Słowo się rzekło. Zgodnie z zapowiedzią. W załączeniu pismo do Prezydenta RP.
Prof. dr hab. Radosław Zenderowski
Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie
List otwarty do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
Pana dra Karola Nawrockiego
Szanowny Panie Prezydencie,
zwracam się do Pana nie po to, by oczekiwać rozstrzygnięcia konkretnego sporu akademickiego ani tym bardziej ingerencji w autonomię którejkolwiek uczelni. Piszę dlatego, że tytuł profesora Rzeczypo-spolitej Polskiej nadaje Prezydent RP. To sprawia, że właśnie urząd Prezydenta jest dla mnie natural-nym adresatem pytania o sens i rangę tego tytułu oraz o odpowiedzialność, która się z nim wiąże. Kil-ka tygodni temu publicznie zadeklarowałem, że jeżeli w wyznaczonym przeze mnie czasie nie zobaczę realnej gotowości do wyjaśnienia poważnych wątpliwości dotyczących standardów akademickich ze strony najważniejszych ośrodków nadzorujących wypełnianie standardów akademickich (RDN, PAN, KRASP itd.), podejmę symboliczny akt rezygnacji z tytułu profesora. Nie była to deklaracja pochopna ani gest wymierzony w jedną, konkretną osobę osobę. Wynikała z przekonania, że ten tytuł naprawdę coś znaczy i znaczyć powinien.
Przyjęcie tytułu profesora było dla mnie wielkim zaszczytem, ale także źródłem pewnego onieśmiele-nia. Od początku miałem świadomość, jak wiele znaczeń i oczekiwań oraz zobowiązań się z nim wią-że. Droga do profesury była długa: doktorat, habilitacja, książki, artykuły, badania, lata pracy dydak-tycznej i naukowej. Wymagała wysiłku, wyrzeczeń i konsekwencji. Byłoby jednak nieuczciwe przed-stawiać ją wyłącznie jako moje własne osiągnięcie. Do profesury nie dochodzi się bowiem samemu. Miałem szczęście spotkać ludzi znacznie mądrzejszych ode mnie: profesorów, nauczycieli i uczonych, którzy poświęcali mi czas, spierali się ze mną, wskazywali błędy, stawiali wymagania, podsuwali lek-tury i nieraz zmuszali do ponownego przemyślenia własnych sądów. Wielu z nich zawdzięczam bar-dzo wiele. Nauka rodzi się w rozmowie, sporze, lekturze i krytyce. Czasem szczególnie dużo zawdzię-czamy właśnie tym, którzy się z nami nie zgadzają. Dlatego profesury nigdy nie traktowałem wyłącznie jako osobistego sukcesu. Jest dla mnie także znakiem długu wobec nauczycieli, wobec ludzi, którzy otworzyli przede mną świat nauki, oraz wobec tych, którzy przyjdą po nas.
Jednej z moich mentorek, pani Profesor Anieli Dylus, odpowiadając kiedyś na Jej krytyczne uwagi, powiedziałem, że to, co sam otrzymałem od innych, powinienem z czasem przekazać dalej. Tego sa-mego uczył mnie śp. ks. prof. Helmut Juros, którego wielkość umysłu odkrywa się chyba dopiero po latach. Staram się o tym pamiętać. Wiedzy, zaufania i intelektualnej pomocy nie oddaje się przecież tym samym ludziom i w tej samej postaci. Oddaje się je następnym pokoleniom. Dlatego, na ile po-trafię, staram się wspierać młodych ludzi, którzy chcą poznawać świat, prowadzić badania i zadawać trudne pytania. Jeśli mogę komuś otworzyć drzwi, które kiedyś ktoś otworzył przede mną, robię to. Jeśli mogę przeczytać tekst młodego badacza, wskazać błędy, podsunąć książkę albo zachęcić do podję-cia trudnego tematu, traktuję to jako zwyczajną część profesorskiej odpowiedzialności.
