W polskiej polityce istnieje pewien szczególny gatunek relacji międzynarodowych, który trudno opisać językiem dyplomacji, a łatwiej — literatury dworskiej. To nie są już sojusze, partnerstwa ani nawet „strategiczne współprace”. To raczej coś na kształt nowoczesnego systemu lennego, tylko zamiast zamków mamy konferencje prasowe, a zamiast hołdu — tweety.

W tej opowieści pojawiają się dobrze znane postacie, jak Donald Tusk czy Ursula von der Leyen, choć oczywiście nie chodzi tu o konkretne osoby, lecz o pewien styl myślenia. Styl, w którym polityk krajowy staje się bardziej tłumaczem oczekiwań „centrum” niż reprezentantem własnego społeczeństwa. Trochę jak ambasador, tylko bez konieczności wyjeżdżania z kraju.

Polityka wasalska ma swoje rytuały. Najpierw jest podróż — najlepiej do Brukseli lub Berlina. Potem zdjęcie: uścisk dłoni, lekki uśmiech, spojrzenie pełne odpowiedzialności za losy kontynentu. Następnie powrót do kraju i przekaz dnia: „to dla naszego dobra”, „tak trzeba”, „nie mamy wyboru”. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to drobne pytanie: kto właściwie podejmuje decyzje?

Bo w tej układance coś się rozmywa. Suwerenność staje się pojęciem elastycznym, zależnym od kontekstu, pogody i kursu euro. Raz jest świętością, gdy trzeba wygrać wybory. Innym razem — przeszkodą, gdy trzeba wdrożyć decyzję podjętą gdzie indziej.

Najciekawsze jest jednak to, że polska polityka wasalska nie ma jednego właściciela. To nie jest domena jednej partii czy jednej opcji. To raczej wspólna choroba systemowa — coś jak sezonowa grypa, która co kilka lat dopada kolejne rządy. Jedni kaszlą bardziej na Wschód, inni na Zachód, ale mechanizm pozostaje ten sam: zawsze ktoś „wyżej” wie lepiej.

Satyra polega na tym, że wszyscy grają w tę grę, a jednocześnie każdy udaje, że to ktoś inny jest wasalem. Jedni krzyczą o „dyktacie Brukseli”, drudzy o „izolacji Polski”, a wyborca stoi pośrodku i zastanawia się, czy przypadkiem nie ogląda spektaklu, w którym zmieniają się tylko aktorzy, a scenariusz pozostaje ten sam.

Może więc zamiast kolejnych deklaracji o niezależności warto byłoby spróbować czegoś bardziej radykalnego: rzeczywistej podmiotowości. To oczywiście trudniejsze — wymaga odpowiedzialności, ryzyka i czasem powiedzenia „nie”. A to w polityce międzynarodowej bywa mniej wygodne niż elegancki uśmiech do wspólnego zdjęcia.

Ale za to znacznie mniej przypomina feudalizm w garniturze.