Są hotele, do których przyjeżdża się po to, żeby mieć gdzie spać między kolejnymi wycieczkami. Są takie, które imponują rozmachem, luksusem i liczbą gwiazdek. I jest Cordial Mogán Playa na Gran Canarii w Puerto De Mogan – miejsce, z którego po prostu nie chce się wychodzić. A to, wbrew pozorom, jeden z najwyższych komplementów, jakie można wystawić hotelowi.
Na recenzowanie tego obiektu pozwoliłem sobie dopiero kilka miesięcy po powrocie. Przez całe zawodowe życie byłem związany z hotelarstwem. Znam standardy cztero i pięciogwiazdkowych obiektów wielkich sieci, takich jak Marriott, Accor czy InterContinental. Widziałem hotele nowoczesne, ze szkła, stali i betonu, oraz te wpisane w zabytkową architekturę. A jednak Cordial Mogán Playa zrobił na mnie wrażenie, którego nie potrafię porównać z żadnym innym.
Być może dlatego, że nie jest to po prostu hotel. To przemyślana wizja miejsca, w którym architektura, roślinność, woda i światło tworzą jedną, harmonijną całość.
Budynki wkomponowano w zbocze gór, a między nimi poprowadzono alejki przypominające uliczki niewielkiego, wakacyjnego miasteczka. Spacerując nimi, odkrywamy kolejne zakątki ogrodu, mijamy egzotyczne rośliny, których nazwy można poznać dzięki umieszczonym przy nich tabliczkom, aż w końcu docieramy do jednego z dwóch basenów. Każdy ma swój charakter, a właściwie własną filozofię wypoczynku.fot. Marek Dzierżak
Jest basen głośny – rodzinny, pełen wodnych atrakcji i dziecięcej energii. Jest też basen cichy, położony w pobliżu recepcji, gdzie palmy zapewniają schronienie przed kanaryjskim słońcem. To właśnie tam najchętniej spędzałem czas. Bez pośpiechu, bez planowania kolejnych atrakcji, bez poczucia, że coś mnie omija.
fot. Marek Dzierżak
I tu dochodzimy do rzeczy, która w moim przypadku stanowi najlepszą rekomendację. Po raz pierwszy na wakacjach nie czułem potrzeby zwiedzania okolicy. Mogłem godzinami siedzieć przy basenie, obserwować, jak słońce przesuwa się po fasadach budynków, i cieszyć się samym faktem, że jestem właśnie tutaj. Nie szukałem kolejnych wrażeń. Miałem je na wyciągnięcie ręki.
Ogród zasługuje na osobną pochwałę. To nie kilka palm posadzonych dla dekoracji, lecz prawdziwa kolekcja roślin, uzupełniona między innymi ogrodem kaktusów. Wystarczy usiąść na jednej z ławek i poczekać na zachód słońca, żeby przekonać się, jak bardzo zmienia się charakter tego miejsca. Światło wydobywa kształty, podkreśla faktury, a zwykły spacer zamienia w małą lekcję estetyki. W centrum kompleksu znajduje się również woliera z kanarkami oraz oczko wodne z kolorowymi rybkami. Gran Canaria w wersji botanicznej – i to w wydaniu, które potrafi zachwycić nawet kogoś, kto nie przyjechał tu podziwiać przyrody. fot. Marek Dzierżak
Osobnym rozdziałem jest architektura głównej części hotelu. Pod ogromną szklaną kopułą zawieszono tarasy i przejścia, które prowadzą do restauracji oraz przestrzeni wieczornych występów. Całość przypomina monumentalną oranżerię. Przez zielone otoczenie przepływa woda, a rośliny zdają się zaglądać na stoły, jakby chciały sprawdzić, co zamówili goście. To miejsce, w którym nawet kromka chleba i szklanka wody nabierają charakteru królewskiej uczty. Jeśli mogę coś doradzić, warto wybrać stolik na zewnątrz i pozwolić tej scenerii działać na wyobraźnię.fot. Marek Dzierżak
Na szczęście za efektowną oprawą idzie również gastronomia. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie, a ja szczególnie zapamiętałem ośmiornicę serwowaną w barze przy basenie. Była tak dobra, że śmiało mogła konkurować z daniem z restauracji specjalizującej się w rybach i owocach morza w porcie. Nie jest to może najbardziej oczywiste miejsce, w którym człowiek spodziewa się kulinarnego odkrycia, ale właśnie dlatego warto o nim wspomnieć. Czasem najlepsze niespodzianki czekają tam, gdzie najmniej się ich spodziewamy.
