Przez dziesięciolecia rower był jednym z najbardziej udanych wynalazków człowieka. Nie dlatego, że był szybki. Nie dlatego, że był modny. Był genialny dlatego, że należał do swojego właściciela.

Wystarczały dwa klucze, kawałek szmatki i puszka smaru. Na trawniku przed domem można było rozebrać go niemal do ostatniej śrubki, wyczyścić, wyregulować i jeszcze tego samego dnia ruszyć przed siebie. Ciężka stalowa rama, szerokie balonowe opony, jedno przełożenie schowane bezpiecznie w tylnej piaście, boczne dynamo z wymienną żarówką – i świat stawał otworem. Drogi bywały pełne dziur, ale rowery nie znały słowa „aktualizacja”. Po prostu jechały. Potem wydarzyło się coś osobliwego.

Przemysł rowerowy zaczął projektować rowery coraz rzadziej dla użytkowników, a coraz częściej dla… rynku. Sport wyczynowy stał się wzorem dla wszystkiego. Rozwiązania stworzone dla zawodników walczących o ułamki sekund zaczęto sprzedawać ludziom, którzy chcieli po prostu pojechać do pracy, do sklepu albo do lasu.

Pamiętam jeszcze żart z dzieciństwa.

– Łańcuch ci się skończył! – wołali koledzy, śmiejąc się z zazdrością, gdy ktoś przyjechał na nowym rowerze.

Dzisiaj coraz częściej mam ochotę zadać to samo pytanie producentom. Tylko z lekką zmianą:

– Łańcuch wam się skończył?

Bo czasami odnoszę wrażenie, że zamiast szukać kolejnych dobrych rozwiązań, coraz usilniej szukają sposobów, by klient szybciej wrócił po następny rower.

Nie zrozumcie mnie źle. Hamulce tarczowe świetnie sprawdzają się w błocie i deszczu. Elektroniczne przerzutki potrafią działać z imponującą precyzją. Karbon w profesjonalnym sporcie ma swoje uzasadnienie. Problem zaczyna się wtedy, gdy zwykły rower użytkowy zamienia się w laboratorium technologiczne.

Zamiast linki pojawia się bateria. Zamiast prostego mechanizmu – procesor. Zamiast klucza imbusowego – laptop. Łańcuch staje się coraz węższy, bo musi obsłużyć kolejne przełożenia i jednocześnie przenieść moment obrotowy silnika elektrycznego. Pojawiają się zamknięte skrzynie biegów, których nie naprawi nawet doświadczony mechanik, bo producent przewidział jedynie jedną procedurę: zapakować rower do kartonu i odesłać do fabryki. Jeszcze trzydzieści lat temu postęp oznaczał, że przedmiot stawał się lepszy dla użytkownika. Dzisiaj coraz częściej oznacza, że staje się wygodniejszy dla producenta.

Bo między postępem a podstępem bywa czasem tylko jedna litera. I kilka działów marketingu.

Nie dlatego, że produkt łatwiej naprawić. Przeciwnie. Coraz częściej projektuje się go właśnie tak, aby naprawa była trudniejsza, droższa albo zwyczajnie nieopłacalna. A wtedy klient nie kupuje części. Kupuje następny model.

Ta filozofia dawno opuściła świat rowerów. Wystarczy rozejrzeć się po domu. Szczoteczka do zębów komunikuje się z telefonem przez Bluetooth. Maszynka do golenia ma procesor. Samochód po wymianie akumulatora coraz częściej wymaga wizyty w serwisie, bo trzeba go przekonać, że dostał nową baterię. Człowiek kupuje urządzenie, ale coraz rzadziej staje się jego właścicielem. Jest raczej czasowym użytkownikiem technologii do chwili, gdy producent uzna, że pora kupić następny model.

Najbardziej zdziwiło mnie jednak coś innego. Zacząłem sprawdzać nie tylko jakość rowerów, ale również kondycję firm, które je produkują. Im dłużej czytałem, tym bardziej miałem wrażenie, że przeglądam kronikę wojenną. Restrukturyzacje. Zwolnienia. Zamykane fabryki. Przenoszenie produkcji. Bankructwa. Przejęcia przez większe koncerny. Jeszcze wczoraj marka była symbolem prestiżu. Dzisiaj sama walczy o przetrwanie.

