Koncentracja na neobanderowskiej ofensywie Zełenskiego i jego rezunów powoduje, że z mniejszą uwagą (albo w ogóle), śledzimy inne wydarzenia. A mamy i innych sąsiadów i to co się u nich dzieje, nie jest dla nas obojętne. Minione zaś dni przyniosły potężny wstrząs w Niemczech. Ale po kolei.
Ostatni sondaż popularności kanclerza Merza, przyniósł kolejną niespodziankę. Wydawałoby się, że po poprzednich 17% akceptacji, gorzej się nie da. Ale udało się – odnotowano 12%. Odpowiedzią na to, miało być dopięcie „pakietu reform”, które miały ruszyć rzeżącą gospodarkę niemiecką z upadku. Ale już widać, że jedynym efektem negocjowanych przez rok przez CDU i SPD tych „reform”, będą kolejne rozczarowania.
A sytuacja jest podbramkowa. 6 i 20 września odbywają się bowiem wybory do Landtagów w Saksonii Anhalt, Meklemburgii i w Berlinie. W dwóch pierwszych landach przewidywane jest osiągnięcie przez AfD samodzielnej większości (notuje tam regularnie ca 42-44% poparcia). Coraz mniej możliwe staje się zbudowanie w tych landach niemieckiej wersji koalicji Tuska przeciw AfD. A skutki tych wyborów mogą być też katastrofalne dla instytucji centralnych. Zdominowanie delegacji dwóch krajów związkowych do Bundesratu przez AfD (izba wyższa niemieckiego parlamentu) to początek olbrzymich perturbacji dla jego funkcjonowania. I kłopoty dla rządu federalnego.
Dlatego niemiecka elita polityczna, a zwłaszcza będące na pasku rządu niemal wszystkie media głównego nurtu, od miesięcy obgryzają pazury ze strachu przed konsekwencjami takiego scenariusz. I oto nagle przyszedł cios z najmniej spodziewanej strony. Co ciekawsze, oglądamy niesamowity chichot historii, bo po 100 latach Niemcy fundują sobie jej powtórkę.
Niemal równo sto lat temu, w latach Wielkiego Kryzysu, Niemcy były politycznie sparaliżowane. Dwa główne nurty polityczne – socjaldemokraci oraz Partia Centrum z konserwatystami, były niezdolne do samodzielnych rządów, ale i do wzajemnej współpracy. Obok, niemal równorzędną pozycję zdobyły partia komunistyczna oraz lewicowa NSDAP. W decydującym momencie dziejów, na rozkaz Stalina komuniści zaprzestali współpracy z SPD. Co więcej, rywalizując z grubsza o ten sam elektorat z NSDAP, zaczęli ostro atakować socjaldemokratów. Stalin liczył na to, że Niemcy pogrążą się w jeszcze cięższym kryzysie wewnętrznym, który doprowadzi je do rewolucji. Efekt znamy – konserwatyści porozumieli się z Hitlerem i przy cichym wsparciu komunistów ten został kanclerzem. Ciągu dalszego nie trzeba przypominać.
Otóż w minionych dniach miał miejsce fakt, którego doniosłość można porównać do wydarzeń sprzed 100 lat. Ale najpierw znowu trochę historii. Po 1991 roku (kiedy jeszcze nie było problemu AfD), H. Kohl zbudował zasieki, które miały nie dopuścić do udziału w życiu politycznym popłuczyn po enerdowskiej SED – z czasem o nazwie Die Linke. Kordon sanitarny leżał też w interesie SPD. Ale wpływy Linke w b. NRD były tak silne, że wskutek niemieckiej ordynacji wyborczej była ona w stanie w sposób stały zdobywać mandaty federalne.
Po rozstaniu z SPD i Schroderem, ów kordon sanitarny rozerwał wieloletni lider SPD w Kraju Saary Oskar Lafontaine. To jego rozłamowa grupa połączyła się z Die Linke na początku XXI wieku. Od tego momentu, enerdowscy postkomuniści stali się pełnoprawnym uczestnikiem niemieckiej sceny politycznej, a w kilku krajach związkowych koniecznym elementem koalicji z SPD i Zielonymi.
Od ponad 10 lat Oskar Lafontaine jest związany z Sarą Wagenknecht, wielce wpływową komentatorką, a od pewnego czasu politykiem lewicowym. SW jest córką irańskiego emigranta do NRD i przez lata reprezentowała ultralewicowy nurt na pograniczu Linke i SPD. Na przełomie 2023 i 2024 roku założyła swój ruchu polityczny pod nazwą BSW, a jej partia w ostatnich wyborach otarła się o próg wyborczy 5%. Gdyby go uzyskała, Niemcy już wtedy pogrążyłyby się w chaosie instytucjonalnym. Ale co się odwlecze…
Dzisiaj BSW raczej z pewnością ma szansę na wejście do parlamentu federalnego. Jest już obecna w Bundesracie, ale – podobnie jak AfD – jest ostro atakowana ze wszystkich stron. Szalony mainstream nie rozumiał, że takie działanie w naturalny sposób będzie stawiać BSW i AfD w podobnej sytuacji, a z tego różne rzeczy mogą wyniknąć.
I stało się…
Właśnie w ostatnich dniach Sara Wagenknecht ogłosiła, że jest gotowa porozumieć się z AfD, bo Niemcom jest potrzebne antyestablishmentowe zjednoczenie. Naturalną płaszczyzną porozumienia, jest też wspólny dla obu formacji stosunek do kwestii imigracji i zamknięcia drogi do ekspansji migrantów w kraju. Żona O. Lafontaine’a dokonała właśnie podobnego przełomu jak on, kiedy zniszczył kordon sanitarny wokół postkomunistycznej i postenerdowskiej lewicy w RFN. Jednak skutki tego ruchu są o wiele bardziej dalekosiężne.
Z jednej strony w szeregach pozostałych formacji lewicowych (SPD, Linke, Zieloni czy FDP) już słychać głosy, że to jest ruch zainspirowany zakulisowo przez Merza i CDU/CSU. Innymi słowy, chodziło o znalezienie kogoś, kto zdejmie z nich ciężar nieuchronnej współpracy z AfD w przyszłości. Teraz będą mogli powiedzieć – my wytrwaliśmy w dążeniu do izolacji AfD, ale skoro nawet lewica uznała, że można z nimi współpracować, to my – dla dobra naszej ukochanej ojczyzny – tym bardziej możemy współpracować. Nie da się wykluczyć tego scenariusza, tym bardziej że dla słabnącej z każdym tygodniem formacji „chadeckiej”, to jedyna droga, aby nie znaleźć się na politycznym aucie.
Z drugiej strony pojawiają się oczywiście wątki rosyjskie. Tu znowu za wszystkim stoi Putin, bo i AfD i BSW idealnie wpisują się w filozofię ruskiej onucy. AfD to przecież wprost agentura rosyjska, bo przecież tak naprawdę to nie Merkel czy Schroder kolaborowali z Putinem na całej linii, ale właśnie oni. A Wagenknecht tyle razy dobrze mówiła o NRD, że tu już nie ma żadnych wątpliwości. Ten scenariusz skądinąd idealnie dopełnia scenariusz pierwszy, stąd nie dziwi że właśnie „konsekwentnie antyrosyjscy” liderzy CDU i SPD mocno go eksploatują.
To jednak pokazuje też, że wcale nie można wykluczyć scenariusza, że AfD nie tylko dogada się z BSW, ale i z Linke i z nawet z SPD. W Niemczech weszliśmy już w fazę, że wszystko jest możliwe.
