archiwistą, administratorem strony, korektorem, fotografem, informatykiem i woźnym. A jeśli ma pecha, bywa jeszcze własnym sponsorem.
W dawnych czasach taki człowiek nosiłby może teczkę z papierami od proboszcza do archiwum, od archiwum do biblioteki, od biblioteki do domu. Dziś nosi to samo w laptopie, na dysku, w chmurze i na stronie internetowej. Różnica niby wielka, a jednak nie tak wielka, jak mogłoby się wydawać. Dawniej bolały nogi. Dziś bolą oczy. Dawniej brakowało atramentu. Dziś kończy się miejsce na serwerze. Dawniej człowiek klął nad nieczytelnym rękopisem. Dziś kląłby tak samo, tylko jeszcze do tego aktualizuje wtyczki.
I wszystko byłoby może w porządku, gdyby nie pewien szczegół. Otóż praca tego człowieka zaczyna żyć. Ludzie ją znajdują. Czytają, cytują, przepisują, streszczają, wykorzystują w szkole, w quizach, w prezentacjach, w mediach społecznościowych, czasem w artykułach, czasem w rozmowach, a czasem nawet w cudzych mądrościach, które wyglądają, jakby spadły prosto z nieba. Wyszukiwarka pamięta jego nazwisko. Internet pamięta jego stronę. Czytelnicy pamiętają, że „gdzieś to było dobrze opisane”.
A potem przychodzi system i mówi: kultura jest używana na smartfonach, tabletach i komputerach, więc trzeba pobrać opłatę. Twórcom należy się rekompensata. I co do zasady trudno się z tym kłócić. Twórcom naprawdę należy się wynagrodzenie. Tylko że zaraz pojawia się pytanie, może niewygodne, ale uczciwe: których twórców ten system widzi, a których używa tylko jako tła do własnego uzasadnienia?
Bo może się okazać, że człowiek, który przez lata porządkował kawałek wspólnej pamięci, był bardzo potrzebny wtedy, gdy trzeba było powiedzieć: „ludzie korzystają z kultury w internecie”. Ale gdy przychodzi do podziału pieniędzy, nagle okazuje się, że jego kultura nie ma właściwego numeru, właściwego formularza, właściwego wydawcy, właściwej pieczątki i właściwego miejsca przy stole.
I wtedy zaczyna się opowieść o niewidzialnych parobkach kultury cyfrowej.
Kto płaci, kto zbiera, kto odbiera
Żeby jednak nie zaczynać od westchnień i obrazków rodzajowych, trzeba powiedzieć prosto, o co chodzi. Opłata reprograficzna ma zostać rozszerzona na nowoczesne urządzenia i nośniki, czyli między innymi na smartfony, tablety, komputery, telewizory z funkcją nagrywania, dyski i pamięci. Formalnie zapłacą ją producenci i importerzy. W praktyce jednak nikt rozsądny nie wierzy, że producent weźmie ten koszt na pierś, ucałuje ustawodawcę w rękę i powie: „dla kultury wszystko”. Koszt zostanie doliczony do ceny urządzenia. Czyli zapłaci klient. Ten sam, który kupi telefon dla dziecka, komputer do pracy, dysk do zdjęć albo tablet do czytania.
Oficjalna zasada brzmi przy tym całkiem szlachetnie: skoro ludzie legalnie kopiują, zapisują, utrwalają i przechowują utwory na własny użytek, twórcom należy się rekompensata. Nie jest to myśl absurdalna. Przeciwnie, trudno odmówić jej sensu. Jeżeli czyjaś książka, muzyka, film, fotografia czy artykuł żyją później w setkach prywatnych kopii, na dyskach, pendrive’ach, komputerach i telefonach, to można zrozumieć, że autorzy i inni uprawnieni chcą mieć z tego choćby pośredni udział.
Pieniądze nie mają jednak trafiać wprost do twórcy, który usiądzie przy kuchennym stole i powie: „oto moje dzieło, oto moje straty, proszę o sprawiedliwy grosz”. Trafiają przez organizacje zbiorowego zarządzania. To one mają pobierać opłaty, dzielić je i wypłacać według ustawowych, regulaminowych i statystycznych kluczy. Ostatecznymi beneficjentami mają być twórcy, artyści wykonawcy, producenci, wydawcy i inne grupy uprawnione, zależnie od rodzaju utworów i praw.
Na papierze wygląda to rozsądnie. Kultura jest używana, twórcom należy się rekompensata, ktoś musi zebrać pieniądze i ktoś musi je podzielić. Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy zapytamy, których twórców ten system naprawdę potrafi zobaczyć. Bo przy kasie widzi wszystkich. Przy poborze opłaty widzi każdego kupującego smartfon, tablet, komputer czy dysk. Ale przy wypłacie zaczyna patrzeć znacznie węziej: przez katalogi, rejestry, organizacje, repertuary, zgłoszenia i tabele. I wtedy okazuje się, że w kulturze cyfrowej można być bardzo użytecznym, a jednocześnie prawie niewidzialnym.
Krzywy mechanizm widzialności
I tu właśnie leży sedno sprawy. Nie w tym, że twórcom nie należy się wynagrodzenie. Nie w tym, że książka, muzyka, film, fotografia, scenariusz, artykuł czy przekład mają krążyć po świecie bez żadnej rekompensaty dla ludzi, którzy je stworzyli. Taki pogląd byłby nie tylko niesprawiedliwy, ale i zwyczajnie głupi. Kultura nie rodzi się z powietrza. Ktoś musi usiąść, pomyśleć, napisać, zagrać, nagrać, sfotografować, zredagować, wydać, poprawić i wziąć za to odpowiedzialność.
Problem zaczyna się gdzie indziej. System może być moralnie uzasadniony jako idea rekompensaty dla twórców, ale staje się krzywy wtedy, gdy pobiera pieniądze od urządzeń służących do korzystania z całej kultury cyfrowej, a potem dzieli je głównie między tych, których widzą stare rejestry, katalogi, organizacje i formularze. Inaczej mówiąc: przy poborze opłaty uznaje się, że kultura jest wszędzie, na telefonie, tablecie, komputerze, dysku i w sieci. Przy wypłacie natomiast kultura zaczyna nagle przypominać urzędową szufladę, w której mieszczą się tylko ci, którzy mają właściwy numer, właściwą pieczątkę i właściwe miejsce w tabeli.
To nie jest tekst przeciwko twórcom. To jest tekst przeciwko krzywemu mechanizmowi widzialności.
