Pierwsze dni, po przyjeździe do Gdańska spędziłam na biesiadowaniu z rodziną i starymi znajomymi. Potem był czas na wielkomiejskie rozrywki jak kino. Pierwszym kinem w Gdańsku było kino „Polonia” w Oliwie, później zwane „Delfinem”. W zrujnowanym starym Gdańsku rozpoczęło działalność kino „Leningrad”, później nazwane „Neptunem”. No i w końcu w naszym Wrzeszczu powstało kino „Gedania”.
Na Placu Zebrań Ludowych miał miejsce inny rodzaj „kina”, czyli …wieszanie… Można było oglądać publiczne egzekucje zbrodniarzy niemieckich, głównie strażników z obozu koncentracyjnego Stutthof. Ciągnęła tam mnie i innych ludzi ciekawość ale także chęć poczucia triumfu sprawiedliwości wobec tych, którzy jeszcze niedawno byli panami życia i śmierci. Jednak nie czułam satysfakcji, mimo wszystko widząc w tych potworach bezbronnych i bezradnych ludzi.
Potem zaczął się spektakl w operze – proces Alberta Forstera, hitlerowskiego gauleitera Gdańska. Bardzo mnie zdziwiło, że tak straszny człowiek wyglądał dość sympatycznie. I całkiem przystojny był z niego chłop! Jednak egzekucji Forstera w Gdańsku się nie doczekaliśmy. Według oficjalnych danych wywieziono go do Warszawy, gdzie został stracony. Już wtedy pojawiła się plotka, że nie wywieziono go do Warszawy ale do Moskwy, między innymi po to, by wydobyć od niego miejsce ukrycia skarbów III Rzeszy. Temat wrócił w latach dziewięćdziesiątych. Znów ktoś zaczął mówić o tym, że Forstera nie powieszono, lecz wywieziono do Moskwy. Pojawiły się informacje o tym, że Forster w imieniu Hitlera współpracował z NKWD w rozpracowaniu Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku. Pod koniec wojny ponoć już prywatnie (wraz z grupą gestapowców, którzy później przeszli do NKWD i UB) zaczął współpracę z Sowietami. Żaden z „poważnych historyków” tematu nie podjął, gdyż dla nich, kawałek papieru, stwierdzający wykonanie wyroku śmierci na Forsterze był decydujący.
Zostaw komentarz