Czy prezydent Karol Nawrocki, wybory parlamentarne w 2027 roku i pierwszeństwo polskiej Konstytucji wobec prawa Unii Europejskiej mogą stać się przedmiotem kolejnej wojny o władzę w Polsce? Przedstawiciele koalicji rządzącej zaprzeczają, jakoby przygotowywali scenariusze wymierzone w prezydenta lub przyszłoroczne wybory. Pięknie. Tylko że jest jeden zasadniczy problem. Według ustaleń Wirtualnej Polski rząd przygotował roboczą listę około 50 spraw dla Trybunału Konstytucyjnego, a pełnego wykazu tych spraw opinia publiczna nadal nie zobaczyła. Mamy więc polityczne zapewnienia, ale nie mamy kompletnych dokumentów pozwalających zweryfikować ich treść. A po wydarzeniach z 30 października trudno oczekiwać, że obywatele przestaną zadawać pytania tylko dlatego, że władza zapewnia ich, iż wszystko odbywa się w imię praworządności.
Zacznijmy od prezydenta. Karol Nawrocki sprawuje urząd na podstawie Konstytucji, a jego kompetencje nie zależą od politycznej sympatii premiera ani większości parlamentarnej. W publicznej debacie pojawiły się spekulacje dotyczące art. 131 Konstytucji, regulującego sytuacje, w których marszałek Sejmu tymczasowo wykonuje obowiązki głowy państwa. Przedstawiciele koalicji zaprzeczają planom odsunięcia prezydenta. I słusznie, bo przepis ten nie jest furtką do politycznego usuwania niewygodnego przeciwnika. Przewiduje ściśle określone przesłanki i procedury, a udział Trybunału dotyczy szczególnej sytuacji przejściowej niemożności sprawowania urzędu. Czy ktokolwiek rozważa wykorzystanie tego mechanizmu w przyszłym konflikcie politycznym? Nie przedstawiono dowodów na taki plan. Ale czy wśród 50 spraw znajdują się zagadnienia dotyczące kompetencji prezydenta? Tego bez ujawnienia listy nie sposób jednoznacznie ustalić.
A teraz wybory parlamentarne w 2027 roku. Zgodnie z art. 101 Konstytucji ważność wyborów do Sejmu i Senatu stwierdza Sąd Najwyższy. Trybunał Konstytucyjny nie zatwierdza wyników wyborów, ale może badać zgodność z Konstytucją przepisów regulujących funkcjonowanie organów państwa, w tym Sądu Najwyższego. Tymczasem status Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych od lat pozostaje przedmiotem poważnego sporu prawnego. Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację: w 2027 roku koalicja przegrywa wybory, a następnie ponownie wybucha konflikt dotyczący statusu izby właściwej w sprawach wyborczych. Czy orzeczenia TK mogłyby wpłynąć na prawne ramy takiego sporu? Takie pytanie zasługuje na rzeczową odpowiedź. Nie oznacza to jednak, że rząd przygotował plan podważenia wyborów. Oznacza, że obywatele mają prawo wiedzieć, czy podobne zagadnienia znalazły się w przygotowywanych zestawieniach.
A CO Z NADRZĘDNOŚCIĄ POLSKIEJ KONSTYTUCJI I PRAWEM UNII EUROPEJSKIEJ?
Jest jeszcze trzecia kwestia, której znaczenie wykracza daleko poza bieżący konflikt partyjny. Czy wśród przygotowywanych spraw znajdują się zagadnienia dotyczące relacji między polską Konstytucją a prawem Unii Europejskiej? Czy rząd zamierza ponownie otworzyć spór o granice pierwszeństwa prawa unijnego i kompetencje Trybunału Sprawiedliwości UE? Nie wiemy. Ale skoro mowa o ponownej analizie wcześniejszych orzeczeń TK, nie sposób pominąć jednego z najważniejszych sporów konstytucyjnych ostatnich lat.
