Premier RP w latach 2001-2004. Wprowadził Polskę do UE i nie słyszałem, aby później wyrażał jakikolwiek żal z tego powodu (a nawet raczej utrzymywał zawsze, że był to jego największy życiowy i polityczny sukces).
Później jego polityczne ścieżki były kręte, aż wreszcie odsunął się od polityki (nieco wcześniej odstępując przewodnictwo w SLD swojemu ówczesnemu koledze partyjnemu, a obecnemu marszałkowi Sejmu RP Włodzimierzowi Czarzastemu).
W ostatnim czasie zaczął publicznie (głównie w mediach społecznościowych) wypowiadać się w sposób dalece odbiegający od poprawności politycznej mainstreamu.
Jedni mówią, że zwariował, inni zaś, że otrzeźwiał. Jeszcze inni nie widzą nic dziwnego w jego wypowiedziach wskazując na długoletni ewolucyjny proces kształtowania się jego poglądów.
Niektórym bardzo przeszkadza jego publicystyczna działalność albo i nie bardzo umiejąc się do niej odnieść udają, że jej nie zauważają. W jeszcze jednych znalazł zupełnie nowych słuchaczy (czy raczej czytelników).
W każdym razie myślę, że warto zapoznać się z jego ostatnim wpisem na FB. Jest chłodny. Rzeczowy. Odwołuje się do konkretów.
Ostatecznie czyż, by mieć szerszy pogląd, nie warto słuchać różnych punktów widzenia?
Europoseł Leszek Miller, były premier pisze: „W polskim sporze o Trybunał Konstytucyjny padło w ostatnich dniach sformułowanie, które powinno zatrzymać każdego, kto choć trochę szanuje ideę państwa prawnego: „stan wyższej konieczności konstytucyjnej”. Brzmi poważnie, niemal jak instytucja konstytucyjna. Problem w tym, że nią nie jest.
Nie wynika z Konstytucji, nie wynika z żadnej ustawy, nie jest też ugruntowanym zwyczajem konstytucyjnym. To konstrukcja doktrynalna, która może mieć wartość na akademickim seminarium, ale nie może być podstawą działania organów władzy publicznej. Art. 7 Konstytucji jest pod tym względem jednoznaczny: organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa. Nie na podstawie „konieczności”, nawet jeśli ktoś uzna ją za wyższą i konstytucyjną.
Tymczasem 30 października 2026 r. doszło do sytuacji, w której sędzia TK Anna Korwin – Piotrowska wydała zarządzenia o przerwie w czynnościach służbowych Prezesa i Wiceprezesa TK, powołując się właśnie na taką konieczność. Budynek został zabezpieczony przez policję, dotychczasowe kierownictwo nie zostało wpuszczone. Formalnie powołano się http://m.in. na przepisy prawa o ustroju sądów powszechnych, które jednak nie dają kompetencji do takiego działania wobec organów Trybunału.
Reakcje najwyższych organów sądowych były klarowne. Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego Zbigniew Kapiński w oficjalnym oświadczeniu wyraził „najwyższe oburzenie i stanowczy sprzeciw”. Wskazał, że nadanie czynności formy zarządzenia nie legalizuje przekroczenia lub uzurpacji kompetencji, a zdarzenia mają charakter bezprecedensowy i budzą zasadnicze zastrzeżenia co do zgodności z fundamentalnymi zasadami ustroju. Prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego Jacek Chlebny stwierdził wprost, że granice zostały przekroczone, a działania budzą zasadnicze zastrzeżenia co do ich zgodności z zasadami państwa prawa. Obaj podkreślili to samo: niezależność Trybunału nie może być podporządkowana doraźnym decyzjom ani demonstracji siły.
Rzecznik Praw Obywatelskich określiła „stan wyższej konieczności konstytucyjnej” jako pogląd pozaprawny. Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej ocenił, że w świetle prawa prezesem pozostaje Święczkowski, a działania Korwin-Piotrowskiej nie mają podstawy prawnej.
Helsińska Fundacja Praw Człowieka stwierdziła, że nie dostrzega wyraźnych podstaw prawnych, by sędzia o najdłuższym stażu mogła wydać taką decyzję, a powoływanie się na tę konstrukcję oznacza przyznanie braku niebudzącej wątpliwości podstawy.
Z prawnego punktu widzenia konsekwencja jest prosta. Skoro zarządzenia o „przerwie” nie mają skutecznej podstawy w obowiązującym prawie, to nie mogą wywołać skutku w postaci utraty funkcji. Bogdan Święczkowski formalnie nadal jest Prezesem Trybunału Konstytucyjnego. To, kto aktualnie kontroluje budynek i serwery, to kwestia faktu, a nie prawa. Państwo prawne nie funkcjonuje jednak na zasadzie „kto ma policję, ten ma rację”.
Historia polskich kryzysów konstytucyjnych uczy, że łatwo jest przekroczyć granicę, trudniej jest ją potem przywrócić. Dziś „stan wyższej konieczności” ma służyć „uratowaniu Trybunału”. Jutro ktoś inny może uznać, że wyższa konieczność wymaga zawieszenia kogoś innego. A prawo, które przestaje obowiązywać wtedy, gdy „trzeba coś zrobić”, przestaje być prawem. Staje się narzędziem. I to jest sedno problemu, niezależnie od tego, po której stronie barykady się stoi.”
Zostaw komentarz