Siedzę sobie. Od lat. Coraz bardziej ekologicznie, bo bez ruchu, bez oddechu i bez złudzeń. Piasek demokracji osypuje mi się z ramion, a wiatr historii robi przeciąg w czaszce. Gdzieś daleko słychać morze – to obywatele, którzy jeszcze wierzą, że „następne wybory wszystko zmienią”.

Czekam na demokrację w Polsce jak mumia na reanimację: z godnością, choć bez większych nadziei. Kiedyś miałem mięśnie, dziś mam już tylko „miękką konstytucję” – kruchą, nadgryzioną i regularnie przesuwaną, żeby pasowała do wystroju władzy.

Co jakiś czas ktoś podchodzi, robi zdjęcie i mówi:

– Patrz, jaka trwałość tradycji.

– Nie, to tylko obywatel, który uwierzył, że instytucje same się obronią.

Demokracja oczywiście jest. Teoretycznie. Jak w instrukcji obsługi – napisanej drobnym drukiem, po łacinie, i trzymanej w sejfie, do którego klucz ma jeden pan z kolegami. Od święta wyciąga się ją na pokaz, otrzepuje z piasku propagandy i mówi: „działa, proszę się rozejść”.

A ja siedzę dalej. Już nawet nie protestuję, bo protest wymaga energii, a ta została zużyta na „jeszcze chwilę”, „jeszcze jedną kadencję” i „nie ma idealnych rozwiązań”. Została tylko cisza, pustynia i to dziwne uczucie, że kiedy demokracja w końcu przyjdzie, nie będzie komu jej otworzyć.

Bo wszyscy będą już bardzo, bardzo cierpliwi. Jak ja.😉