Nie chodzi o to, że twórcy objęci systemem nie zasługują. Zasługują. Często bardzo. Niejeden pisarz, tłumacz, muzyk, aktor, fotograf czy wydawca mógłby opowiedzieć własną historię o tym, jak jego praca krążyła bez zapłaty, bez podpisu albo bez zgody. Ale jeżeli pieniądze pobiera się powszechnie, w imię korzystania z całej kultury cyfrowej, to trzeba zapytać, czy sprawiedliwie jest dzielić je tak, jakby prawdziwa kultura kończyła się tam, gdzie kończą się dawne rejestry.
Bo może się okazać, że jedni otrzymają należną im część za własny dorobek, a oprócz tego także pewną nadwyżkę wynikającą z pracy tych, których system nie potrafi policzyć. Nie z ich winy, niekoniecznie z czyjejś złej woli, ale z samego ustawienia mechanizmu. Jedni są widzialni, bo pasują do formularza. Drudzy są użyteczni, bo tworzą treści, z których ludzie naprawdę korzystają, ale pozostają przezroczyści, bo przyszli nie z tej bramy, z której system spodziewa się twórcy.
Żeby było jasne: nie ma tu potrzeby urządzać wyprawy z widłami na pisarzy, muzyków, aktorów, tłumaczy, fotografów, filmowców czy wydawców. Oni również pracują. Oni również wkładają w swoje utwory czas, talent, pieniądze, ryzyko i nerwy. Oni również bywają wykorzystywani, kopiowani, streszczani, przenoszeni z miejsca na miejsce i używani bez właściwego wynagrodzenia. Nie ma powodu udawać, że zawodowy twórca żyje z powietrza, oklasków i satysfakcji, że „ktoś tam czytał”.
Jeżeli pisarz napisał książkę, tłumacz wykonał przekład, muzyk nagrał utwór, aktor użyczył głosu, fotograf zrobił zdjęcie, a wydawca poniósł koszty wydania, to mają prawo pytać o swój udział. Nie dlatego, że są „grubymi misiami”, nie dlatego, że siedzą bliżej systemowego stołu, lecz dlatego, że wykonali konkretną pracę. Kultura bez wynagrodzenia dla ludzi, którzy ją tworzą, szybko zmienia się w pięknie opakowaną jałmużnę. A z jałmużny nie da się zbudować ani literatury, ani muzyki, ani filmu, ani solidnego wydawnictwa.
Nie chodzi więc o to, by komuś zabrać to, co mu się należy. Chodzi o coś subtelniejszego, a przez to może bardziej niewygodnego. Chodzi o pytanie, czy do słusznej części jednych twórców nie zostanie dopisana część pochodząca z pracy innych, tylko dlatego, że tamci inni są dla systemu niewidzialni. Bo jeśli pieniądze pobiera się powszechnie, w imię korzystania z kultury na urządzeniach cyfrowych, to nie można później udawać, że kultura cyfrowa składa się wyłącznie z tych, których da się łatwo przypisać do starych rubryk.
To jest właśnie ta proporcjonalna nadwyżka z cudzej niewidzialności. Nie musi być skutkiem złodziejstwa. Nie musi wynikać z cynizmu. Może wynikać z wygody, z przyzwyczajenia, z instytucjonalnego lenistwa, z wiary, że jak czegoś nie ma w rejestrze, to pewnie nie istnieje. Ale skutek pozostaje ten sam: jedni są wynagradzani także dlatego, że drugich nie uwzględniono. A wtedy nawet słuszna rekompensata zaczyna rzucać cień.
Niewidzialni parobcy
Kim są ci niewidzialni parobcy kultury cyfrowej? Nie trzeba ich szukać w żadnej egzotycznej krainie. Są wszędzie, tylko zwykle nie występują pod nazwą „twórca”. Częściej mówi się o nich: pasjonat, regionalista, społecznik, hobbysta, człowiek od historii miejscowości, pani od starych zdjęć, pan od genealogii, ktoś od gwary, ktoś od cmentarzy, ktoś od kapliczek, ktoś od dawnych nazwisk, ktoś od lokalnej pamięci. Już samo to słownictwo jest ciekawe. Gdy ktoś wyda książkę w wydawnictwie, zostaje autorem. Gdy przez piętnaście lat buduje stronę internetową z wiedzą, której nigdzie indziej nie ma, bywa „pasjonatem”. Piękne słowo, tylko czasem działa jak miękka poduszka, którą przykrywa się czyjąś pracę, żeby nie było słychać, ile naprawdę waży.
To są regionaliści prowadzący lokalne portale. Autorzy słowników gwarowych i językowych. Społeczni archiwiści, którzy ratują stare fotografie, listy, metryki, wspomnienia i dokumenty. Twórcy baz genealogicznych, dzięki którym ktoś po latach odnajduje pradziadka, którego pamięć rodzinna dawno zgubiła po drodze. Autorzy stron o historii miejscowości, których nie ma w podręcznikach, choć dla ludzi tam urodzonych bywają całym światem. Twórcy materiałów edukacyjnych, blogerzy specjalistyczni, fotografowie dokumentaliści, autorzy opisów zabytków, kapliczek, cmentarzy i lokalnych tradycji. Ludzie prowadzący cyfrowe archiwa pamięci. Autorzy portali takich jak narama.pl, wislon.tv i setek podobnych stron, tworzonych nie dlatego, że ktoś rozpisał konkurs, ale dlatego, że szkoda było pozwolić, by coś przepadło.
Weszli do kultury boczną furtką. Nie przez wydawnictwo, nie przez grant, nie przez ministerialny program, nie przez radę programową, nie przez agentkę literacką i nie przez eleganckie drzwi z tabliczką „sekretariat”. Weszli przez własną kuchnię, własny komputer, skaner, dyktafon, aparat fotograficzny, stary zeszyt po dziadku, pudełko zdjęć znalezione na strychu i upartość, która bywa największą, a najmniej honorowaną instytucją kultury. Nikt im nie przyznał etatu od pamięci. Sami go sobie przyznali, a potem, jak to bywa przy samodzielnie przyznanych etatach, sami wypłacali pensję w postaci zmęczenia.
I właśnie dlatego nie chodzi tu o jednego człowieka, jedno nazwisko, jedną stronę czy jeden słownik. Chodzi o całe zjawisko. O tę szeroką warstwę ludzi, którzy wytwarzają zasób wspólnej wiedzy, ale nie zawsze mieszczą się w formalnym pojęciu rynku wydawniczego. Nie są poza kulturą. Przeciwnie, często stoją bardzo blisko jej źródeł. Tylko że stoją tam bez szyldu, bez pieczątki i bez parasola. A system, jak wiadomo, najchętniej rozpoznaje tych, którzy mają szyld, pieczątkę i parasol.
