Kiedy państwo mówi obywatelom: „nic się nie stało”, a prokuratura ściga tych, którzy ujawnili prawdę – wiemy, że nie chodzi o bezpieczeństwo, ale o wygodę władzy. Akt oskarżenia wobec Mariusza Błaszczaka i Sławomira Cenckiewicza to polityczny komunikat: nie ruszajcie archiwów, nie pytajcie o decyzje sprzed lat, zapomnijcie o „linii Wisły”.

Przypomnijmy fakty. W 2023 roku szef MON odtajnił fragmenty planu „Warta-00101” z czasów rządu Donalda Tuska. Plan powstał w 2011 r., miał już status archiwalny i – co kluczowe – nie dotyczył bieżących przygotowań obronnych. Minister miał więc pełne prawo podjąć decyzję o odtajnieniu. Nie był to przeciek z aktualnego sztabu, tylko pokazanie obywatelom, jakie paradygmaty strategiczne kierowały państwem w przeszłości.

To, co ujrzało światło dzienne, zabrzmiało jak dzwon alarmowy: czy ktoś naprawdę planował, że obrona Polski zacznie się dopiero na Wiśle, a wschodnia połowa kraju zostanie oddana na pastwę agresora? Polacy mieli prawo to wiedzieć. I mają prawo pytać, kto podpisał się pod takim wariantem. Zamiast odpowiedzi dostaliśmy jednak akt oskarżenia – nie wobec autorów tamtej koncepcji, lecz wobec tych, którzy ją odtajnili.

Rządzący i sprzyjające im media powtarzają: „to tylko najczarniejszy scenariusz, żadnego oddawania ziem nie było”. Dobrze – skoro tak, to dlaczego zamiast spokojnej debaty widzimy prokuratora? Dlaczego nie pokazano obywatelom pełnego obrazu, wszystkich wariantów i wszystkich podpisów? Nawet „wariant najgorszy” mówi coś o kulturze strategicznej państwa – czy broni się każdego kilometra, czy z góry akceptuje utratę połowy kraju i ewentualną kontrofensywę zza rzeki.

Co więcej, jeśli dokument był archiwalny, to gdzie tu „ujawnienie tajemnicy państwowej”? To nie była operacyjna mapa rozmieszczenia jednostek, tylko zapis myślenia sztabowego sprzed ponad dekady. W cywilizowanym państwie takie dokumenty są częścią narodowej pamięci i podstawą do nauki, nie pretekstem do nagonki.

I tu jest sedno sprawy. Jeśli w 2011 roku powstał plan, który de facto zakładał utratę wschodniej Polski, to polityczna odpowiedzialność za ten fakt nie znika wraz ze zmianą kalendarza. Bez przejrzystości i rozliczenia dawnych założeń nie zbudujemy nowej, wiarygodnej strategii odstraszania. A dzisiejsze zarzuty nie wzmacniają obronności – one wzmacniają ciszę.

Dlatego trzeba postawić sprawę jasno: to nie jest spór o akta, to jest spór o państwo. Czy państwo należy do obywateli, czy do archiwistów politycznej wygody? Czy bezpieczeństwo narodowe to wspólne dzieło wymagające zaufania, czy totem, którym ucisza się debatę?

Apel:

1. Opublikować w bezpiecznym zakresie pełne ramy ówczesnego planowania operacyjnego – z wyraźnym wskazaniem, kto i kiedy zatwierdził poszczególne warianty.

2. Powołać ponadpartyjny audyt strategiczny dotychczasowych koncepcji obrony terytorium.

3. Ustalić jasne, apolityczne reguły odtajniania materiałów historycznych – tak, by prawda nie zależała od tego, kto akurat kontroluje prokuraturę.

Dość polityki ciszy. Prawda o „linii Wisły” należy do obywateli.

Źródło foto: X / @nexta_tv