Każdy koncert zaczyna się od marzenia.

Publiczność widzi światła, instrumenty, artystów, czasem eleganckie wnętrze, czasem zabytkowy kościół, czasem scenę pod gołym niebem. Słyszy pierwszy dźwięk i zakłada, że wszystko wydarza się właśnie teraz.

Tymczasem koncert zaczyna się dużo wcześniej. W nutach zapisanych tygodnie temu. W próbach. W rozmowach. W setkach drobnych decyzji. W godzinach poświęconych na przygotowanie programu. W kablach rozwijanych na podłodze. W ustawianiu mikrofonów, monitorów, statywów i świateł.

I właśnie dlatego bywa czasem zabawne, jak bardzo los lubi przypominać człowiekowi o własnej obecności. Może to być źle ustawiony pulpit. Może to być zaginiony kabel. Może to być instrument, który postanowi przypomnieć wszystkim, że w głębi duszy jest jednak komputerem.

Albo zwykły wyłącznik światła.

Tak, zwykły wyłącznik.

Bo oto przez tygodnie człowiek przygotowuje koncert. Buduje narrację. Szuka proporcji. Zastanawia się nad formą, wybrzmieniem i dramaturgią. Próbuje stworzyć przestrzeń, w której muzyka będzie mogła opowiedzieć swoją historię. A potem ktoś gasi światło. Dosłownie.

I nagle okazuje się, że największym przeciwnikiem wieczoru nie jest trudny utwór, skomplikowana harmonia ani własne emocje. Jest nim elektryczność. A właściwie jej chwilowy brak lub nieznaczny spadek…

To niezwykle pouczające doświadczenie. Przypomina bowiem, że współczesny muzyk coraz częściej nie występuje wyłącznie jako artysta. Bywa również technikiem, informatykiem, elektrykiem, logistykiem, kierowcą i specjalistą od rozwiązywania problemów, które jeszcze sto lat temu po prostu nie istniały.

Dawniej fortepian nie zawieszał się po zmianie oświetlenia. Mógł się rozstroić. Mógł mieć pękniętą strunę. Ale nie wymagał restartu. Postęp ma swoje zalety.

Ma również poczucie humoru. Najbardziej fascynujące jest jednak coś innego – publiczność zwykle nie wie o tych wszystkich przygodach. I bardzo dobrze. Bo jej zadaniem nie jest obserwowanie walki z techniką. Jej zadaniem jest słuchanie muzyki.

Jeżeli po dziewięćdziesięciu minutach koncertu ludzie nie patrzą na zegarki, nie szukają telefonów i nie zastanawiają się, gdzie zaparkowali samochód, to znaczy, że wydarzyło się coś ważnego. Nie dlatego, że wszystko było idealne.

Dlatego, że udało się stworzyć świat, w którym przez chwilę można było zapomnieć o wszystkim innym. Nawet o prądzie, już nie mówiąc że o rachunkach za jego chwilowe braki.  A może właśnie wtedy najlepiej widać, czym naprawdę jest dobry sprzęt.

Nie tym, który błyszczy w reklamach. Nie tym, który imponuje liczbami. Dobry sprzęt to taki, o którym w pewnym momencie całkowicie zapominamy. Przestajemy słyszeć mikser, zauważać głośniki, myśleć o kablach. Zostaje muzyka.

I to jest najwyższa forma pochwały, jaką można wystawić każdemu narzędziu. W świecie pełnym technologii największym sukcesem technologii jest bowiem chwila, w której przestaje być zauważalna.

Po koncercie często słyszymy pytanie:

– Jak było?

Najczęściej odpowiadamy:

– Dobrze.

A przecież prawda jest bardziej skomplikowana.

Było dobrze, ponieważ wcześniej rozwiązano dziesiątki problemów, o których nikt nie musi wiedzieć, ktoś zadbał o szczegóły. Było dobrze, ponieważ udało się wrócić do muzyki mimo niepotrzebnego stresu. I może właśnie na tym polega cała sztuka. Nie na tym, aby nie było przeszkód ale aby mimo nich opowieść mogła płynąć dalej. Bo publiczność nie przyszła słuchać elektryczności. Przyszła słuchać muzyki, brzmienia i ciszy pomiędzy dźwiękami.

A jeśli po dziewięćdziesięciu minutach domaga się bisu, oznacza to, że przez chwilę udało się sprawić, iż nawet prąd przestał być najważniejszy. Bo wyłącznik jakim była sztuka okazał się dla rzeczywistości, w której żyją na co dzień słuchacze – skuteczny.

Tomasz Trzciński

Autor musiał sobie poradzić sobie w takiej właśnie sytuacji zaraz po pierwszym utworze tego koncertu, i poradził, i udało się zrobić to nawet prawie w ogóle niezauważenie. Koncert wnet popłynął dalej… Ale jakież było zaraz napięcie!

Tomasz Trzciński: Chopin Conversations