Darmowy dostęp nie znaczy darmowa praca
Jest jedno zdanie, które powinno wisieć nad każdym portalem społecznym, słownikiem internetowym, archiwum pamięci i lokalną stroną historyczną: darmowość dostępu nie oznacza darmowości pracy. To, że czytelnik nie wyciąga portfela, gdy otwiera stronę, nie znaczy, że tekst, fotografia, opis, hasło słownikowe albo odczytany dokument spadły z nieba jak manna, tylko z lepszym zasięgiem.
Za takim materiałem stoją godziny, miesiące, czasem lata pracy. Stoi znajomość tematu, której nie zdobywa się w jedno popołudnie. Stoi pamięć rozmów, przeczytanych książek, starych dokumentów, nazwisk, miejsc, błędnych tropów i poprawek. Stoi umiejętność odróżniania rzeczy ważnej od ozdobnej, źródła od plotki, wspomnienia od dowodu, rodzinnej legendy od zapisu w księdze. To jest praca cicha, mało widowiskowa, pozbawiona fanfar, ale wymagająca tego, czego w internecie brakuje najczęściej: cierpliwości.
Trzeba materiał znaleźć, przeczytać, zrozumieć, wybrać, porównać, przepisać, opisać i jeszcze nie napisać głupstwa. Trzeba czasem wrócić do jednego zdania po tygodniu, miesiącu albo roku, bo pojawił się nowy ślad. Trzeba poprawić własny błąd, uzupełnić datę, zmienić przypis, dopisać wariant słowa, sprawdzić, czy ta sama osoba nie występuje w źródłach pod dwiema formami nazwiska. Trzeba mieć w sobie tę niewdzięczną gotowość, by bardziej ufać dokumentowi niż własnemu pierwszemu zachwytowi.
To jest także odpowiedzialność za słowo. Bo jeśli ktoś opisuje historię wsi, gwarę, rodzinę, cmentarz, dokument, stary zwyczaj albo lokalną tradycję, to nie pisze w próżni. Pisze o czyjejś pamięci. O czyichś przodkach. O miejscach, które dla jednych są punktem na mapie, a dla innych całym dzieciństwem. Można oczywiście machnąć ręką i powiedzieć: „to tylko internet”. Ale właśnie dlatego, że to internet, błąd potrafi pójść dalej niż prawda, a lekkomyślne zdanie może żyć dłużej niż człowiek, który je napisał.
Jest w tym wszystkim jeszcze zwykła fizyczność pracy. Siedzenie nad tekstem, dokumentem, nagraniem, fotografią. Wpatrywanie się w nieczytelny zapis. Przesłuchiwanie rozmowy po kilka razy. Porównywanie wersji. Układanie haseł. Sprawdzanie dat. Przepisywanie nazwisk. Poprawianie literówek. Redagowanie zdań tak, by człowiek czytający po drugiej stronie ekranu zrozumiał, o co chodzi. To nie jest może robota z kilofem w ręku, ale oczy, kręgosłup i głowa wiedzą swoje.
Dlatego gdy ktoś mówi, że coś „jest w internecie za darmo”, warto zapytać: dla kogo za darmo? Dla czytelnika, owszem. Dla ucznia, który znalazł odpowiedź. Dla nauczyciela, który przygotował lekcję. Dla autora quizu, który dostał gotowy materiał. Dla kogoś, kto potrzebował jednego słowa, jednej daty, jednego zdjęcia, jednego tropu. Ale nie dla człowieka, który to wszystko zebrał, sprawdził, uporządkował i podał światu. On nie dostał treści za darmo. On zapłacił za nią swoim czasem, wiedzą, pamięcią, doświadczeniem i rzemiosłem.
A potem przychodzi drugi rachunek, już nie metaforyczny, nie liczony w godzinach, oczach i cierpliwości, tylko całkiem zwyczajny, z terminem płatności. Bo cyfrowa kultura obywatelska nie unosi się w powietrzu jak mgła nad łąką. Ma domenę, serwer, hosting, miejsce na pliki, kopie zapasowe, czasem płatny szablon, czasem program do obróbki zdjęć, czasem skaner, aparat, dysk, mikrofon, dyktafon albo licencję na narzędzie, o którym użytkownik strony nigdy się nie dowie, bo i po co miałby wiedzieć. On ma kliknąć i przeczytać. Ktoś inny ma pilnować, żeby było gdzie kliknąć.
Serwer nie żywi się dobrym słowem, domena nie odnawia się od lajków, a archiwum nie wydaje kopii dokumentów za uśmiech badacza.
Co rok trzeba zapłacić za utrzymanie strony. Co jakiś czas trzeba coś naprawić. Czasem trzeba powiększyć miejsce, czasem odnowić certyfikat, czasem ratować witrynę po awarii, czasem zlecić komuś poprawkę, bo człowiek może być autorem, archiwistą i redaktorem, ale nie zawsze jeszcze administratorem od wszystkich nieszczęść informatycznych.
Do tego dochodzą koszty zdobywania materiałów. Książki, których nie kupuje się dla przyjemności posiadania, tylko po to, żeby sprawdzić jedno nazwisko albo jedną datę. Skany dokumentów. Kopie archiwalne. Opłaty za kwerendy. Praca wykonana na zlecenie przez archiwariuszy. Dojazdy do archiwów, bibliotek, muzeów, parafii, urzędów i ludzi, którzy jeszcze coś pamiętają. Paliwo, bilety, czasem nocleg, czasem parking, czasem zwykła kawa na stacji benzynowej, bez której człowiek nie dojechałby do domu z głową pełną dat, sygnatur i wątpliwości.
To nie są zwykle kwoty, od których banki zwołują narady kryzysowe, ale właśnie dlatego łatwo je lekceważyć. Kilkadziesiąt złotych za domenę, kilkaset za serwer, kilkanaście albo kilkadziesiąt złotych za skan dokumentu, kolejne za książkę, paliwo, bilet, parking, czasem nocleg. Osobno drobiazgi. Razem, po latach, robi się z tego prywatny fundusz ochrony pamięci, tylko bez uchwały, bez dotacji i bez tabliczki z logo sponsora.
Jest w tym coś z cyfrowej pańszczyzny, tylko odwróconej jeszcze bardziej złośliwie niż dawniej. Dawny parobek pracował na cudzym polu. Dzisiejszy twórca cyfrowy często pracuje na własnym, sam płaci za narzędzia, sam utrzymuje drogę dojazdową, sam stawia płot i sam naprawia bramę. A kiedy plon okazuje się potrzebny jako dowód, że kultura kwitnie w internecie, system chętnie pokazuje pole. Tylko przy podziale ziarna przypomina sobie, że właścicielem spichlerza jest ktoś inny.