Pamiętam doskonale, jak w Moguncji zniknęła fabryka Santa Cruz. Jeszcze chwilę wcześniej była przedstawiana jako dowód rozwoju i sukcesu. Po dwóch latach działalności zakład zamknięto, produkcję przeniesiono, a pracownicy stracili zatrudnienie. Najbardziej szkoda było właśnie ich. Ale pomyślałem również o klientach, którzy kupowali rowery wierząc, że inwestują w stabilność marki i pewność serwisu na długie lata.

Okazało się, że w XXI wieku czasem szybciej znika producent niż zużywa się rower.

To paradoks naszych czasów. Kiedyś baliśmy się, że pęknie szprycha. Dzisiaj bardziej martwimy się, czy za pięć lat będzie jeszcze istniała firma produkująca części do naszego modelu.

Na szczęście istnieją jeszcze ludzie, którzy patrzą na rower inaczej. Nie kolekcjonują logotypów. Kolekcjonują dobre rozwiązania. Potrafią odnowić starą stalową ramę, wyregulować piasty, wymienić kulki w łożyskach, odszukać dawne obrotowe manetki i cieszyć się z tego, że mechanika nadal słucha człowieka, a nie odwrotnie.

Na co dzień jeżdżę samochodem jednej z najbardziej rozpoznawalnych japońskich marek – Mitsubishi. Nie dlatego, że jest najbardziej nowoczesny, komfortowy czy modny. Dlatego, że zachował zdrowy rozsądek. W świecie coraz bardziej przypominającym smartfony na kołach nadal bardziej ufa fizyce niż marketingowi. Dokładnie tego samego oczekuję od roweru. Ma być trwały. Wygodny. Naprawialny. Gotowy do jazdy wtedy, kiedy mam ochotę skręcić z asfaltu w leśną drogę.

Bo właśnie po to wymyślono rower.

Nie po to, żeby właściciel codziennie zastanawiał się, czy producent jeszcze istnieje, czy bateria jest naładowana, czy aplikacja działa po ostatniej aktualizacji i czy do jego modelu nadal można kupić części. Rower miał po prostu zawieźć człowieka do sklepu, do znajomego czy do lasu.

A jeśli któregoś dnia producenci ogłoszą, że najnowszy model będzie już latał, sam wybierze trasę, rozpozna nastrój właściciela, zamówi kawę, zaktualizuje się przez satelitę i uprzejmie poinformuje, że właśnie kończy się abonament na pedałowanie…

…to czy nie taniej i rozsądniej będzie po prostu kupić latający dywan?

Post scriptum:

Z coraz większym szacunkiem patrzę na ludzi z brodami. Nie tylko dlatego, że potrafią je nosić z godnością, ale również dlatego, że przypominają, iż nie wszystko musi mieć procesor, aplikację i instrukcję obsługi.

Choć i tutaj postęp zrobił swoje. Dawniej wystarczały nożyczki, grzebień i odrobina cierpliwości. Dzisiaj broda coraz częściej ma własnego stylistę, plan pielęgnacji, kosmetyki z egzotycznych olejków i obowiązkową wizytę u barbera. I bardzo dobrze – pod warunkiem, że pamiętamy, iż barber jest mistrzem rzemiosła, a nie ostatnią deską ratunku przed własnym lustrem.

Bo między elegancko przystrzyżoną brodą a chaosem godnym Rumcajsa istnieje jeszcze coś, co przez wieki nazywało się… zdrowym rozsądkiem i parą nożyc. Może właśnie tego najbardziej zaczyna dziś brakować – nie technologii, lecz odwagi, by od czasu do czasu zrobić coś samemu. To naprawdę piękne uczucie.

Prawie tak piękne, jak pojechać zwyczajnym rowerem do lasu… bez konieczności wcześniejszego logowania się do własnych pedałów.

Post scriptum 2:

Jest jeszcze jeden obraz, którego długo nie mogłem wyrzucić z pamięci.

Amsterdam. Miasto rowerów. Symbol ekologicznego transportu. A jednocześnie miasto, którego służby co roku wyławiają z kanałów tysiące rowerów. To niezwykle przewrotna lekcja naszych czasów. Najbardziej ekologiczny środek transportu potrafi stać się jednocześnie jednym z najbardziej charakterystycznych odpadów wielkiej metropolii.

Bo o ekologii nie decyduje wyłącznie materiał, z którego zbudowano przedmiot. Decyduje również to, jak długo człowiek chce z niego korzystać i czy nadal czuje się jego właścicielem. Może więc największym osiągnięciem cywilizacji nie będzie rower z kolejnym procesorem, sztuczną inteligencją i abonamentem na pedałowanie. Może będzie nim taki, którego za trzydzieści lat ktoś po prostu… nadal będzie chciał naprawić?