Trzydzieści lat w polityce uczy jednego: system nagradza przeciętność w otoczeniu, a karze merytokrację.

Doświadczyłam tego na własnej skórze. Gdy zostałam sama, pomoc otrzymałam od Prezesa Kaczyńskiego i Premiera Morawieckiego – ludzi o autentycznej empatii, której media nie pokazują. I dlatego uważam, że każdy kto ich zna nie powinien bez względu na sytuację w danym momencie poniżać, obrażać i wyśmiewać któregokolwiek z nich.

Ale usłyszałam też: „z takim wyglądem to chyba umiesz sobie poradzić”. Od senatora lewicy. I podobnie od polityka PiS.
Nie obwiniam za to partii – to wina konkretnych ludzi i ich braku klasy. Jednak patrząc na to z perspektywy politologicznej, te incydenty to tylko objaw głębszej, systemowej choroby.

1. Demokracja wewnątrzpartyjna? Fikcja.

W nauce o polityce funkcjonuje żelazne prawo oligarchii Roberta Michelsa. Mówi ono, że w każdej większej organizacji władza nieuchronnie przesuwa się od członków do wąskiej elity. W polskich realiach, przy braku silnych struktur terenowych i uzależnieniu od dotacji, „wódz” to nie kaprys – to mechanizm przetrwania. Partia bez silnego centrum decyzyjnego znika. To nie wada charakteru liderów, lecz racjonalna odpowiedź na niestabilność systemu.

2. Prawdziwym problemem nie są wodzowie – to ich dwór.

Najtrafniejszą część mojej diagnozy stanowi wskazanie na doradców. W politologii zachodniej opisuje się to zjawisko jako politykę dworską (court politics). Przywódca, izolowany przez ochronę i napięty grafik, postrzega rzeczywistość przez filtr kilku osób z najbliższego otoczenia.

Ci doradcy to aktorzy o kapitale zapośredniczonym – nie mają własnego mandatu społecznego, lecz czerpią władzę wyłącznie z dostępu do decydenta. Ich racjonalność jest zawężona: nie maksymalizują dobra wspólnego, lecz rentę za dostęp (access rent). To oni eskalują konflikty, bo ich pozycja zależy od istnienia wrogów. Są często pozbawieni wizji i oddania Ojczyźnie, oddani są tylko własnemu utrzymaniu przy władzy i biznesów prywatno-rodzinnych.

3. Buta i chamstwo to nie błąd wychowawczy – to strategia.

Komunikacja ad personam, którą zastosowano wobec mnie, to w socjologii przejaw degradacji kapitału kulturowego elit. Gdy zabraknie argumentów merytorycznych, włączają się mechanizmy prymitywnej walki o status. To nie jest przypadkowy wybryk – to systemowy produkt otoczeń, które nagradzają lojalność kosztem kompetencji.

4. Rozłamy biorą się z przesterowania.

Pytanie: „Ile można znosić polityczną głupotę, butę i zakłamanie?” – to sedno mechanizmu frustracji elitarnych. Rozłamy nie wynikają z różnic programowych (te w polskich partiach są płynne), lecz z niemożności wytrzymania ciężaru poznawczego, jaki narzuca otoczenie lidera. Gdy doradcy zamykają przywódcę w bańce, bardziej refleksyjni, merytoryczni politycy są wypychani na margines. Ich odejście to często obrona integralności, nie zdrada.

Wniosek po 30 latach:

Polski system partyjny cierpi na deficyt instytucjonalizacji. Brakuje prawyborów, niezależnych sądów partyjnych i transparentnych mechanizmów awansu. Dopóki doradcy będą dobierani przez klucz lojalności osobistej, a nie kompetencji – dopóty każdy lider, nawet największej empatii, będzie zakładnikiem swoich doradców.

To nie wina ugrupowań. To wina struktury, która nagradza miernotę w otoczeniu wodza. A ta miernota wie, że to ich pięć minut, które muszą wykorzystać do maksimum, ustawić swoją rodzinę i znajomków.
Zmiana partii nic nie da, dopóki nie zmienimy mechanizmów dostępu do lidera. Bo prawdziwym zagrożeniem dla państwa nie jest opozycja czy większość – ale ci, którzy osaczają decydentów, zasłaniając sobą horyzont.

System nagradza przeciętność w otoczeniu, a karze merytokrację. I dopóki to się nie zmieni, rozczarowanie będzie naszym wspólnym, ponadpartyjnym losem.

Autor: Joanna Maria Mazurkiewicz
Pracownik administracji państwowej i samorządowej z 30 letnim stażem (w tym 23 letnim stażem pracy w Kancelarii Sejmu RP), byłam członkiem KPN i dyrektorem biura Klubu Parlamentarnego, prywatnie żona zmarłego w 2008 r. senatora RP dr Andrzeja Tadeusza Mazurkiewicza i matka 3 synów.