Z zewnątrz wygląda to romantycznie: pasjonat sobie dłubie. W środku bywa mniej romantycznie: pasjonat płaci faktury. Jedna za domenę, druga za serwer, trzecia za kopie dokumentów, czwarta za książkę, piąta za przejazd. I jeszcze ma szczęście, jeśli nikt mu nie powie, że przecież robi to dla własnej satysfakcji, więc o co właściwie chodzi. Owszem, robi także dla satysfakcji. Tylko że satysfakcją nie zapłaci się archiwum, księgarni ani firmie hostingowej.
Najzabawniejsze, a może raczej najbardziej gorzkie, jest to, że im bardziej autor chce być hojny wobec czytelników, tym bardziej sam bierze koszt na siebie. Nie stawia bramki płatniczej, nie zamyka treści, nie mówi: najpierw przelew, potem pamięć. Udostępnia. Daje. Ułatwia. A potem jego praca zaczyna krążyć jako „darmowy zasób”. Tyle że zasób otwarty rzadko bywa otwarty bez kosztu u źródła. Ktoś kliknął bez opłaty, bo ktoś inny wcześniej zapłacił rachunek.
W ten sposób powstaje osobliwy model kultury: autor płaci za wytworzenie zasobu, płaci za jego utrzymanie, płaci za jego udostępnienie, a potem dowiaduje się, że opłata pobierana w imię korzystania z takich zasobów trafi do tych, których system łatwiej rozpoznaje.
Dlatego wątek kosztów nie jest tu poboczną skargą o rachunki. Jest częścią zasadniczego pytania o sprawiedliwość. Jeśli ktoś sam finansuje powstanie i utrzymanie zasobu, z którego korzystają inni, a potem jeszcze płaci pośrednio w cenie urządzeń za system rekompensat dla twórców, to trudno mu wytłumaczyć, że przy podziale tej rekompensaty nie istnieje. Wtedy nie chodzi już tylko o brak wdzięczności. Chodzi o mechanizm, który potrafi zobaczyć jego portfel, ale nie potrafi zobaczyć jego pracy.
Papierowy autor, cyfrowy parobek
I tu dochodzimy do pytania najprostszego, a zarazem najbardziej kłopotliwego: czym właściwie, z punktu widzenia kultury, różni się publikacja w internecie od publikacji na papierze? Nie pytam o zapach farby drukarskiej, szelest kartek, ciężar książki w ręku ani przyjemność postawienia tomu na półce. To wszystko ma swój urok i nikt rozsądny nie musi z tym walczyć. Pytam o coś bardziej podstawowego: o pracę autora, odpowiedzialność za treść, zasięg, użyteczność i realne korzystanie przez odbiorców.
Publikacja papierowa ma swoje znaki rozpoznawcze. Ma wydawcę, redakcję, numer ISBN albo ISSN, nakład, egzemplarz obowiązkowy, ślad biblioteczny, katalog, fakturę, umowę, czasem recenzję, czasem promocję, czasem miejsce w spisie publikacji. Krótko mówiąc: ma pieczątki, które system rozumie. Nawet jeśli nakład jest skromny, nawet jeśli książka przeleży w magazynie, nawet jeśli dotrze do wąskiego grona, jej istnienie jest dla instytucji czytelne. Papier ma metrykę.
Publikacja internetowa bywa pod tym względem dziwnym stworzeniem. Może być czytana codziennie, może mieć tysiące wejść, może być cytowana, linkowana, wykorzystywana w szkołach, quizach, prezentacjach, mediach społecznościowych i lokalnych opracowaniach. Może być poprawiana, aktualizowana, rozwijana i dopisywana przez lata. Może stać się pierwszym miejscem, do którego prowadzi wyszukiwarka, gdy ktoś pyta o gwarę, historię miejscowości, stare nazwisko, zapomniany zwyczaj albo lokalny dokument. Ale jeśli nie ma wydawcy, numeru, egzemplarza obowiązkowego i urzędowo rozpoznawalnej ścieżki, system zaczyna mrużyć oczy, jakby patrzył na ducha.
Dla systemu strona internetowa z setkami albo tysiącami unikalnych dokumentów bywa tylko hobbystyczną witryną. Ta sama treść, wydrukowana na papierze, opatrzona numerem ISBN i odłożona w kilku bibliotekach, nagle staje się publikacją przez wielkie P. To tak, jakby uznawać, że człowiek istnieje dopiero wtedy, gdy ma na szyi tabliczkę z numerem, a bez niej pozostaje przezroczystym duchem. Problem nie leży więc w wartości pracy, lecz w tym, czy system potrafi rozpoznać jej formę.
I tak powstaje paradoks. Autor papierowy może dostać gratyfikację za potencjalny obieg cyfrowy swojego dzieła, za to, że ktoś je skopiuje, zeskanuje, zapisze, prześle albo odczyta na urządzeniu. Autor cyfrowy, który sam wprowadził swoje dzieło do tego obiegu, bywa niewidzialny, bo zrobił to bez starej pieczątki. Jeden jest chroniony dlatego, że jego praca może trafić do internetu. Drugi nie jest widziany, choć jego praca już tam jest i już z niej korzystają.
Nie chodzi więc już o to, ile kto zapłacił za serwer albo ile nocy przesiedział nad tekstem. O tym była mowa wcześniej. Tu chodzi o coś innego: o nierówność rozpoznania. System bardziej ufa papierowi, nawet gdy leży nieczytany, niż stronie internetowej, którą codziennie ktoś otwiera. Bardziej wierzy numerowi niż żywemu obiegowi. Bardziej ceni formę istnienia, którą zna od dawna, niż rzeczywisty ślad, jaki utwór zostawia wśród ludzi.
Papier dostaje parasol, internet dostaje po głowie.
A przecież odbiorca nie pyta najpierw o ISBN. Odbiorca pyta wyszukiwarkę. I wyszukiwarka prowadzi go tam, gdzie ktoś wcześniej wykonał pracę. Tylko że dla czytelnika liczy się treść, a dla systemu zbyt często liczy się metka.
I właśnie ta różnica w rozpoznaniu sprawia, że cały mechanizm zaczyna mówić dwoma językami: szerokim, gdy trzeba pobrać opłatę, i wąskim, gdy trzeba ją podzielić.
Kiedy trzeba pobrać, kultura jest szeroka
Ten podwójny język warto obejrzeć z bliska, bo właśnie w nim kryje się cała sztuczka. Kiedy trzeba uzasadnić pobranie opłaty, kultura robi się szeroka jak internet. Nagle okazuje się, że każdy smartfon, tablet, komputer, dysk i pamięć mogą służyć do korzystania z utworów. Ludzie czytają, słuchają, oglądają, zapisują, kopiują, przechowują, przesyłają. Kultura krąży wszędzie. W kieszeni, w plecaku, na biurku, w chmurze, w telefonie dziecka, w laptopie studenta, w komputerze emeryta i na dysku człowieka, który porządkuje rodzinne zdjęcia.