Profesor nie jest samotną wyspą. Jest ogniwem w łańcuchu odpowiedzialności łączącym kolejne po-kolenia uczonych. Z tego powodu profesura nie może być tylko przywilejem. Jest również zobowiąza-niem. Nie zdobywa się jej po to, by zarabiać pieniądze, choć oczywiście nie znaczy to, że profesor po-winien żyć biednie. Powinien mieć takie warunki materialne, by móc spokojnie prowadzić badania, kupować książki, uczestniczyć w konferencjach, podróżować naukowo, pracować ze studentami i utrzymywać rodzinę. Godne wynagrodzenie nie stoi w sprzeczności z etosem nauki; przeciwnie, jest jednym z warunków niezależności uczonego. Czym innym jest jednak dobre wynagrodzenie za pracę, a czym innym traktowanie pozycji akademickiej przede wszystkim jako narzędzia pomnażania do-chodów. Pieniądze powinny umożliwiać wykonywanie profesorskiej misji, a nie stawać się jej głów-nym celem. Nie widzę nic niewłaściwego w odpłatnych ekspertyzach, udziale w projektach, radach czy zespołach doradczych, o ile wiedza profesora jest tam rzeczywiście potrzebna, a zasady współ-pracy są przejrzyste. Problem zaczyna się wtedy, gdy tytuł, afiliacja i autorytet akademicki stają się przede wszystkim kapitałem do spieniężenia. Uczony powinien zachować dość niezależności, rów-nież materialnej, by móc czasem odmówić: zlecenia, funkcji, ekspertyzy czy opinii, której oczekuje zleceniodawca.
Dotyczy to także relacji nauki z władzą. Państwo ma pełne prawo, a nawet obowiązek korzystać z wie-dzy profesorów, zapraszać ich do zespołów doradczych, zamawiać ekspertyzy i konsultować decyzje. Co innego jednak współpraca, a co innego nagradzanie przewidywalności i lojalności. Jeżeli uczonych dobiera się nie ze względu na kompetencje i niezależność, lecz dlatego, że wiadomo z góry, jaki rezul-tat dostarczą, mamy problem znacznie poważniejszy niż zwykłe związki nauki z administracją pu-bliczną. Profesor nie powinien być człowiekiem „do wynajęcia” przez żadną władzę. Może rządzącym doradzać, może się z nimi zgadzać, może nawet uważać ich politykę za słuszną. Musi jednak zacho-wać prawo do powiedzenia im rzeczy niewygodnej, krytycznej albo całkowicie sprzecznej z ich oczeki-waniami. Najcenniejsze, co uczony może zaoferować państwu, to nie lojalność, lecz niezależny osąd.
I właśnie w tym miejscu dochodzę do sprawy, która od pewnego czasu nie daje mi spokoju. Za kilka dni stanę przed studentami rozpoczynającymi nowy rok akademicki. Coraz częściej pytam siebie, jak mam mówić im o rzetelności, odpowiedzialności i uczciwości intelektualnej, jeśli sam miałbym mil-czeć wobec problemów, które widzę wokół siebie. Autorytetu akademickiego nie daje sam tytuł, toga, stanowisko ani liczba publikacji. Zaczyna się on w miejscu, w którym zasady stawiane innym odno-simy także do siebie — zwłaszcza wtedy, gdy ich przestrzeganie staje się niewygodne. Jak mam po-wiedzieć studentowi, że nie wolno posługiwać się nieistniejącym źródłem, jeśli jako profesor przemil-czałbym podobne wątpliwości pojawiające się wyżej w hierarchii akademickiej? Jak wymagać od dok-toranta skrupulatności i odpowiedzialności za każde zdanie, jeśli dopuścimy łagodniejsze standardy wobec ludzi o wysokiej pozycji? Młodzi ludzie bardzo szybko zauważą rozdźwięk pomiędzy zasadami, które im głosimy, a praktyką środowiska.
