To nie miało być być zwykłe referendum. To było pytanie o to, czy Polacy mają jeszcze prawo powiedzieć „dość” chorej polityce klimatycznej Unii Europejskiej, która coraz mocniej uderza w portfele obywateli, polskie rolnictwo, przemysł i bezpieczeństwo energetyczne państwa.
Prezydent Karol Nawrocki skierował wniosek o referendum dotyczące unijnego systemu ETS, ETS2 oraz kosztów Zielonego Ładu. Chodziło o sprawy, które dotykają milionów ludzi: ceny energii, ogrzewania, paliwa i codziennego życia. Chodziło o nasze życie.O politykę, przez którą zwykły człowiek ma płacić coraz więcej, podczas gdy europejskie pseudoelity opowiadają o kolejnych „transformacjach”, nie ponosząc realnych kosztów własnych decyzji.
I właśnie wtedy część senatorów związanych z obozem Tuska zagłosowała przeciw referendum, przeciw polskiemu społeczeństwu. Przeciw temu, by obywatele mogli sami wypowiedzieć się w jednej z najważniejszych spraw dotyczących przyszłości kraju. W Senacie nie bali się pytań. Bali się odpowiedzi. Bali się tego, że Polacy powiedzą jasno, co myślą o polityce, która pod przykrywką ratowania klimatu coraz mocniej ogranicza normalne życie zwykłych ludzi.
Tysiące osób wyszły na ulice Warszawy, by poprzeć referendum i prawo obywateli do decydowania o Polsce. To nie byli zawodowi politycy ani ludzie żyjący z partyjnych układów. To byli zwykli obywatele, którzy mają dość sytuacji, w której decyzje podejmowane są ponad ich głowami, a społeczeństwo traktuje się jak problem, który trzeba uciszyć. Czy senatorowie tego nie widzieli?
I właśnie tutaj ujawnił się największy kryzys współczesnej polityki. Coraz więcej ludzi na wysokich stanowiskach nie ufa już własnemu Narodowi. Demokracja jest dla nich dobra tylko wtedy, gdy wynik zgadza się z ich interesem i politycznym planem. Gdy istnieje ryzyko, że społeczeństwo powie „nie”, wtedy zaczyna się blokowanie referendum, lekceważenie obywateli i opowiadanie, że ludzie „nie rozumieją” skomplikowanej polityki. Buta, arogancja ludzi, którzy żyją na koszt społeczeństwa.
Naród zrozumiał bardzo dobrze, jakich patologicznych reprezentantów wybrał. Rozumie też dlaczego płaci gigantyczne rachunki za prąd. Rozumie skąd biorą się wysokie ceny paliwa. Rozumie koszty ogrzewania i coraz większą presję nakładaną na zwykłych ludzi. I przede wszystkim rozumie, kiedy próbuje się odebrać mu głos.
Dlatego przyszłoroczne wybory będą czymś więcej niż tylko kolejnym politycznym starciem. Będą odpowiedzią na pytanie, czy Polska ma pozostać państwem obywateli, czy państwem pseudo elit żyjących na jego koszt. Przekonanych, że społeczeństwo powinno jedynie płacić i milczeć.
A społeczeństwo powinno dobrze zapamiętać tych polityków, którzy bali się oddać głos obywatelom. Bo człowiek, który nie ufa własnemu Narodowi, nigdy nie powinien być traktowany jako polityczny autorytet ani reprezentant społeczeństwa. Demokracja wymaga odwagi słuchania ludzi. Kto tej odwagi nie ma, nie zasługuje na mandat zaufania.

Zostaw komentarz