W tym momencie system ma wzrok sokoli. Widzi każdy ekran. Widzi każde urządzenie. Widzi każdy potencjalny użytek. Widzi nawet to, co dopiero może się wydarzyć: może ktoś skopiuje, może zapisze, może utrwali, może przeczyta, może posłucha. Ta możliwość wystarcza, żeby pobrać opłatę. Przy kasie nie pyta się klienta, czy będzie na tym urządzeniu czytał poezję, oglądał film, słuchał muzyki, przeglądał słownik gwary, czy tylko sprawdzał pogodę i zdjęcia wnuków. Urządzenie pasuje do kategorii, więc opłata pasuje do urządzenia.
Ale kiedy przychodzi do wypłaty, szeroki krajobraz nagle się zwęża. Kultura, przed chwilą rozlana po całej sieci, zaczyna mieścić się w tabeli. Liczy się repertuar, katalog, zgłoszenie, wydawca, organizacja, regulamin, klucz podziału, rozpoznawalny obieg. To, co przy poborze było żywą i powszechną praktyką korzystania z kultury, przy wypłacie staje się zestawem rubryk. A kto nie pasuje do rubryki, ten może sobie istnieć gdzie indziej, najlepiej po cichu.
Przy poborze opłaty kultura jest szeroka jak internet. Przy podziale pieniędzy kurczy się do rozmiarów formularza.
Kiedy trzeba pobrać, wszyscy jesteśmy kulturą. Kiedy trzeba wypłacić, kulturą okazuje się tylko to, co mieści się w tabeli.
To nie jest drobna techniczna niedogodność. To jest zasadnicza asymetria. Powszechne uzasadnienie spotyka się z niepowszechną widzialnością. Pobiera się w imię całego cyfrowego obiegu, ale wypłaca według narzędzi, które dużej części tego obiegu nie potrafią nawet nazwać. A przecież to właśnie w tej nienazwanej części siedzą ludzie, którzy od lat tworzą strony, słowniki, archiwa, bazy wiedzy, lokalne portale i cyfrowe ścieżki pamięci.
System może odpowiedzieć: tak działa repartycja, potrzebujemy kryteriów, danych, porządku i procedur. I to prawda. Nikt rozsądny nie chce podziału pieniędzy według westchnień, sympatii i opowieści przy kawie. Ale kryteria, dane i procedury nie mogą być wymówką dla ślepoty. Jeśli państwo i organizacje potrafią rozpoznać smartfon jako narzędzie korzystania z kultury, powinny przynajmniej próbować rozpoznać także tych, którzy tę kulturę na smartfony, tablety i komputery naprawdę tworzą.
Pan od słownika i maszyna do mielenia źródeł
Wyobraźmy sobie człowieka, który przez kilkanaście lat buduje słownik lokalnej mowy. Nie przepisuje go z jednej książki, nie skleja z cudzych notatek, nie zbiera przypadkowych słówek jak znaczków do klasera. Chodzi za tym. Słucha ludzi. Porównuje formy. Sprawdza znaczenia. Zastanawia się, czy dane słowo naprawdę należy do miejscowej mowy, czy tylko przywędrowało z telewizora, szkoły albo sąsiedniego regionu. Zapisuje wymowę, układa definicje, dodaje przykłady, poprawia własne błędy, kłóci się sam ze sobą o jedną literę, bo wie, że czasem jedna litera niesie więcej prawdy niż całe urzędowe zdanie.
Po latach jego strona zaczyna żyć własnym życiem. Najpierw trafiają tam ci, którzy szukają z ciekawości. Potem uczniowie, nauczyciele, regionaliści, dziennikarze, autorzy prezentacji, pasjonaci rodzinnych stron. Ktoś sprawdza słowo zasłyszane od babki. Ktoś przygotowuje lekcję. Ktoś pisze artykuł o lokalnej tradycji. Ktoś chce zrobić zabawny quiz: „Czy znasz gwarę swojej okolicy?”. Ktoś inny układa materiał edukacyjny, filmik albo post w mediach społecznościowych. Słownik, który powstał z cierpliwego porządkowania pamięci, zaczyna krążyć w odłamkach, cytatach, inspiracjach, skrótach i przeróbkach.
Z tej pracy korzystają zresztą nie tylko przypadkowi internauci. Korzystają szkoły, gdy trzeba przygotować lekcję o małej ojczyźnie. Korzystają samorządy, gdy chcą opowiedzieć o lokalnej tradycji. Korzystają domy kultury, biblioteki, regionalne media, czasem urzędnicy przygotowujący folder, wystąpienie albo rocznicową notkę. Nie zawsze ze złej woli i nie zawsze bez podania źródła. Czasem dlatego, że internet nauczył wszystkich, iż skoro coś „jest”, to jakby było wspólne. Tyle że wspólność korzystania nie oznacza wspólności kosztów.
Państwo i samorząd lubią mówić o dziedzictwie. Tylko że niemała część tego dziedzictwa została najpierw odszukana, opisana i udostępniona przez ludzi, których potem system nie potrafi znaleźć przy wypłacie.
Nie zawsze jest w tym zła wola. Czasem ktoś naprawdę korzysta uczciwie. Czasem poda źródło, czasem zapyta, czasem podziękuje. Ale bardzo często źródło znika po drodze. Zostaje słowo, zostaje definicja, zostaje sens, zostaje układ pytań, zostaje przekonanie, że „to przecież wiadomo”. A wiadomo dlatego, że ktoś wcześniej poświęcił lata, żeby to wydobyć, uporządkować i podać ludziom w miejscu, do którego prowadzi wyszukiwarka.
Potem przychodzi kolejny etap. Wyszukiwarka pokazuje, agregator streszcza, aplikacja wycina fragment, narzędzie AI miesza, przerabia, uogólnia i podaje dalej. Źródło nie zawsze zostaje ukradzione wprost, z podpisem odciętym nożyczkami. Czasem dzieje się coś bardziej współczesnego i przez to trudniejszego do uchwycenia: cudza praca zostaje przemielona tak drobno, że wygląda jak bezosobowa wiedza świata. Jakby sama mowa ludowa usiadła do klawiatury, sama napisała słownik, sama wybrała przykłady i sama opłaciła serwer.
Dziś taka praca wpada jeszcze do wielkiej maszynki zwanej sztuczną inteligencją. Maszyna mieli noce autora, jego rozmowy ze starszymi ludźmi, kwerendy, poprawki, definicje, przykłady i wątpliwości, a potem wypluwa gotową odpowiedź, gładką jak świeżo pomalowana ściana. Użytkownik jest zadowolony, technologia pomaga, postęp idzie naprzód. Tylko że nikt już nie widzi człowieka, który wcześniej przyniósł do tej maszynki ziarno. Dla odbiorcy zasób był darmowy. Dla autora bywał bezcenny.
