W 1989 r. miałem ledwie 21 lat i zamiast młodzieńczej stanowczości poszedłem na zgniły polityczny kompromis. Chociaż od 1981 r. moim idolem politycznym był Andrzej Gwiazda, chociaż w moim mieście sympatyzowałem z SW i RKS, chociaż działałem w PPS-RD (taki młodzieńczy skok rozwojowy), chociaż wśród PT Kolegów z NZS krytykowałem końtraktowe wybory i koństruktywną opozycję, to 4 czerwca poszedłem i karnie zagłosowałem na kandydatów Wałęsy i Komitet Obywatelski. Wszystkich. Także na senatora. Zdradziłem Majora i oddałem głos na Dudę i Modzelewskiego, bo w ostatniej chwili dorwał mnie strach, że brak mojego głosu spowoduje, że wygrają „Oni”.

Potem była chwila radości, gdy dowiedziałem się, jak bardzo „Oni” przegrali. A potem już tylko rozczarowanie. Jak bardzo „Nasi” stawali się „Oni”. Minęło nieco ponad pół roku i ostatni premier PRL a pierwszy III RP wysłał ZOMO na NZS. Kulminacja rozczarowania 4 czerwca 1992 roku.

I tak od 1989 roku chodzę na wybory. Głosuję z wyrachowaniem na „naszych”, żeby przegrali „oni”. A potem przeżywam rozczarowanie, jak niewielu w gruncie rzeczy jest „naszych”, a jak wielu „onych”. Dożywotnia pokuta za nieoddanie głosu na Majora.

Autor: prof. Gościwit Malinowski
Profesor w Instytucie Studiów Klasycznych, Śródziemnomorskich i Orientalnych Uniwersytetu Wrocławskiego; więcej na blogu:
http://hellenopolonica.blogspot.com  oraz na stronie:
https://wroc.academia.edu/GosciwitMalinowski