Współczesna debata publiczna w Polsce coraz częściej dotyka fundamentalnych granic wolności słowa i prawa do informacji. Zapowiedzi rządzących dotyczące regulacji treści w przestrzeni cyfrowej budzą uzasadniony niepokój obrońców praw obywatelskich. Szczególnie ostro krytykowane są plany cenzorskie forsowane przez wicepremiera i ministra Krzysztofa Gawkowskiego. Jak się okazuje, podejście do kontroli narracji i autorytarnych wzorców może mieć głębokie, wręcz pokoleniowe i ideowe korzenie, co dobitnie ilustruje odkryty w Archiwum Hoovera dokument z 2013 roku.

Archiwalne znalezisko: Laurka dla dyktatora

Odnalezione przez prof. Mirosława Szumiało pismo, skierowane do generała Wojciecha Jaruzelskiego z okazji jego urodzin 7 lipca 2013 roku, rzuca nowe światło na formację polityczną obecnego kierownictwa resortu cyfryzacji. Dokument, podpisany ówcześnie przez sekretarza generalnego SLD Krzysztofa Gawkowskiego oraz przewodniczącego partii Leszka Millera, nie jest zwykłą formą kurtuazji. To polityczny manifest pełen bezkrytycznego podziwu dla postaci, której imię na trwałe zapisało się w czarnej księdze polskiego XX wieku – jako symbol stanu wojennego, łamania praw człowieka i zdławienia demokratycznego zrywu „Solidarności”.

W tekście listu autorzy dziękują generałowi za „gigantyczny wkład w historię i pomyślność Polski”, nazywając jego dokonania inspiracją do codziennej działalności politycznej. Sformułowania te szokują w zestawieniu z historyczną oceną reżimu komunistycznego, ukazując zadziwiającą ślepote na dramatyczne skutki decyzji podejmowanych przez dyktatora.

Resentyment autorytarny w nowej szacie cyfrowej

Trudno o bardziej jaskrawy przykład dysonansu między deklarowaną nowoczesnością a mentalnym zakorzenieniem w minionej epoki. Minister Krzysztof Gawkowski, dziś odpowiedzialny za cyfryzację i rzekomy rozwój nowoczesnych technologii, w swojej działalności politycznej czerpie z tradycji formacji, która przez dziesięciolecia kneblowała usta Polakom.

Plany wprowadzania mechanizmów cenzury pod płaszczykiem walki z dezinformacją czy mową nienawiści wpisują się dokładnie w ten sam paradygmat władzy: przekonanie, że to państwo, a nie obywatele, wie lepiej, co wolno mówić, pisać i myśleć. Dzisiejsze projekty legislacyjne zmierzające do kontroli przestrzeni informacyjnej stanowią logiczną kontynuację myślenia politycznego, w którym krytyka władzy jest tłumiona w zarodku, a wolność słowa traktowana jest jako zagrożenie dla stabilności systemu.

Pamięć historyczna a zagrożenie dla demokracji

Odkrycie prof. Szumiało to coś więcej niż tylko ciekawostka z politycznych Archiwów Hoovera. To poważne ostrzeżenie. Pokazuje ono, że genetyczny kod formacji wywodzących się z dawnego aparatu władzy wciąż operuje kategoriami kontroli społeczeństwa.

Demokratyczne państwo prawa nie może tolerować zakusów cenzorskich, niezależnie od tego, jak pięknymi hasłami są one maskowane. Jeśli u steru polityki cyfrowej stoją ludzie, dla których autorytarny dyktator był moralnym drogowskazem i „inspiracją”, społeczeństwo obywatelskie musi zachować najwyższą czujność. Historia uczy, że krok od kontroli informacji do jawnej cenzury bywa krótki – zwłaszcza gdy za narzędzia biorą się ci, którzy w głębi serca tęsknią za monopolem na prawdę.