Nie zawsze ziarno zostaje ukradzione workami. Czasem mieli się je tak drobno, że nikt już nie pyta, z którego pola przyszło.
I właśnie dlatego przykład pana od słownika jest tak ważny. Nie chodzi wyłącznie o słownik. W jego miejscu można postawić kobietę prowadzącą cyfrowe archiwum starych fotografii, człowieka opisującego cmentarze, nauczyciela zbierającego lokalne legendy, regionalistę tworzącego bazę dokumentów, pasjonata od dawnych nazwisk albo fotografa dokumentującego kapliczki. Wszyscy oni tworzą zasób, który potem zaczyna żyć własnym życiem. Korzystają z niego ludzie, szkoły, media, quizy, algorytmy i cudze pomysły.
A gdy przychodzi opłata od smartfonów i komputerów, na których tę pracę się czyta, ogląda, zapisuje i przerabia, system mówi mniej więcej: dziękujemy za krajobraz kultury, ale do wypłaty potrzebny jest inny rodzaj istnienia. Trzeba być obecnym nie tylko w wyszukiwarce, nie tylko w pamięci czytelników, nie tylko w realnym obiegu wiedzy, lecz także w tym szczególnym miejscu, gdzie kultura spotyka się z formularzem. Bez tego można być źródłem dla wielu, ale beneficjentem dla nikogo.
Formularz nie nadąża za kulturą
Repartycja brzmi jak słowo wyniesione z piwnicy administracji, odkurzone tylko po to, żeby zwykły człowiek poczuł się nieswojo. A przecież chodzi o rzecz dość prostą: zebrane pieniądze trzeba jakoś podzielić. Nie da się każdemu kupującemu telefonu zadać pytania, co będzie na nim czytał, oglądał i zapisywał. Nie da się każdego pliku prześledzić od autora do użytkownika. System musi więc stosować jakieś klucze, badania, kategorie, statystyki, regulaminy i wykazy.
I tu zaczyna się kłopot. Bo system repartycji lubi to, co ma numer, wydawcę, katalog, zgłoszenie, repertuar, tabelę i przewidywalny obieg. Lubi książkę, czasopismo, nagranie, film, utwór przypisany do organizacji, publikację, którą można włożyć do odpowiedniej przegródki. Nie dlatego nawet, że ktoś koniecznie chce kogoś pominąć. Po prostu instytucje najłatwiej widzą to, co przypomina rzeczy, które widziały już wcześniej. Formularz, jak każdy stary urzędnik, najlepiej rozumie świat podobny do poprzedniego formularza.
Gorzej jest z lokalną stroną, społecznym archiwum, oddolnym słownikiem, cyfrową bazą wiedzy, portalem regionalnym albo witryną, którą autor sam tworzy, poprawia, utrzymuje i rozwija. Taki dorobek nie zawsze ma wydawcę. Nie zawsze ma ISBN. Nie zawsze trafił do biblioteki jako egzemplarz obowiązkowy. Nie zawsze ktoś go zgłosił do repertuaru. Nie zawsze stoi za nim instytucja, którą da się wpisać w odpowiednią rubrykę. A jednak może być realnie używany częściej niż niejedna publikacja, która wszystkie wymagane pieczątki posiada.
Współczesna kultura coraz częściej nie rodzi się w marmurowym holu instytucji, tylko przy biurku człowieka, który sam sobie jest redakcją, korektą, archiwum, wydawcą i woźnym.
To zdanie może brzmieć zbyt obrazowo, ale opisuje bardzo praktyczną zmianę. Dawniej, żeby wejść do obiegu, trzeba było przejść przez wydawcę, redakcję, drukarnię, księgarnię, bibliotekę. Dziś można wejść do obiegu przez własną stronę. I czasem jest to obieg większy, żywszy i bardziej pożyteczny niż ten dawny, papierowy.
Stary system rozpoznawania twórczości nie nadąża za nowymi formami jej istnienia. Widzi urządzenie, z którego korzysta odbiorca, ale nie widzi wielu treści, po które ten odbiorca naprawdę sięga. Widzi kopię książki, nagrania albo filmu, ale gorzej widzi słownik internetowy, lokalne archiwum, społeczną bazę wiedzy czy stronę regionalną, która przez lata stała się pierwszym źródłem informacji. To trochę tak, jakby ktoś pobierał opłatę od ruchu na wszystkich drogach, a przy naprawie nawierzchni uznawał tylko stare trakty zaznaczone na mapie sprzed pół wieku.
Można oczywiście powiedzieć, że system musi mieć porządek. To prawda. Bez porządku repartycja zamieniłaby się w rozdawanie pieniędzy według hałasu, znajomości albo uroku osobistego. Ale porządek nie powinien być mylony ze skamieliną. Jeżeli sposób tworzenia i korzystania z kultury zmienił się zasadniczo, to mechanizmy wynagradzania nie mogą udawać, że zmieniły się tylko urządzenia. Bo wtedy nowoczesny jest pobór, ale przedcyfrowa pozostaje wyobraźnia wypłaty.
Równouprawnienie obiegu cyfrowego
Nie chodzi tu jednak o sentymentalną obronę internetu, jakby był on ostatnią łąką wolności, na której pasą się same dobre intencje. Internet ma swoje choroby, śmieci, hałasy, kradzieże, skróty myślowe i całe wysypiska bylejakości. Ale ma też coś, czego nie da się już zbyć wzruszeniem ramion: stał się jedną z podstawowych przestrzeni czytania, słuchania, oglądania i zdobywania wiedzy. Dla wielu ludzi pierwszą biblioteką nie jest dziś półka w domu, czytelnia w mieście ani księgarnia przy rynku, lecz ekran. E-booki, audiobooki, artykuły online, słowniki internetowe, bazy wiedzy, portale regionalne, cyfrowe archiwa, materiały edukacyjne, nagrania i fotografie tworzą codzienny obieg kultury. Papier nie znika i nie powinien znikać. Ma swoją godność, trwałość i urok. Ale coraz częściej staje się dobrem szczególnym, czasem nawet czymś podobnym do płyty winylowej w muzyce: pięknym, szanowanym, potrzebnym, lecz nie jedynym ani nie zawsze pierwszym sposobem kontaktu z treścią.
