Przechodziłem dziś koło sklepu „Społem” na ulicy Regera w Cieszynie. Była godzina 20:15, lecz sklep był otwarty. Normalnie jest zamykany o 20:00 a nawet kilka minut przed, żeby umyta podłoga zdążyła wyschnąć. W Cieszynie ludzie wiedzą, że do sklepu nie wschodzi się już kwadrans przed zamknięciem. Ludzie cieszyńscy lubią pracować ale bez przesady.

Jakkolwiek sklep był otwarty, panował w nim półmrok, czynna była tylko jednak 20-watowa ledwo żarząca się żarówka. Za ladą siedziała starsza kobieta opierając głowę o lewą rękę. Miała zmrużone oczy jakby prawie spała. Zdecydowałem się wejść do środka.

– Dobry wieczór, czy można? – zapytałem. – Czy można – powtórzyłem pytanie.

Ekspedientka nawet nie mrugnęła okiem, za to z piwnicy sklepu dobiegało głośne wołanie: „Ratunku”. Byłbym je zignorował, bo z sąsiadami takimi jacy oni są, wolę żyć w pokoju, ale zaciekawił mnie niezwykle piskliwy ton tego nawoływania.

Minąłem ekspedientkę, która już chyba wówczas nie żyła, i prędko zbiegłem do piwnicy. A tam w dziecięcym wózku leżało siedem chudych śledzi. Z niewiadomych dla mnie przyczyn wózek ten kołysał się. Śledzie na mój widok zrobiły takie smutne rybie pyszczki. Takie rozczulające bardzo. Zapytałem je:

– Czego ode mnie oczekujecie, cieszyńskie śledzie?

– Miłości, odrzekły zgodnie i wspólnie. – Miłości.

– Ale ja nie znam miłości, nie umiem – krzyknąłem i zatrzasnąłem drzwi piwnicy za sobą. Biegnąc ku wyjściu płakałem, zalewałem się łzami a wychodząc ze sklepy warknąłem w stronę nieżywej ekspedientki:

– To twoja wina, ty szmato. To przez ciebie cierpią w piwnicy niewinne śledzie. Hańba ci!