Znajomy obserwując bezładną miotaninę Zjednoczonego Królestwa na arenie międzynarodowej, skomentował, że gdyby mgła covidowa mogła się zmaterializować, przybrałaby postać Keira Starmera.

Niegdysiejsze imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce, stało się swoją karykaturą. Przez stulecia opierało swoją potęgę na flocie. Dzisiaj nie jest w stanie wyekspediować kilku działających okrętów do patrolowania nie tylko Cieśniny Ormuz, ale choćby Morza Północnego, dzięki czemu rosyjskie tankowce z flotylli cieni mkną po falach niemal przez nikogo nie niepokojone.
Nic dziwnego, że w tej sytuacji Argentyna rozważa odebranie Wielkiej Brytanii Falklandów.
Może, więc dlaczego miałaby tego nie zrobić?

Przyczyną tego stanu rzeczy jest niezdolność do jakiegokolwiek działania. Wypływa ona strukturalnie z braku możliwości poprawnego zdefiniowania własnych interesów. Nie ma więc mowy o ich egzekucji. Zatrważające jest to, że ten dylemat jest niejako zbiorczym obrazem całości procesów kulturowych i politycznych, jakie opanowały większość państw Europy Zachodniej.
Z czego to się bierze? Jak to w ogóle możliwe?
W świecie relatywizmu, dekonstrukcji i nihilizmu, staje się niemożliwe sensowne zdefiniowanie jakichkolwiek znaczeń, w tym własnego interesu.

Brak znaczeń oznacza brak hierarchii. Z tego zaś wynika bezpośrednio negacja przyczynowości, co jest ukrytym i nieuświadomionym dogmatem europejskiej myśli politycznej, wypływającym z tradycji filozofii poststrukturalistycznej. Bez pojęcia przyczynowości nie można określić kierunkowości zdarzeń, co wyklucza tak myślenie kontrfaktyczne jak i w ogóle jakiekolwiek prognozy i strategię. Nie można też określić interesu i tożsamości – bo wszystkie są równoważne. Europa razem z własną tradycją wyrzuciła za burtę nie tylko moralny, ale także intelektualny kompas, przyjmując strukturę trwale bezpostaciową.

Wydaje się nieprawdopodobne, żeby ogromne rzesze społeczne wybierały poglądy wprost dla nich tak głęboko szkodliwe w wielu wymiarach egzystencjalnych.

Tak jednak się dzieje. Odpowiedź, dlaczego, wypływa z dwóch obserwacji. Po pierwsze, skutki są odsunięte w czasie, a istniejący system rozmaitych buforów bezpieczeństwa, linii kredytowych, oraz instytucji międzynarodowych, kreuje bezpodstawną iluzję bezpieczeństwa i stabilności.
Po drugie, poststrukturalizm nie pozycjonuje się jako irracjonalizm. Wręcz przeciwnie – udaje intelektualne zwieńczenie i szczytowe osiągnięcie filozoficznej tradycji europejskiej, w tym humanistycznej, oświeceniowej i pozytywistycznej, z jej naukowym dorobkiem. Uzurpuje status wyższej prawdy na gruncie ostrożności poznawczej i nad-racjonalnego sceptycyzmu, który każe mu jednak odrzucać oświeceniowe pojęcia prawdy i rozumu. Tym sposobem stroi się w szaty fałszywego autorytetu, który pęka przy bliższym zbadaniu.
Warto prześledzić szczegółowo, jak ten proces dekonstrukcji struktury nastąpił.

Genealogia bezwładu.

Hume w 1739 roku zauważył, że nie obserwujemy przyczynowości. Obserwujemy jedynie regularną sukcesję. To była epistemiczna obserwacja, która miała sens w kontekście fundamentalnej krytyki racjonalizmu. Hume sam jednak nigdy nie sugerował, że trzeba zrezygnować z myślenia przyczynowego. Wręcz przeciwnie. Doszedł do konkluzji, że trzeba uznać jego pragmatyczny charakter i nadal go używać.
Tymczasem współczesny scjentyzm statystyczny – ta wersja, która uczy studentów epidemiologii, że „correlation is not causation” jako mantry, a nie jako wstępu do precyzyjnego wnioskowania kauzalnego – pod pozorem “lepszej naukowości” robi z humowskiej obserwacji wniosek sensu stricte irracjonalny: że nie powinniśmy mówić o przyczynowości. To wywołuje mechanizm samokorodującego hiperracjonalizmu: rozsądek sam siebie znosi, a ostrożność staje się paraliżem.

Laureat nagrody Turinga Judea Pearl ma rację, podkreślając już od lat dziewięćdziesiątych, że kauzacja jest pojęciem matematycznie sformalizowanym, nieredukowalnym do korelacji, koniecznym dla każdego pytania kontrfaktycznego, a więc dla każdej polityki publicznej. „Co się stanie, jeśli wprowadzimy ten podatek?” jest pytaniem kontrfaktycznym – pyta o świat, w którym podatek został wprowadzony, w porównaniu ze światem, w którym nie został. Bez aparatu kauzalnego odpowiedź na to pytanie staje się formalnie niewykonalna. Można tylko w nieskończoność zbierać korelacje, które nic nie mówią o tym, co się stanie; jak działa badany obiekt.
Poststrukturalizm ze swoim sceptycyzmem do precyzji języka i znaczeń, dodaje nieoczywistą, niebezpieczną warstwę: kauzacja jest politycznie podejrzana, ponieważ kauzalne wyjaśnienia produkują hierarchie odpowiedzialności. Jeśli A jest przyczyną B, to A jest odpowiedzialne za B. Foucaultowska analiza władzy-wiedzy systematycznie traktuje takie hierarchie odpowiedzialności jako narzędzia opresji.

