Tutaj prezes Kaczyńskie wykazuje się pewnym niezrozumieniem. Tutaj nie tyle „ktoś chce zniszczyć nasz naród”, ile „pojęcie narodu w takim sensie, w jakim pojmuje go PJK jest podważane”.

To jest odwieczny problem z tą naszą prawicą, że ona personifikuje procesy kulturowe. Owszem – każdy proces ma swoich aktorów, ale kiedy np. na giełdzie inwestorzy pozbywają się masowo akcji danej spółki przyspieszają jej upadek, to czy teza jej prezesa „ktoś chce zniszczyć naszą firmę” jest uprawniona?

Może tam i ktoś chce, ale spółka padnie nie z powodu tego konkretnego ktosia, ale ponieważ „rynek” tak ją wycenił.

No i problem z tradycyjnie rozumianym pojęciem narodu jest właśnie taki, że elity świata Zachodu, niczym ów „wolny rynek”, nisko je wyceniają.

Powody tego są złożone i nie dają się sprowadzić do dobrej czy złej woli pojedynczych osób, lecz wynikają z tego, jak elity rozumieją bieg historii, jak odczytują rysujące się w nim trendy i jak widzą własną w tym misję. Zmiana tak ukształtowanego stanu rzeczy jest nadzwyczaj trudna, gdyż nie wystarcza tu prosty sprzeciw – konieczna jest bowiem zmiana szerokiej mentalności, a ta zawsze zachodzi powoli.

Dlatego, uważam, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego jest bałamutna i źle ukierunkowuje energię polskiego konserwatyzmu. Poszukiwanie kolejnego wroga publicznego niewiele da, gdyż wobec zarysowanych przeze mnie wyżej okoliczności, wrogiem tym jest legion. Jedyna droga, to mozolne wykazywanie, że idąc wbrew dominującemu trendowi, można osiągnąć lepsze rezultaty niż te, jakie są widoczne wokół i budować własne silne ośrodki intelektualne, które są zdolne wchodzić w polemikę z intelektualistami dominującego nurtu.