Internetowy komununikat: „Daniel Dymiński poinformował, że odnalazł w Wiśle ciało trzynastoletniej Roksany. Dziewczynka była zaginiona od 10 października.

Daniel Dymiński, to ojciec zaginionego Krzysztofa. Szesnastoletni chłopak zniknął trzy lata temu. Po raz ostatni widziany był na Moście Gdańskim w Warszawie. Potem, przepadł po nim wszelki ślad. Od tego czasu, Pan Daniel systematycznie przeszukuje Wisłę w nadziei, że uda mu się odnaleźć jakikolwiek ślad syna. Do tej pory mu się to nie udało, odnalazł już jednak zwłoki siedmiu innych zaginionych….W Polsce coraz częściej mówi się o gospodarce,bezpieczeństwie i polityce, a coraz rzadziej o tym, że w ciszy rośnie liczba ludzi, którzy nie widzą już powodu, by jutro wstać z łóżka. Statystyki są alarmujące: każdego dnia kilkanaście osób odbiera sobie życie, a liczba prób samobójczych wśród młodych w ostatnich latach gwałtownie wzrosła. To nie są abstrakcyjne liczby. To konkretne istnienia, które w pewnym momencie uznały, że dalsze trwanie przekracza ich siły. I właśnie od tego miejsca zaczyna się ta opowieść. Najbardziej niedocenioną umiejętnością dorosłego człowieka nie jest siła. Ani odwaga. Ani nawet nadzieja. Jest nią zdolność do dalszego trwania, kiedy w środku wszystko już dawno się rozsypało.

Ernest Hemingway napisał kiedyś, że najtrudniejszą lekcją, jakiej nauczył się jako dorosły, była bezwzględna konieczność trwania, niezależnie od tego, jak bardzo czuł się złamany. Nie chodziło mu o heroizm. Hemingway wiedział, że życie nie oczekuje od nas poezji. Ono oczekuje obecności. Nawet pustej. Nawet milczącej. Świat nie zatrzymuje się, gdy człowiek nie ma już siły. Nie zwalnia, gdy pękają fundamenty. Nie pyta, czy to już „za dużo”. Jak pisał Albert Camus: „Prawdziwym problemem filozoficznym jest samobójstwo”. Nie dlatego, że wszyscy chcą umrzeć, lecz dlatego, że każdego dnia muszą znaleźć powód, by zostać. Reszta filozofii jest tylko przypisem do tej jednej, codziennej decyzji. Nikt nas na to nie przygotowuje. Dorastamy na opowieściach o sensie, nagrodzie i sprawiedliwości. Dorosłość odbiera te złudzenia i uczy brutalnej prawdy: często nie ma ani sensu, ani nagrody, ani sprawiedliwości – jest tylko dzień do przeżycia. I jeszcze jeden. I jeszcze. Przetrwanie nie wygląda jak w filmach. Nie ma muzyki w tle. Nie ma katharsis. Czasem wygląda, jak wstanie z łóżka mimo bólu. Czasem jak milczenie, bo nie ma już słów. Czasem jak automatyczne wykonanie najprostszych czynności, byle nie zniknąć. Viktor Frankl, który widział dno ludzkiego cierpienia, pisał: „Kto ma, dlaczego, zniesie prawie każde jak”. Ale są chwile, kiedy „dlaczego” znika. I wtedy zostaje coś mniejszego, bardziej kruchego – nawyk trwania. Instynkt. Upór istnienia. I to właśnie on jest cudem. Nie spektakularna siła, lecz ta cicha, wstydliwa determinacja, która nie chce się poddać, choć nie ma już argumentów. Ta, która nie krzyczy: „dam radę”, tylko szepcze: „jeszcze jeden krok”. Każdy taki krok jest aktem odwagi. Każdy przeżyty dzień dowodem, że człowiek nie skapitulował. To męczące. To niesprawiedliwe. To często samotne. Ale w tej upartej obecności jest coś głęboko ludzkiego. Jakby samo istnienie mówiło: jeszcze nie teraz. I czasem, tylko to wystarcza. Bo nie zawsze trzeba wierzyć w sens. Czasem wystarczy nie zniknąć.