Była 1 w nocy. Siedziałem w holu pensjonatu “Jantar” i pilnowałem uczniów, żeby nie opuszczali pokoi. Od dwóch dni razem z klasą siódmą byliśmy na wycieczce – na tak zwanej – “zielonej szkole”. W pierwszym dniu wyprawy płynęliśmy statkiem po Kanale Elbląskim, zaliczając “rejs po trawie”, jak reklamowało spływ biuro podróży, organizujące nasze przedsięwzięcie. Na początku rejsu dzieci z umiarkowanym zainteresowaniem śledziły przeprawy przez pochylnie Kanału. Następnie zeszły pod pokład, gdzie w bufecie przy chipsach i coli, zajęły się przeglądaniem telefonów. Zaś nauczycielskie nawoływania do kontemplacji krajobrazów Wysoczyzny Elbląskiej, rozwijającej się za burtami statku, jak zielony rulon pofałdowanego jedwabiu, kwitowały wzruszeniem ramion.
W drugim dniu zwiedzaliśmy Gdańsk. Oprócz rutynowego spaceru po Długim Targu, zobaczyliśmy Teatr Szekspirowski i Muzeum II Wojny Światowej.
Pani przewodniczka oprowadzająca nas po mieście, co rusz podkreślała wielokulturowy i otwarty na różnorodność charakter grodu nad Motławą. Ale młodzież “miała w pompie” różnorodność i wielokulturowość, ponieważ największych wrażeń dostarczyła jej publiczna toaleta, która nie przyjmowała płatności kartą, co kosztowało mnie 3 dychy, pożyczone chłopcom, żeby się nie posikali. Przyznaję, że moje emocje najbardziej rozpalało polowanie na niemiecko brzmiące imiona gdańskich tramwajów, piętnowanych w internecie przez prawicowych gorliwców. Niestety albo stety, żadnego “tramwajowego niemca” nie udało mi się wytropić.
Muzeum II Wojny, to był strzał w 10-tkę. Przez ponad 3 godziny w tłoku, zaduchu ze słuchawkami autopilotów na uszach i wypiekami na twarzach dzieci zaliczały ekspozycje poświęcone kolejnym aspektom wojennej historii. Uczniów, którzy chcieli wymigać się od zwiedzania, sprawnie przywoływała do porzadku koleżanka nauczycielka. Muzeum jest ogromne i nawet 10 godzin, to mało, żeby je poznać. Z bogatej oferty wybrałem dla siebie dział prezentujący losy i reakcje ludności polskich kresów wschodnich na agresję ZSRR w dniu 17 września 1939 r.
Obejrzałem słynny, propagandowy film radziecki, na którym polska panna tańczyła z sowieckim sołdatem na rynku kresowego miasteczka przy wtórze harmoszki. Widziałem suweniry, wręczane “wyzwolicielom” przez wdzięcznych mieszkańców Zachodniej Białorusi i Ukrainy. Wśród nich wyróżniał się kolorowy kilim, przedstawiający chłopską rodzinę w towarzystwie krasnoarmiejca, dzierżącego w dłoni czerwona gwiazdę promieniującą złotym blaskiem. W centralnej części obrazu ojciec rodziny przygarnięty braterskim ramieniem żołnierza, uwalniał się z pańskich kajdanów, a jego żona i córka w dziękczynnym geście wyciągały ręce do czerwonoarmisty. Pod ich nogami leżał obalony, biało-czerwony słup graniczny.
Słuchałem audycji z nagranymi wspomnieniami mieszkańców kresów, opowiadających o zsyłkach i prześladowaniach Polaków na terenach radzieckiej okupacji. Jednak nigdzie nie znalazłem materiałów dokumentujących kolaborację z sowietami tej części ludności żydowskiej, która witała komunistów z ochotą. Może źle szukałem, a może tych materiałów nie było? To zastanawiające, ponieważ dokumentacja prezentowana w poszczególnych działach tematycznych była bardzo obszerna i szczegółowa. Na przykład na wystawie poświęconej wojnie na Dalekim Wschodzie widziałem nawet mapę przedstawiającą sieć domów publicznych dla żołnierzy japońskich, lokowanych w podbitych krajach Azji.
Pierwsza noc w “Jantarze” była niespokojna, dzieci nie sytę wrażeń, harcowały po korytarzach i koleżanka nauczycielka, uganiała się za nimi do 3 rano.
Ale druga noc była lepsza. Zmęczone dziatki spały grzecznie w łóżkach, a ja mogłem oddać się lekturze.
Czytałem “Rozmowy z katem” K. Moczarskiego, które kupiłem w sklepiku Muzeum II Wojny. Przeglądając pięknie edytowany tom opatrzony aneksem i obszernymi przypisami, wspominałem inne wydanie “Rozmów…” – stary, piwowski, ocenzurowany i rozsypujący się w ręku egzemplarz, który zdobyłem spod lady w połowie lat 70-dziesiątych. Później poznałem pełną wersję książki, wydrukowaną małą czcionką na gazetowym papierze, przez którąś z licznych, podziemnych drukarni, działających w latach 80-tych XX wieku.
Dzisiaj już w domu – “na spokojnie” kończę lekturę dzieła Moczarskiego. A jednak nie całkiem jestem spokojny, bo zirytowało mnie posłowie Andrzeja Szczypiorskiego, pełne wzniosłych słów i pouczeń moralnych. Szczególnie zbulwersował mnie akapit, w którym autor napisał, że – cyt. “Sumienia nie tylko nie można kupić ani sprzedać, lecz nie można go również scedować na państwo, naród, klasę – bo wtedy przestajemy po prostu istnieć jako ludzie.” To zdanie wypowiedział człowiek, który swoje sumienie i los własnego ojca przehandlował funkcjonariuszom UB za ciepłą, zagraniczną posadkę. Zaś redaktorzy “muzealnego” wydania “Rozmów” nie znaleźli miejsca, żeby się do tego odnieść. Za to znaleźli chęci i miejsce, żeby zdyskredytować opinie Moczarskiego na temat kulturowej i historycznej genezy niemieckiego hitleryzmu. Zadania tego podjął się prof. M. Zaremba, który w przedmowie do książki napisał, że zasadniczą rolę w masowych zbrodniach nazistowskich odegrały; czynniki sytuacyjne, przypadek historyczny i psychologia społeczna !!!
Jednak nie powinienem się denerwować, bo od dzisiaj jestem na wakacjach. Skończył się rok szkolny i skończyła się wycieczka. Klasa 7 szczęśliwie wróciła do domów. Nikt nie wypadł za burtę, nie zasłabł od nadmiaru wrażeń i napojów gazowanych. A uczennice, która zawisła wysoko na linie rozpiętej między drzewami w parku linowym, udało się szczęśliwie sprowadzić na ziemię.
Czego i Wam życzy nauczyciel pomocniczy.
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz