Może dlatego, że tak naprawdę nie mamy demokracji, ale pół-, a może nawet ćwierćdemokrację. Bo postkomunizm to wcale nie nazwa epoki, ale ustrój polityczny, w którym instytucje demokratyczne zbudowane zostały na komunistycznym podglebiu.
Wyborcy się nienawidzą – dlatego politycy udają
W konsekwencji nie ma u nas klasycznej dla demokracji walki pomiędzy siłami liberalno-progresywnymi i konserwatywno-patriotycznymi. Niby jest, ale to jest tylko takie przedstawienie, na które większość ludzi daje się nabrać. Przedstawiciele obu środowisk obrzucają się inwektywami, ale to jest część naszego rytuału politycznego. Coś jak dawne turnieje rycerskie z tępymi kopiami.
Po prostu politycy przeciwnych obozów politycznych nie mają o co ze sobą walczyć. Mogą zarzucać sobie wzajemnie błędy i oskarżać się o afery, ale to niczego nie zmienia. Bowiem ich wyborcy, z jednej i drugiej strony, są absolutnie hermetyczni na argumenty strony przeciwnej. Wynika to z tego, że oni naprawdę się nienawidzą i gotowi są ze sobą walczyć na śmierć i życie. Dlatego w Polsce nie ma mowy o przepływie elektoratu. Wyborca konserwatywny prędzej dałby sobie żyły wypruć, niż miałby zagłosować na Koalicję Obywatelską.
To jest właśnie ten największy paradoks ustroju postkomunistycznego – olbrzymia nienawiść pomiędzy wyborcami partii konserwatywno-patriotycznych oraz liberalno-progresywnych powoduje, że te partie nie mają żadnego interesu politycznego, aby ze sobą walczyć, i pozorują walkę, aby zadowolić swoich wyborców.
Prawdziwa jest natomiast wojna wewnętrzna
Opłacalna jest walka wewnątrz każdego z tych obozów. Bowiem partie konserwatywno-patriotyczne walczą ze sobą o ten sam elektorat i zwycięzca zyska większy kawałek wyborców prawicowych. Podobnie jest z partiami liberalno-progresywnymi. Dlatego wojna pomiędzy dwiema Konfederacjami, PiS-em i Rozwojem Plus jest realna, gdyż może zmienić architekturę polskiej sceny politycznej. Natomiast spór pomiędzy partiami prawicowymi i lewicowymi jest tylko biciem piany. On niczego nie zmieni. Wiemy to, gdyż ćwiczyliśmy takie zabawy przez wiele lat.
Natomiast indywidualnie dla poszczególnych polityków najważniejsza jest walka o miejsca na listach wyborczych we własnym ugrupowaniu. Pokonanie największego wroga z przeciwnego obozu ideowego nie jest tak korzystne, jak podłożenie nogi i wywalenie ze swojej listy wyborczej rywala o identycznych poglądach politycznych. To właśnie jest polityczne piekło ustroju postkomunistycznego.
Ustrój postkomunistyczny jak demokracja plemienna
Mamy więc już obraz ustroju postkomunistycznego. Jego podstawą jest fundamentalizm wyborców, który upodabnia nasz ustrój postkomunistyczny do plemiennych demokracji afrykańskich. Tam podstawą jest podział na plemiona etniczne. Wyborcy z plemienia Ibo nigdy nie zagłosują na polityka z plemienia Fulani. U nas wyborcy z plemienia liberalnego nigdy nie zagłosują na polityka z plemienia konserwatywnego. Nie twierdzę oczywiście, że Polska naprawdę staje się państwem plemiennym, ale mechanizm lojalności ideologicznej przypomina mechanizm lojalności plemiennej. Skutek jest ten sam.
Dlatego Rozwój Plus
Na tym tle łatwiej jest zrozumieć to, co się teraz dzieje w PiS-ie. Otóż po stronie konserwatywno-patriotycznej zaczęły rosnąć w siłę obie Konfederacje. To oznacza, że zadziałał mechanizm naczyń połączonych i kurczy się kawałek elektoratu prawicowego do podziału dla Prawa i Sprawiedliwości.
W praktyce oznacza to, że na listach wyborczych firmowanych przez PiS biorące będą dwa pierwsze miejsca, a nie cztery. Co oznacza, że połowa obecnych posłów Prawa i Sprawiedliwości straciła pewność, że po następnych wyborach wróci do Sejmu. To oczywiście zaostrzyło wojnę wewnętrzną.
Próbując odwrócić tę tendencję, kierownictwo PiS-u postanowiło stać się bardziej konserwatywne i patriotyczne, aby odciągnąć wyborców od Konfederacji. W konsekwencji najbardziej liberalni i progresywni działacze PiS-u zaczęli być wypychani ze swoich pozycji w partii. Stało się dla nich oczywiste, że w przyszłości zostaną w ten sposób wypchnięci z biorących miejsc na listach wyborczych do parlamentu. Było to tym bardziej oczywiste, że takich miejsc na listach PiS-u będzie dużo mniej.
Znaleźli się więc w sytuacji bez wyjścia. Jeżeli chcieli mieć jakąkolwiek szansę w najbliższych wyborach – musieli stworzyć własną partię, aby podjąć walkę o swój kawałek elektoratu prawicowego. W ten sposób doszło do rozłamu firmowanego przez Mateusza Morawieckiego.
Mocno liberalna i skrajnie patriotyczna
W przyjętym przeze mnie modelu politycznym ten nowy produkt wojny partyjnej na prawicy nie może jednak liczyć na wyborców konserwatywno-patriotycznych, gdyż jest nazbyt liberalny i progresywny. Nie może też liczyć na wyborców liberalno-progresywnych, gdyż nie ma takich przepływów elektoratu.
W tej sytuacji widzę tylko jedną lukę dla Mateusza Morawieckiego: radykalny liberalizm patriotyczny. Konfederacja próbowała iść w tę stronę, ale ugrzęzła w sporach z PiS-em. Natomiast Mateusz Morawiecki będzie z jednej strony grał na swoim doświadczeniu biznesowym, a z drugiej może się odwołać do legendy swojego ojca, Kornela Morawieckiego.
Więc siedzę i czekam. Jedno jest pewne – najbliższy sezon serialu wyborczego będzie dużo lepszy od Netflixa.
Zostaw komentarz