Za trzy tygodnie lecę z dziećmi do Londynu, znaczy nie ma takiego miasta, jest tylko Lądek Zdrój.

Teraz, po Brexicie, tylko na paszport. Do tego konieczny zakup ichniejszej quasiwizy za 20 funtów. Gdzie w aplikacji trzeba oświadczyć, że nie ma się przeszłości kryminalnej, posiada pracę i nie zamierza na stałe osiedlić się w UK.

Popatrzyłem na swój paszport. Już sama okładka, wytarta na maksa. Napisy prawie nierozczytalne. Wewnątrz od cholery pieczątek granicznych z Mołdawii, Gruzji, Turcji Albanii, Bośni i Hercegowiny, Kosowa i innych Azerbejdżanów.

Fajny profil na dzień dobry przy wlocie do Junajted Kinkdom.

Przeglądając jednak swój paszport uświadomiłem sobie skalę swojej nienormalności i zwyczajnego włóczęgostwa. Zacząłem zadawać sobie pytania, czego tak szukałem, czego nie miałem u siebie. Następnie przeszedłem do pytania, przed czym uciekałem mając u siebie to, czego być może nie akceptowałem.

Miesiąc temu, jak zostałem ogołocony przez przybysza z Afryki ze wszystkiego z wyjątkiem telefonu i paszportu właśnie, w wyniku wymuszonej transakcji polegającej na zerwaniu ze mnie plecaka, zrozumiałem, że…

I tu dwie opcje:

1. J….ć czarnych.

2. Błogosławić zdarzenia, które tym właśnie wydarzeniem uświadamiają coś, o czym się wcześniej nie myślało.

Zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym, czy nie powinienem już zaprzestać tych podróży, takich nonszalanckich, ponadprogramowych, ze szwędaniem się i nocowaniem w przypadkowych miejscach. Może za stary już na to jestem.

Ale znów spojrzałem na obwolutę swojego paszportu i pomyślałem sobie, że jej wytarcie jednak zobowiązuje.