Art. 8 Konstytucji RP stanowi jednoznacznie: „Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”. Jednocześnie art. 91 określa zasady stosowania ratyfikowanych umów międzynarodowych i prawa stanowionego przez organizacje międzynarodowe, w tym Unię Europejską. W orzecznictwie TSUE obowiązuje zasada pierwszeństwa stosowania prawa unijnego, również w razie kolizji z normami konstytucyjnymi państw członkowskich. Polski Trybunał Konstytucyjny prezentował odmienne stanowisko w kwestii granic tego pierwszeństwa. To rzeczywisty konflikt interpretacyjny dotyczący porządku prawnego państwa, a nie tylko polityczne hasło.
7 października 2021 roku TK w sprawie K 3/21 zakwestionował zgodność określonych interpretacji przepisów Traktatu o Unii Europejskiej z polską Konstytucją. Instytucje unijne odrzuciły takie rozumienie relacji między prawem krajowym a unijnym. Spór pozostał nierozwiązany w sposób akceptowany przez obie strony. Dlatego pytanie o ewentualne nowe postępowania dotyczące tego zagadnienia jest szczególnie istotne. Czy przyszły skład TK miałby rozpatrywać wnioski dotyczące wcześniejszego orzecznictwa w tej dziedzinie? Czy przygotowywane są nowe argumenty prawne? A może tego tematu w ogóle nie ma na liście? Odpowiedź powinny przynieść dokumenty, nie domysły.
Zwolennicy szerokiego pierwszeństwa prawa UE wskazują na konieczność jednolitego wykonywania zobowiązań traktatowych przez wszystkie państwa członkowskie. Zwolennicy silnej kontroli konstytucyjnej podkreślają natomiast granice kompetencji przekazanych Unii oraz rolę konstytucji krajowych. Właśnie dlatego tak ważne jest, aby podobne zagadnienia rozstrzygano na podstawie jawnych argumentów prawnych, a nie politycznych oczekiwań wobec sędziów. Bo pytanie o to, kto ma ostatnie słowo w sporze między Konstytucją RP a prawem UE, dotyczy samych fundamentów polskiej państwowości.
A teraz wróćmy do owej listy. 15 października 2026 roku Wirtualna Polska opisała przygotowania rządowego zespołu kierowanego przez Joannę Knapińską. Według tych ustaleń opracowano trzy zestawienia obejmujące około 50 spraw: ustawy, które można byłoby zaskarżyć do TK, wcześniejsze orzeczenia wymagające analizy oraz nierozpatrzone wnioski prezydenta. Wśród poruszanych zagadnień znalazły się między innymi prokuratura i Krajowa Rada Sądownictwa. Samo przygotowywanie analiz prawnych przez rząd jest legalne. Problem zaczyna się wtedy, gdy obywatele nie wiedzą, czy politycy przygotowują argumenty dla niezależnego sądu, czy też liczą na określone rozstrzygnięcia przyszłego składu Trybunału.
I oto piętnaście dni później, 30 października, Polska ogląda dramatyczny konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego. Policja przy siedzibie TK, spór o kierownictwo instytucji, wzajemne oskarżenia o naruszanie prawa i Konstytucji. Nie ma dowodu, że te wydarzenia były realizacją planu związanego z listą 50 spraw. Ale zestawienie dat oraz polityczna temperatura konfliktu sprawiają, że pytania o rzeczywiste zamiary rządu stają się jeszcze bardziej palące.
Przez lata Donald Tusk i jego polityczne otoczenie przekonywali, że Trybunał musi być niezależny, a sądownictwo konstytucyjne wolne od partyjnych wpływów. To zasady, które powinny obowiązywać każdą władzę. Jeżeli zależność Trybunału od jednej większości parlamentarnej jest zagrożeniem dla demokracji, to zależność od innej większości nie staje się nagle lekarstwem na całe zło. Niezależność nie polega na wymianie jednych politycznych oczekiwań na drugie.