Nie chodzi przy tym o jedną osobę ani o jedną uczelnię. Od lat wracają pytania o konflikty interesów, nieprzejrzyste zależności, sposób rozdzielania środków publicznych, nierzetelność naukową, związki z polityką, awanse czy środowiskową solidarność. Część tych zarzutów może być chybiona, część przesadzona, część zapewne prawdziwa. Tym bardziej potrzebne są rzetelne procedury, a nie przemil-czenia. Nikogo nie wolno skazywać na podstawie plotki ani zastępować procedur publicznym lin-czem. Równie niebezpieczne jest jednak udawanie, że problemu nie ma. Zło rzadko rozwija się wy-łącznie dzięki tym, którzy je bezpośrednio czynią. Sprzyja mu także obojętność ludzi, którzy widzą wy-starczająco dużo, by zadawać pytania, lecz wolą zachować spokój. W środowisku akademickim czę-sto właśnie milczenie okazuje się najbardziej wymowne — zwłaszcza wtedy, gdy prywatnie mówi się bardzo wiele, a publicznie prawie nic.
Rozumiem te lęki. Zabieranie głosu ma swoją cenę i nie uważam się za człowieka szczególnie odważ-nego. Przychodzi jednak moment, w którym milczenie zaczyna przypominać zgodę na rzeczywistość, z którą człowiek w istocie się nie zgadza. I zgodzić nie może, jeśli chce zachować swoją tożsamość. Mam poczucie, że dla mnie ten moment właśnie nadszedł. Nie chcę jesienią stanąć przed studentami i mówić im o etosie nauki ze świadomością, że sam wybrałem wygodę wtedy, gdy należało postawić pytanie. Trudno wymagać od młodych ludzi odwagi intelektualnej, jeśli samemu nie jest się gotowym ponieść choćby części kosztów własnego stanowiska. Jeszcze trudniej przekonywać ich, że prawda jest wartością nadrzędną, jeżeli własnym zachowaniem pokazujemy, że czasem lepiej jej nie szukać.
Sprawa Pani Barbary Mróz-Gorgoń była jednym z impulsów, które skłoniły mnie do publicznego za-brania głosu, ale ten list nie jest listem o niej. Nie prowadzę personalnej krucjaty i nie oczekuję pu-blicznego potępienia konkretnej osoby. Jeżeli pojawiły się poważne pytania dotyczące standardów naukowych, sposobu powstawania publikacji, wykorzystywania źródeł czy narzędzi sztucznej inteli-gencji, powinny zostać spokojnie i rzetelnie wyjaśnione.
Jeśli zarzuty okażą się nieuzasadnione, trzeba powiedzieć to jasno. Jeśli potwierdzą się nieprawidło-wości, powinny zadziałać procedury przewidziane dla takich sytuacji. Nie przesądzam wyniku i nie domagam się ukarania kogokolwiek. Domagam się wyjaśnienia faktów, bo stawką jest wiarygodność nauki, a problem wykracza daleko poza jedną sprawę. Pytanie, które naprawdę mnie interesuje, brzmi: czym ma być profesura w Rzeczypospolitej? Czy wyłącznie ukoronowaniem indywidualnego dorobku, czy również zobowiązaniem wobec wspólnoty, która nas ukształtowała? Czy profesor jest tylko beneficjentem prestiżu związanego z tytułem, czy powinien także czuć się odpowiedzialny za standardy, dzięki którym ten prestiż w ogóle istnieje? Dla mnie odpowiedź staje się coraz bardziej jed-noznaczna. Tytuł profesora nie jest ozdobą ani nagrodą, którą można postawić na półce. Nie sprowa-dza się też do określonego miejsca w hierarchii akademickiej. Jest zobowiązaniem wobec prawdy, studentów, młodszych badaczy, naszych nauczycieli, społeczeństwa finansującego znaczną część polskiej nauki i wreszcie wobec Rzeczypospolitej, której Prezydent ten tytuł nadaje.
