Ktoś rano nie zdjął butów w przedpokoju. Ktoś powiedział coś niemiłego w pracy. Ktoś nie oddał 20 złotych. Ktoś nie docenił twojego wysiłku. Ktoś się na ciebie obraził, bo nie odebrałeś telefonu.

A 12 osób w nocy z soboty na niedzielę wracało z Medjugorie. Mówili różaniec. Śpiewali „Barkę”. Planowali, co zrobią w poniedziałek. Ktoś myślał o tym, że kupi wnukowi lody. Ktoś liczył, że w końcu wyśpi się we własnym łóżku. Ktoś cieszył się, że po tylu latach w końcu dotknął figury Matki Boskiej.

I nagle, o 1:00 nad ranem, autokar zjeżdża do rowu.

I wszystkie ich plany, wszystkie ich „jutro” kończą się w jednej chwili.

I teraz w Polsce ktoś nie odbierze telefonu od mamy. Ktoś nie zobaczy męża w drzwiach. Ktoś nie usłyszy śmiechu córki. Ktoś będzie dzwonił na infolinię ambasady z drżącymi rękami i modlił się, żeby to nie było to nazwisko.

I wtedy my, reszta, stoimy w kuchni, zagniewani o byle co, i nagle słyszymy tę wiadomość.

I nasza złość gaśnie.

Bo okazuje się, że to, co nas dzieli, to są pylinki. Że gniew o głupoty to luksus, na który możemy sobie pozwolić tylko dlatego, że jeszcze żyjemy. Że to, czy ktoś zostawił brudną filiżankę, czy powiedział coś bez sensu – nie ma znaczenia.

Liczy się tylko jedno: czy zdążyliśmy się pożegnać. Czy zdążyliśmy powiedzieć „kocham”. Czy zdążyliśmy przeprosić.

Bo kiedy autokar wpada w ciemność, nikt nie myśli o tym, kto miał rację w sprzeczce o zmywanie.

Więc może ta tragedia ma jedno przesłanie – takie najbardziej prozaiczne, codzienne, ludzkie:

Przestańmy się kłócić o byle co. Jutro może nie nadejść.

I nie chodzi o to, żeby żyć w strachu. Chodzi o to, żeby żyć w świadomości, że każdy oddech jest darem. I że gniew to za droga cena za czas, który moglibyśmy spędzić razem.