Wszystko zaczęło się od krótkiej wiadomości. Potem była długa rozmowa telefoniczna. W słuchawce głos starszego człowieka.

…To było przypadkowe spotkanie. Od tego czasu minęło wiele lat. Gdzieś między Krywe a Tworylne – na starej ścieżce, której już prawie nikt nie chodzi … i wtedy go zobaczyłem.

Siedział na pniu pod drzewem. Nie patrzył na mnie – tylko gdzieś w dal.

Wyglądał jak ktoś, kto zna każdy głaz, każdy pień, każdy strumień tej doliny. Mógł mieć siedemdziesiąt parę lat. Twarz poorana zmarszczkami.

Zapytałem, czy czegoś szuka.

– Nie… – odpowiedział cicho, z lekkim, ukraińskim akcentem. – Ja już wszystko znalazłem. Wracam tu co roku…

Ale po chwili sam zaczął mówić. Może dlatego, że chciał się z kimś podzielić co nosił w sobie. A może po prostu nadszedł ten czas, żeby ktoś to wreszcie usłyszał.

Miał dwadzieścia dwa lata, kiedy przyszła wojna między sąsiadami.
Mieszkał z żoną – Mariczką – i dwiema córeczkami: Ołesią i Nataszką. Biednie mieszkali, ale byli szczęśliwi. Żyli jak wszyscy – do dnia, w którym wszystko pękło.

Pewnego wieczoru przyszedł sąsiad.

– Uciekaj, Iwanie… Dziś w nocy przyjdą po ciebie. Masz iść z nimi. Kto nie pójdzie – zdrajca.

Nie czekał. Wziął tylko płaszcz i wybiegł tylnymi drzwiami. Mariczkę i dziewczynki zostawił. Obiecał wrócić rano. Schował się w jarze pod starym świerkiem, kawałek za wsią. Siedział całą noc.

Przyszli do jego domu. Nie znaleźli go – więc uznali, że zdradził. Że splamił honor.
Mariczkę zastrzelili na progu. Dziewczynki były w środku. Podpalili dom. Krzyki słychać było długo – ktoś mówił potem, że z sąsiedniego pola słyszał, jak wołały „Mama! Mama!”, zanim płomień je zagłuszył.

Kiedy wrócił o świcie, nie było już nic. Tylko zgliszcza.
Ukląkł w popiele. A potem zaczęło padać.
Deszcz padał, jakby niebo wiedziało, że on nie może już płakać.

Pochował ich tam. Wszystkich troje. Obok domu, gdzie rosły kiedyś malwy. Usypał kopczyk. Przychodził tam co roku. Siadał w tym samym miejscu.

– Nosiłem to w sobie przez tyle lat – powiedział do mnie cicho.

Wyciągnął z kieszeni lniany woreczek. W środku były zasuszone malwy.
Uklęknął przy kopczyku, odgarnął liście i położył je na ziemi.

– Kiedyś był tu krzyż… – powiedział prawie szeptem. – Ale czas zrobił swoje. Spróchniał. Nie mam już siły stawiać nowego. Mój czas dobiega końca… Wnet się połączymy.

Potem wstał. Odszedł powoli, wspierając się na kiju.

Minęły dwa lata.

Wróciłem tam. Szukałem tego miejsca długo. Trawy porosły. Ale kopczyk był.
Oczyściłem go. Zrobiłem nowy krzyż – solidny, z bukowego drewna. Wbiłem go głęboko.

Nie napisałem żadnych imion. Żadnych dat.

Dziś sam jestem starszy. Ale wracam wspomnieniami do tamtego spotkania.
Nie chciałem, żeby ta historia przepadła… Jeśli nie napiszesz to choć zapamiętaj.

Wiem, że niektórzy uśmiechną się cynicznie.
Powiedzą, że to tylko kolejna legenda, kolejna łzawa opowieść z gór.
Dlatego ją publikuję. Tak, jak została mi przekazana.

Resztę zostawiam tym, którzy zechcą jej przeczytać.

Autor: Jędruś Ciupaga