Dlatego złożyłem swoją deklarację. Wiem, że obowiązujące prawo nie przewiduje prostego mechani-zmu dobrowolnego zrzeczenia się tytułu profesora i że jednym oświadczeniem nie można unieważnić aktu prawnego, na podstawie którego został on nadany. Można jednak wykonać gest symboliczny i powiedzieć publicznie: nie chcę korzystać z prestiżu tego tytułu bezrefleksyjnie, jeśli przestanę wie-rzyć, że środowisko i instytucje odpowiedzialne za naukę są gotowe bronić standardów, które nadają mu sens. Nie traktuję tego jako szantażu ani gestu wymierzonego w Pana Prezydenta. Nie próbuję też w ten sposób wymusić rozstrzygnięcia konkretnej sprawy. Jest to mój sprzeciw i zarazem próba po-wiedzenia, że tytuł profesora ma dla mnie wartość większą niż kolejny dopisek przy nazwisku. Skoro z jego prestiżu korzystam, powinienem być również gotów bronić wartości, z którymi ten prestiż się wią-że.
Dlatego kieruję ten list właśnie do Pana, Panie Prezydencie.
Nie proszę, chciałbym to szczególnie podkreślić, o ingerencję w indywidualną sprawę. Proszę raczej o refleksję nad znaczeniem aktu, którego dokonuje Prezydent Rzeczypospolitej, nadając tytuł profesora. Co właściwie znaczy dziś w Polsce ten tytuł? Czy jest jedynie najwyższym szczeblem kariery akade-mickiej, czy również zobowiązaniem moralnym? Czy państwo, które go nadaje, powinno być zaintere-sowane ochroną jego rangi? I czy środowisko profesorskie potrafi reagować wtedy, gdy pojawiają się sprawy podważające jego wiarygodność? Nie znam odpowiedzi na wszystkie te pytania. Wiem nato-miast, że nie chcę udawać, iż problemów nie widzę. Nie chcę uczestniczyć w świecie akademickim, w którym pewne sprawy omawia się swobodnie w kuluarach, a publicznie zapada cisza. Dlatego będę pytał, domagał się dokumentów i weryfikował informacje. Jeżeli fakty pokażą, że się myliłem, powiem to wprost. Sam także popełniałem błędy i nie mam powodu udawać, że było inaczej.
Nie zgadzam się tylko na jedną zasadę: że pewnych pytań nie należy zadawać dlatego, iż dotyczą osób wysoko postawionych. Nie chodzi o ochronę nazwisk ani środowiskowego komfortu, lecz o ochronę standardów, niezależności nauki, zaufania studentów i znaczenia tytułu profesora Rzeczypospolitej Polskiej. Jeżeli sami profesorowie przestaną ten tytuł traktować poważnie, trudno będzie oczekiwać, że poważnie potraktuje go społeczeństwo.
Szanowny Panie Prezydencie,
Przez lata kolejne ekipy rządzące, niezależnie od proweniencji ideologicznej, traktowały naukę i bada-nia jak przysłowiowe koło u wozu. Może nadszedł czas, by wreszcie przyjrzeć się nie tylko temu kołu, ale i jakości całego mechanizmu, który ma polską naukę napędzać. O to Pana Prezydenta proszę — we własnym imieniu, ale także w imieniu tych naukowców, którzy podzielają mój punkt widzenia w tych sprawach. A którzy obawiają się wypowiedzieć swoje zdanie, wiedząc, że dla wielu z nich ozna-czałoby to koniec kariery akademickiej.
Z wyrazami szacunku
prof. dr hab. Radosław Zenderowski
P.S.
List zostanie wysłany tradycyjną pocztą w dniu 28 września 2026 roku. Jednocześnie już teraz wysyłam go drogą mailową do Kancelarii Prezydenta RP, p. dra Karola Nawrockiego.
Zostaw komentarz