I właśnie dlatego cały mechanizm zaczyna wyglądać osobliwie. Opłata ma być pobierana od narzędzi cyfrowych, od smartfonów, tabletów, komputerów, dysków i pamięci, czyli od przedmiotów, przez które współczesny człowiek najczęściej korzysta z kultury. Ale logika wynagradzania wciąż zbyt często pozostaje przedcyfrowa. Autor, który wyda trzysta egzemplarzy książki, może wejść do systemu, bo ma ISBN, wydawcę, ślad biblioteczny i papier. Autor, którego słownik online, portal regionalny, cyfrowe archiwum albo baza wiedzy są codziennie czytane, cytowane, używane w szkołach, quizach i opracowaniach, może pozostać za drzwiami, bo nie przyszedł z właściwą pieczątką. Czyli system nie wynagradza wyłącznie pracy, zasięgu, użyteczności i realnego wykorzystania. Często wynagradza formę istnienia, którą potrafi rozpoznać. A skoro tak, to słowo „parobek” przestaje być tylko złośliwością. Zaczyna opisywać człowieka, który pracuje na cyfrowym polu, ale przy podziale plonu słyszy, że jego pole nie występuje w ewidencji.
Nie trzeba tu rewolucji, palenia starych katalogów ani ogłaszania wojny papierowi. Potrzebna jest zwykła aktualizacja wyobraźni. Publikacja internetowa powinna być traktowana na równi z papierową wtedy, gdy spełnia proste, sprawdzalne warunki: ma jasno wskazanego autora, datę publikacji albo możliwą do ustalenia historię publikowania, trwały adres, publiczną dostępność i udokumentowany obieg. Taki obieg można potwierdzać statystykami odwiedzin, cytowaniami, linkowaniami, obecnością w bibliografiach, wykorzystaniem edukacyjnym, odwołaniami w mediach, opracowaniach albo materiałach szkolnych. Nie chodzi o to, by każdy wpis na Facebooku, każdy mem, każda trzyzdaniowa opinia i każdy poranny wybuch nastroju ustawiał się w kolejce po pieniądze. Chodzi o to, by trwały portal regionalny, słownik, archiwum cyfrowe, baza historyczna czy wieloletnia strona edukacyjna mogły stanąć obok książki jako pełnoprawna forma dorobku.
W praktyce nie oznaczałoby to wymyślania świata od początku. Organizacje zbiorowego zarządzania nie musiałyby burzyć swoich budynków, palić regulaminów i zaczynać od glinianej tabliczki. Wystarczyłoby rozszerzyć sita, przez które rozpoznaje się twórczość. Obok wydawców, katalogów, numerów i tradycyjnych repertuarów powinien pojawić się rejestr twórców cyfrowych oraz trwałych publikacji internetowych. Autor nie musiałby zakładać fikcyjnego wydawnictwa ani drukować kilkudziesięciu egzemplarzy tylko po to, żeby system łaskawie zauważył jego istnienie. Nie musiałby udawać papierowego twórcy, skoro jest twórcą cyfrowym z realnym dorobkiem i realnymi odbiorcami.
Państwo, które pobiera opłatę od smartfona, tabletu i komputera, powinno umieć powiedzieć: widzimy także tych, którzy tworzą treści na te urządzenia.
Nie tylko tych, których dorobek może zostać przeniesiony do cyfrowego obiegu, ale również tych, którzy ten obieg od lat współtworzą. Bo sprawiedliwość nie polega na tym, że nowoczesny jest tylko pobór pieniędzy, a widzenie twórców zostaje w epoce dawnego formularza. Sprawiedliwość zaczyna się tam, gdzie system potrafi zauważyć nie tylko kasę przy wejściu, lecz także ludzi pracujących za kulisami.
Furtka, nie pałac
Oczywiście w tym miejscu natychmiast pojawi się rozsądne pytanie: czy jeśli uznamy publikacje cyfrowe za pełnoprawny dorobek, to zaraz każdy blog, mem, komentarz, żart, wpis zrobiony w gniewie po śniadaniu i trzyzdaniowa opinia o stanie świata ustawią się w kolejce po pieniądze? To pytanie nie jest głupie. Przeciwnie, trzeba je zadać, bo bez niego cały postulat łatwo byłoby sprowadzić do karykatury: otwórzmy worek, niech każdy wrzuca, co ma, a potem niech system płaci za internetowy hałas.
Tyle że równouprawnienie publikacji cyfrowej nie oznacza uznania wszystkiego, co pojawiło się w sieci, za dzieło kultury. Tak samo przecież nie każda zadrukowana kartka jest książką, nie każdy folder reklamowy jest opracowaniem, nie każdy tomik wydrukowany dla znajomych staje się od razu wydarzeniem literackim, a nie każda broszura z numerem i pieczątką niesie wartość większą niż dobrze prowadzona strona internetowa. Papier sam z siebie nie uszlachetnia treści. Ekran sam z siebie jej nie poniża.
Chodzi więc nie o rozdawanie pieniędzy każdemu, kto cokolwiek opublikował, lecz o stworzenie uczciwego sposobu rozpoznawania trwałego dorobku cyfrowego. Taki dorobek powinien być autorski, publiczny, rozpoznawalny, wykorzystywany i możliwy do udokumentowania. Powinien mieć wartość poznawczą, edukacyjną, kulturową albo dokumentacyjną. Powinien istnieć dłużej niż jeden sezon internetowego wzmożenia i dawać się sprawdzić inaczej niż przez zapewnienie autora, że „ludzie czytają”.
Można pytać o stałość adresu, historię publikacji, oznaczenie autora, zakres opracowania, cytowania, linkowania, obecność w bibliografiach, wykorzystanie w edukacji, odwołania w mediach, statystyki odwiedzin, a także o to, czy dana strona tworzy uporządkowany zasób, czy tylko strumień luźnych wpisów. To nie są kryteria doskonałe, ale żadna repartycja nie opiera się na doskonałości. Opiera się na przybliżeniach, śladach, statystykach i zaufaniu do procedur. Skoro potrafimy tworzyć procedury dla papieru, nagrań i filmów, możemy stworzyć je także dla dorobku cyfrowego.
Najważniejsze, żeby nie mylić furtki z dziurą w płocie. Furtka oznacza sprawdzalne wejście dla tych, którzy rzeczywiście przez lata coś tworzą, utrzymują i udostępniają. Dziura w płocie oznaczałaby przypadkowy zalew roszczeń, hałas i bałagan. Nikt rozsądny nie chce bałaganu. Ale bałaganu nie uniknie się przez udawanie, że poza starym płotem nie ma żadnych gospodarzy. Trzeba po prostu postawić furtkę tam, gdzie od dawna ludzie chodzą ścieżką.