Skutkiem jest, że dyskurs publiczny w wielu obszarach (zdrowie publiczne, edukacja, polityka socjalna, kryminologia) traci zdolność do mówienia o przyczynach, bo każde takie mówienie jest natychmiast oskarżone o „blaming the victim”, o „victim-shaming”, o „winienie struktur”, o cokolwiek – poza precyzyjną analizą kauzalną.

Ucieczka od wolności

Sprzęga się to z pewnymi atrakcyjnymi dla ogółu fantazjami co do natury ludzkiej, które poststrukturalizm wysublimował i zdeformował. Jedną z nich jest mit szlachetnego dzikusa, który ma u Rousseau swoją źródłową formułę: człowiek rodzi się dobry, cywilizacja go psuje, powrót do natury jest powrotem do niewinności.

Drugą stanowi mit niewinnego dziecka, który w rzeczywistości jest jego wariantem ontogenetycznym: dziecko jest czyste, niewinne, wolne i beztroskie, a dorosłość je deformuje. „Autentyczność” jest powrotem do dziecięcego stanu sprzed represji.
Czyż to nie kusząca wizja? Wizja własnego “ja” pozbawionego odpowiedzialności, trosk i w stanie błogiej szczęśliwości, to ostateczna sublimacja egoistycznych pragnień.
Oba mity są strukturalnie identyczne i oba zostały już przerobione w filozofii moralnej, najmocniej przez Hobbesa (jako ich diagnostyczne przeciwieństwo) i przez Freuda (jako ich genealogiczne unieważnienie). Oba powstały jako wyraz tęsknoty negującej doświadczenie: okropieństwa wojen światowych, wyzysku, zniszczenia środowiska naturalnego.

W warunkach poststrukturalnego rozkładu znaczeń, oba mity zostają zaktualizowane jako jedna postawa. Człowiek wyzwolony z hierarchii wartości nie dostaje jednak wolności – dostaje stan przed-aksjologiczny, w którym popędowość jest jedynym dostępnym kompasem. Mit wyraża pragnienie powrotu do Edenu, ale w praktyce prowadzi do przyjęcia statusu zwierzęcego, odrzucającego tak myśl, jak i odpowiedzialność. To figura Ostatniego Człowieka, którą opisywał Nietzsche. Śmierć Boga jawi się w tym ujęciu jako symbol odrzucenia struktury znaczeniowej przez poststrukturalistów. Brak struktury jednak też jest strukturą, tyle że wypartą.

Zatrute jabłko z rajskiego ogrodu.

Człowiek, który dobrowolnie wyzbywa się człowieczeństwa – mówiące zwierzę – jest zasobem, który szybko znajdzie swojego pana. Jest podatny na nacisk, który mu nada strukturę z zewnątrz.

Ten obraz łączy trzy linie myślenia: arystotelesowską (człowiek jako zoon logon echon, zwierzę posiadające logos – które w dobrowolnym umniejszeniu traci logos, ale zachowuje zwierzęcość), hobbesowską (ucieczka przed bellum omnium contra omnes prowadzi do Lewiatana, którego się dobrowolnie wybiera, by przeżyć) i ostatecznie schmittowsko-orwellowską (w stanie rozkładu znaczeń przychodzi Wielki Brat, który nadaje znaczenia).

Wypływają z niego ciekawe konsekwencje. Przede wszystkim można dojść do wniosku, że wolicjonalizm prawicowy nie jest opcją alternatywną wobec lewicowego nihilizmu – jest strukturalną odpowiedzią na ten nihilizm, jego zewnętrzną zaworową konsekwencją. Społeczeństwo, które dekonstruuje swoje hierarchie aksjologiczne, samo produkuje popyt na pana, który mu te hierarchie z powrotem narzuci. Lewica nihilistyczna i prawica wolicjonalistyczna są nie tylko dwiema instancjami tego samego błędu epistemicznego – są dynamicznie sprzężone: pierwsza produkuje warunki dla drugiej. Trump na tym tle nie jest przypadkiem, tylko skutkiem okoliczności: antynomią Starmera. Efekt jest jednak chaotyczny i przypadkowy.

Cywilizacja, która nie potrafi mówić o przyczynach, nie potrafi się uczyć z błędów. Nie potrafi prognozować skutków swoich decyzji ani planować. Nie potrafi przyjąć odpowiedzialności za swoje wybory, bo każdą odpowiedzialność rozkłada na strukturalne uwarunkowania. Skutek – to nie jest tylko regres intelektualny, to jest cywilizacyjny bezwład. Brak woli, chęci, wizji, celu. Decyzje są chaotyczne, ponieważ nie są decyzjami w ścisłym sensie – są reakcjami na bodźce, niczym skurcze pozbawionej mózgu ameby stymulowanej rozbłyskami światła. Działanie kauzalne wymaga przewidywania skutków, którego aparatu już nie posiadamy. Dopóki nie odbudujemy swojego kompasu, jesteśmy skazani na błądzenie we mgle.