Na osobne uznanie zasługuje personel. Obsługa sprzątająca pozostaje niemal niewidoczna, a wszystko działa tak, jak powinno. Pracownicy barów i restauracji są pomocni, ale nienachalni. Recepcja działa profesjonalnie. Nie miałem poczucia, że gość jest kolejnym numerem w systemie. Przeciwnie – miałem wrażenie, że ludzie pracujący w tym hotelu rozumieją, na czym polega prawdziwa gościnność: nie na nieustannym przypominaniu o swojej obecności, lecz na sprawianiu, że wszystko działa bezproblemowo.
Szczególne znaczenie miał dla mnie również sam pobyt. We wrześniu świętowałem tam sześćdziesiąte urodziny, dlatego wcześniej skontaktowałem się z hotelem, prosząc o pomoc w uczynieniu tej okazji wyjątkową. Reakcja przerosła moje oczekiwania. Przydzielono nam pokój w pobliżu basenu i recepcji, z tarasem pokrytym naturalną trawą. Widok na basen i główny budynek, przefiltrowany przez liście palm, szczególnie wieczorem, był po prostu piękny.
Do dziś pamiętam momenty spędzone przy stoliku, kiedy mogłem poczuć pod bosymi stopami prawdziwą trawę i wypić wino otrzymane od kierownictwa wraz z życzeniami. Były też dodatkowe upominki. Niby drobiazgi, ale właśnie takie gesty sprawiają, że pobyt przestaje być zwykłą rezerwacją, a staje się osobistym wspomnieniem. Hotel nie miał obowiązku robić dla nas czegoś więcej. Zrobił to jednak i bardzo to doceniam.
Nie bez znaczenia pozostaje również kolorystyka całego kompleksu, nawiązująca do lokalnego charakteru, oraz przemyślany układ alejek i przejść. Przestrzeń jest rozległa, ale nie przytłacza. Można w niej odnaleźć własny rytm, a poszczególne strefy pozwalają wybrać między spokojem a rozrywką. To istotne zarówno dla rodzin z dziećmi, jak i dla osób, które na wakacjach szukają przede wszystkim odpoczynku.
Czy Cordial Mogán Playa ma wady? Każdy hotel można oceniać pod różnymi względami, a moje doświadczenie pozostaje osobistą opinią. Nie zamierzam więc udawać, że jeden pobyt daje odpowiedź na wszystkie możliwe pytania. Mogę natomiast powiedzieć, że w moim przypadku nie pojawiły się problemy, które zakłóciłyby wypoczynek. A to, w połączeniu z architekturą, ogrodem, basenami, gastronomią i jakością obsługi, daje obraz obiektu naprawdę wyjątkowego.
fot. Marek Dzierżak
Na koniec zostawiłem detal, który może wydawać się błahy, ale dla mnie doskonale podsumowuje atmosferę tego miejsca. Obok charakterystycznej kopuły i odświeżającej przestrzeń fontanny znajduje się piękny zegar odliczający czas do powrotu. Trudno o bardziej wymowny symbol. Większość hoteli odlicza czas do wymeldowania. Tutaj człowiek zaczyna odliczać dni do następnego przyjazdu.
fot. Marek Dzierżak
Cordial Mogán Playa nie przekonał mnie liczbą atrakcji ani obietnicą nieustannych wrażeń. Przekonał mnie czymś znacznie trudniejszym do osiągnięcia: sprawił, że przestałem szukać czegokolwiek poza nim.
Moja rekomendacja? Zdecydowanie tak. Szczególnie dla tych, którzy cenią architekturę, piękne ogrody, dobrą kuchnię, profesjonalną obsługę i wypoczynek bez konieczności ciągłego organizowania sobie czasu. To hotel, w którym można po prostu być – i odkryć, że czasem właśnie tego najbardziej potrzebujemy.
Wyjechałem stamtąd z żoną, z pięknymi wspomnieniami i z przekonaniem, że jeszcze wrócimy. Bo są miejsca, które odwiedza się raz. Są takie, które się poleca. I są te nieliczne, za którymi zwyczajnie się tęskni.
Cordial Mogán Playa należy do tej ostatniej kategorii.
Zostaw komentarz