Nie trzeba od razu pisać całej ustawy na nowo, mnożyć instytucji, powoływać rad, podkomisji, zespołów, pełnomocników i kolejnych gabinetów, w których kultura cyfrowa zostanie opisana tak dokładnie, że sama umrze ze zmęczenia. Nie trzeba budować nowego pałacu z marmuru i formularzy. Wystarczyłoby najpierw uznać rzecz prostą: kultura istnieje także poza dawnym obiegiem wydawniczym, a twórca cyfrowy nie staje się mniej twórcą tylko dlatego, że jego dorobek nie pachnie farbą drukarską.
Można sobie wyobrazić publiczny rejestr twórców cyfrowych i trwałych publikacji internetowych. Nie jako bramę triumfalną dla każdego wpisu, lecz jako spokojną, sprawdzalną ewidencję dorobku, który spełnia określone warunki: ma autora, adres, historię publikacji, zasięg, cytowania, wykorzystanie edukacyjne albo dokumentacyjne. Można dopuścić zgłaszanie dorobku internetowego do repartycji, tak jak zgłasza się inne formy twórczości. Można uznać, że wieloletni słownik online, portal regionalny, cyfrowe archiwum czy baza historyczna są pełnoprawnym dorobkiem, a nie tylko sympatycznym hobby człowieka, który nie wiedział, co zrobić z wolnym czasem.
Można też wydzielić część środków na fundusz dla tych, których stary system widzi najsłabiej: regionalistów, słownikarzy, archiwistów społecznych, dokumentalistów, twórców baz wiedzy, ludzi ratujących lokalną pamięć, gwarę, fotografię, cmentarze, dokumenty i historie małych ojczyzn. Nie po to, by każdemu przyznać medal z automatu, lecz po to, by praca wykonywana poza instytucjonalnym centrum nie była z góry traktowana jak ozdobny dodatek do prawdziwej kultury. Bo czasem właśnie ten „dodatek” okazuje się tym, po co najczęściej sięga zwykły człowiek.
Konieczna byłaby też przejrzystość. Organizacje zbiorowego zarządzania powinny jasno pokazywać, według jakich zasad dzielą środki, jakie kategorie twórców uwzględniają, jakie pomijają, ile pieniędzy trafia do poszczególnych grup i dlaczego. Skoro opłata ma charakter powszechny, to powszechna powinna być również możliwość sprawdzenia, jak działa jej podział. Nie wystarczy powiedzieć: „zaufajcie, my wiemy”. W świecie cyfrowym ludzie zbyt długo słyszeli podobne zdania od tych, którzy wiedzieli głównie tyle, gdzie stoi kasa.
Można wreszcie stworzyć otwarte konkursy albo programy dla kultury cyfrowej, finansowane z części opłaty. Nie zamiast repartycji, ale obok niej. Tak, aby część pieniędzy wracała do tych, którzy budują zasoby wspólnej wiedzy, ale nie mieszczą się w tradycyjnym systemie podziału. Kryteria musiałyby być jasne: trwałość dorobku, autorstwo, publiczna dostępność, wykorzystanie, zasięg, wartość edukacyjna, kulturowa lub dokumentacyjna. I znowu: nie chodzi o pałac procedur, tylko o furtkę.
Bo ostatecznie ta furtka jest tu najważniejszym obrazem. Nie trzeba od razu przebudowywać całego folwarku, choć może kiedyś i to okaże się konieczne. Na początek wystarczyłoby stworzyć uczciwe przejście, przez które twórca cyfrowy, regionalista, słownikarz, archiwista społeczny czy autor bazy wiedzy może powiedzieć: oto moja praca, oto jej zasięg, oto jej wykorzystanie, oto dowody, że nie jestem duchem. Jeśli system potrafi pobrać pieniądze od urządzenia, na którym moja praca jest czytana, powinien przynajmniej potrafić przyjąć do wiadomości, że istnieję.
Folwark czy wspólna kultura
Na końcu warto wrócić do człowieka z początku tej opowieści. Do tego, który po pracy, po obiedzie albo wieczorem siadał przy komputerze i porządkował świat. Nie cały świat, bo to zadanie dla ludzi bardzo młodych albo bardzo naiwnych. Swój kawałek świata. Słowo, dokument, zdjęcie, nazwisko, wspomnienie, kapliczkę, cmentarz, historię wsi, lokalną mowę, pamięć po ludziach, którzy nie zostawili po sobie ani pomników, ani fundacji, ani tomów w twardej oprawie.
Ten człowiek nie musi od razu zostać bohaterem narodowym. Nie o to chodzi. Nie musi mieć medalu, akademii ku czci, przemówienia ministra i fanfar przy odnawianiu domeny. Ale dobrze byłoby, gdyby system, który pobiera pieniądze w imię kultury cyfrowej, nie traktował go jak powietrza. Bo powietrzem nie jest ani jego praca, ani jego wiedza, ani treści, które inni czytają, streszczają, cytują, przerabiają i podają dalej.
Nie ma nic złego w tym, że twórcy dostają wynagrodzenie. Źle zaczyna się dopiero wtedy, gdy jedni twórcy otrzymują wynagrodzenie także dlatego, że inni twórcy pozostają niewidzialni. Wtedy rekompensata przestaje być tylko sprawiedliwym wyrównaniem. Zaczyna przypominać podział plonu z pola, na którym pracowali także ci, których nie zaproszono do spichlerza.
Taki człowiek może oczywiście poprawić czapkę, wrócić do roboty i cieszyć się, że przynajmniej wyszukiwarka pamięta jego nazwisko. Ale to nie jest rozwiązanie systemowe, tylko dowcip opowiedziany kosztem tych, którzy wykonali pracę. I właśnie dlatego nie wolno kończyć tej sprawy wzruszeniem ramion. Bo fakt, że ktoś pracuje z potrzeby serca, nie daje innym prawa do wygodnego przeoczenia jego istnienia.
Dlatego pytanie nie brzmi, czy twórcom należy się wynagrodzenie. Należy się. Pytanie brzmi, czy potrafimy uczciwie zobaczyć wszystkich, którzy tworzą kulturę, z której potem korzystamy na ekranach. Tych z wydawnictw, scen, studiów, oficyn i organizacji, ale także tych z kuchni, poddaszy, domowych biurek, lokalnych portali, społecznych archiwów i cyfrowych słowników.
Bo jeśli kultura cyfrowa ma być wspólną przestrzenią, to musi mieć wspólną miarę szacunku. Nie może być tak, że przy poborze opłaty wszyscy tworzą uzasadnienie, a przy wypłacie liczą się tylko ci, których system zna z dawnych formularzy.
Kultura nie powinna być folwarkiem, w którym jedni sieją dla wszystkich, a drudzy mają wyłączność na żniwa.
Zbigniew Grzyb
Z cyklu: „PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄”
Zostaw komentarz