Nie można również zapominać o art. 190 Konstytucji, zgodnie z którym orzeczenia Trybunału są ostateczne i mają moc powszechnie obowiązującą. Oczywiście podobne zagadnienie prawne może w określonych okolicznościach zostać ponownie poddane kontroli konstytucyjnej, zwłaszcza przy innych przepisach lub zarzutach. Ale Trybunał nie jest polityczną gumką do wymazywania niechcianych rozstrzygnięć. Każdy nowy wniosek musi mieć rzeczywiste podstawy prawne, a nie wyłącznie uzasadnienie w interesie aktualnie rządzących.
Najbardziej zdumiewa mnie jednak to, jak łatwo politycy oczekują od obywateli bezwarunkowej wiary w swoje deklaracje. Zapewniają, że nie chodzi o prezydenta. Zapewniają, że nie chodzi o wybory. Zapewniają, że chodzi wyłącznie o praworządność. W takim razie dlaczego nie przedstawić całego wykazu? Dlaczego nie ujawnić, które przepisy mają zostać zaskarżone, które wcześniejsze orzeczenia poddane ponownej analizie i jakie są podstawy prawne planowanych działań? Być może dokumenty rozwiałyby wiele podejrzeń. Być może pokazałyby, że część obaw jest nieuzasadniona. Ale bez ich publikacji pozostajemy w świecie zapewnień i domysłów.
Moim okiem stawka tej sprawy wykracza daleko poza osoby Donalda Tuska i Karola Nawrockiego. Chodzi o to, czy w Polsce można jeszcze zbudować trwałe zasady, których nie zmienia się zależnie od tego, kto ma większość w Sejmie. Czy prezydent może wykonywać swoje konstytucyjne kompetencje bez obawy, że zostaną one zakwestionowane z powodów politycznych? Czy obywatele mogą mieć pewność, że wynik wyborów będzie rozstrzygany zgodnie z prawem, a nie oczekiwaniami którejkolwiek ze stron? Czy spory o relacje między prawem UE a polską Konstytucją będą rozstrzygane na podstawie prawa, a nie politycznych interesów? I czy Trybunał Konstytucyjny będzie sądem prawa, czy kolejnym polem partyjnej wojny?
Nie oskarżam rządu o przygotowywanie zamachu na wybory ani o plan ograniczenia kompetencji prezydenta, bo nie przedstawiono dowodów na takie zamiary. Wskazuję natomiast na poważny problem zaufania do instytucji państwa. Gdy obywatele nie znają pełnego zakresu przygotowywanych działań, a jednocześnie obserwują ostry konflikt wokół organu powołanego do ochrony Konstytucji, trudno dziwić się narastającym pytaniom.
Pięćdziesiąt spraw. Trzy zestawienia. Spór o Trybunał. Prezydent, wybory parlamentarne i relacje między polską Konstytucją a prawem Unii Europejskiej. Czy wszystkie te zagadnienia znalazły się w rządowych dokumentach? Nie wiemy. I właśnie dlatego potrzebna jest pełna przejrzystość.
Żądanie jest proste: ujawnić pełną listę spraw, wyjaśnić podstawy prawne planowanych wniosków i zagwarantować, że żaden organ władzy nie będzie próbował wywierać nacisku na niezawisłych sędziów. Jeżeli rząd rzeczywiście chce odbudować zaufanie do państwa, powinien zacząć od przejrzystości własnych działań.
Konstytucja nie jest własnością premiera. Trybunał nie jest departamentem rządu. Prezydent nie jest urzędnikiem koalicji. A wybory w 2027 roku należą do obywateli, nie do politycznych strategów!
Pokażcie te 50 spraw. Wszystkie. Bez wyjątków. Przed wyborami, nie po wyborach. Niech Polacy sami zobaczą, co przygotowuje się w ich imieniu.
Zostaw komentarz