Tamtego dnia uświadomiłem sobie, że jestem masochistą. Oczywiście nienachalnym, gdyż ból mnie nie podnieca, ale namiętnie potrafię się ranić własnymi myślami. Nie mam bowiem zdolności do łatwego usprawiedliwienia swoich niepowodzeń.

 

Inni mają taką zdolność i ja im naprawdę tego zazdroszczę, gdyż dzięki temu przez swoje błędy i życiowe niepowodzenia przechodzą, jakby szli po puchowym moście. W konsekwencji jest tak, że im więcej razy przegrywają, tym bardziej utwierdzają się w przekonaniu, że mieli rację. Bo a ich niepowodzenia odpowiedzialność ponoszą wszyscy inni oraz obiektywne przyczyny, które usprawiedliwiają wszystko.

 

Ja tak nie potrafię i przez swoje niepowodzenia przechodzę cały poraniony, w głębokim przekonaniu, że jestem najgorszym idiotą. Dlatego jestem masochistą.

 

W tej mojej patologicznej postawie dostrzegam tylko jedną zaletę. Otóż nie można mnie obrazić wyzwiskami od kretynów na Facebooku. To mnie wcale nie rani, gdyż ja się generalnie z tym zgadzam. Być może moja opinia różni się w szczegółach, ale ogólnie i w wersji syntetycznej ja faktycznie często czuję się jak skończony przygłup. Zwłaszcza wtedy, gdy po raz kolejny daję się oszukać tym, którzy obiecują podczas wyborów, że będą rządzić dla mojego dobra. O Boże, jak boli, gdy pomyślę, ile już razy zrobiłem z siebie w ten sposób idiotę.

 

Należę przecież do pokolenia, które z determinacją zwalczało komunę. W konsekwencji komunizm upadł, ale gorzej na tym wyszliśmy MY niż komuniści. I teraz pytanie testowe: kto jest winny — MY czy ONI? Ci, którzy uważają, że MY – to są właśnie masochiści.

 

Bo ludzie normalni uważają, że ONI. Dzięki temu są na swój sposób szczęśliwi. Idą nad tym wszystkim po tym swoim puchowym moście głębokiego przekonania, że zrobili wszystko najlepiej, jak mogli. Z dumą przypinają sobie ordery pogromców komuny, bo jeżeli coś nie wyszło, to przecież nie ich wina, ale komunistów i postkomunistów oraz obiektywnych przyczyn. Z głębokim więc przekonaniem walczą dalej z postkomuną, tak jak walczyli z komuną. I nie mogą przegrać, gdyż z każdej porażki wyjdą przecież zwycięsko.

 

Natomiast ja się tym dręczę. Bo czuję się winny. Żadnego radosnego usprawiedliwienia. Idę po prostu po ostrym dnie upadku komunizmu, który okazał się zwycięstwem komunistów, i boleśnie kaleczę sobie gołe stopy. W konsekwencji boję się teraz zwalczać postkomunę, aby nie wygrać, bo diabli wiedzą, co z tego wyjdzie.

 

No właśnie, bo mój masochizm nie ogranicza się do przeszłości, ale przekłada się również na przyszłość. Większość normalnych ludzi myśli sobie bowiem tak, że jeżeli chcą, aby było dobrze, to będzie dobrze, bo najważniejsze jest, aby chcieć dobrze. Natomiast ja to widzę inaczej. Aby było dobrze, trzeba zrobić dobrze. Jeżeli nie zrobisz dobrze, to będzie źle.

 

I w ten sposób ja nie widzę przed nami żadnej przyszłości. Widzę raczej ciemność. Bo niepostrzeżenie, tak jakby na marginesie mojego masochizmu, wyłania się pytanie, czy nam się nic nie udaje z powodu globalnego spisku lewacko-liberalnych elit, czy z powodu naszego zwyczajnego lokalnego nieudacznictwa.

 

To prawda, że wielka światowa zmowa jest bardzo fajna, gdyż wszystko usprawiedliwia, ale ja masochistycznie wszystko biorę na siebie. Bo żaden światowy spisek nie rozwalił nam edukacji, ale my sami to sobie zrobiliśmy. I brniemy w to dalej. Bo mogliśmy mieć uczciwe media, ale nic nie zrobiliśmy, aby mieć uczciwe media. Bo mogliśmy mieć sprawiedliwe sądy, ale nic w tym celu nie zrobiliśmy. A samo się nie zrobi…

 

Bo ja się najbardziej boję tych, którzy chcą dobrze, ale nic nie potrafią. Ja się ich nawet bardziej boję niż lewackiego spisku. Dlatego czarno to widzę. Inni mają lepiej, gdyż nawet jeżeli nie będzie dobrze, to nie jest wstyd przegrać z globalną zmową wrogich sił. Natomiast ja się wstydzę tego, co sami robimy ze swoim krajem.

 

I to jest bez wątpienia moja wina. Jeżeli bowiem nic z tym nie można zrobić, to lepiej znaleźć sobie jakieś usprawiedliwienie niż się zadręczać. Ale ja wciąż wierzę, że może być lepiej.

 

Na tym polega mój najgorszy odjeb – wciąż wierzę w zwycięstwo. Uważam, że przegrywaliśmy przez własne błędy, a nie obiektywne przyczyny. Dlatego możemy wygrać. Musimy tylko przyznać się do winy, a nie szukać winnych. To najgorsza odmiana masochizmu: ranienie się optymizmem.

 

Normalni mają lepiej – nie wierzą, że może być lepiej, więc nie czują się winni. Dlatego są normalni.