Można zatem przypuszczać, że we wrześniu 2026 roku albo AfD samodzielnie, albo – raczej – we współpracy z BSW, przejmą władzę w dwóch landach. Co istotne, może to się przenieść na układ w Berlinie. Obecnie w tamtejszej Izbie rządzi koalicja CDU i CSU (52 + 35 mandatów). W opozycji są Zieloni (33), Linke (20), AfD (16) i BSW (1). Ale na dzisiaj sondaże przewidują: CDU (20%), AfD (18%), SPD (16%), Linke (15%), Zieloni (15%), BSW (5%). W tym układzie, to właśnie BSW może się okazać głównym rozgrywającym, bo jak widać nawet koalicja CDU, SPD i ZIelonych, może mieć problemy z większością. Układy w Saksonii i w Meklemburgii, będą zatem ściśle powiązane z sytuacją w Berlinie. I może to być prekonfiguracja nowego układu na poziomie federalnym. Układu, w którym AfD i BSW mogą być aktorami występującymi w głównych rolach.
A pamiętajmy też, że Niemcy nie są wyspą, na którą nie docierają impulsy sytuacji w Europie. Tutaj zaś tendencja ogólna jest wybitnie niekorzystna dla formacji establishmentowych. „Chadecy”, socjaldemokraci, „liberałowi” czy „zieloni” są formacjami, które przez dynamicznie rosnącą ilość Europejczyków obarczane są pełną odpowiedzialnością za galopujący upadek poszczególnych krajów. Owa establishmentowa Europa już drży na coraz bardziej prawdopodobną ewentualność zwycięstwa Bardelii we Francji, upadku skorumpowanych socjalistów w Hiszpanii, zmianę układu sił w Portugalii, w Polsce w Rumunii.
Perspektywa otwarta ruchem S. Wagenknecht, która poza innymi elementami, podobnie jak AfD ma bardzo negatywny ogląd funkcjonowania instytucji Unii Europejskiej (opanowanych przez swoich rodaków z owego establishmentu), to jest naprawdę upiorna wizja.
Czy i jak sobie poradzą z tym Niemcy, jest to sprawa dla Polski ważna. Jak twierdzę od dawna, im gorzej jest w Niemczech, tym lepiej dla Polski – czego dowodzi cała historia ponad 1000 lat tego sąsiedztwa. Postępujący obecnie skokowo rozkład Niemiec powoduje, że nie są oni w stanie wykorzystać w pełni zmiany sytuacji w Polsce. Pożytki z ponownego ulokowania w naszym kraju swojej agentury, są dla Niemiec – mimo wszystko – minimalne. Wpływa na to zarówno ich słabość, jak kompletna niezdolność funkcjonowania owej agentury.
Ale problemem jest to, czy możemy z tej słabości Niemiec wyciągnąć jakieś pozytywne efekty. Z pewnością tak. W perspektywie 2 – 3 lat możemy stać się azylem nie tylko dla niemieckiego przemysłu. Możemy także stać się azylem dla rzesz Niemców, którzy nie będą już w stanie normalnie żyć w swoim kraju. Kierunek migracji może się odwrócić i tak jak przez wieki, Niemcy będą uciekać i osiedlać się na naszych ziemiach. Nie wiem czy jesteśmy na to przygotowani – raczej nie, a większość obecnie może potraktować to co piszę jako kompletną fantazję. Ale ja nauczyłem się wyciągać wnioski z historii i jestem przekonany, że dożyję tego o czym teraz piszę.
Dlatego zachęcam do pilnego obserwowania sytuacji nie tylko na wschodzie, ale i na zachodzie Polski. Tam dynamika jest również wielka.
Autor: prof. Grzegorz Górski
Polski prawnik, nauczyciel akademicki, adwokat, polityk, samorządowiec, doktor habilitowany nauk prawnych, profesor nadzwyczajny Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, od 2011 do 2014 sędzia Trybunału Stanu. Więcej na stronie autorskiej: grzegorzgorski.pl
Zostaw komentarz