Że Putina mocno uwiera Polska wiadomo od wyborów 2015 roku. Tak samo, że powiela stalinowskie grepsy. Wszak już 18 września 1939 roku Kreml winą za rozpoczęcie wojny obarczył Polskę. 30 listopada tego samego roku do grona jej sprawców zaliczył Francję i Anglię, które to rzekomo napadły na Niemcy.
Pozostawmy go z jego antypolskimi fobiami, gdyż ustosunkowanie się do wszystkich łgarstw b. pułkownika KGB spowoduje nadmierne rozrośnięcie się tekstu aż do granic jego czytelności.
Skupmy się na bzdurze najpoważniejszej, na bzdurze wymyślonej już wcześniej przez stalinowskich propagandystów zaraz po przegranej przez Stalina wojnie.
Zapominanie o lekcjach historii nieuchronnie rodzi ciężką karę. Będziemy stanowczo bronić prawdy, opierając się na udokumentowanych faktach historycznych i będziemy nadal szczerze i bezstronnie rozmawiać o wydarzeniach II wojny światowej. Ma to również na celu zakrojony na szeroką skalę projekt stworzenia w Rosji największej kolekcji dokumentów archiwalnych, filmów i materiałów fotograficznych dotyczących historii II wojny światowej i okresu przedwojennego.
Takie prace są już w toku. W przygotowaniu tego artykułu wykorzystałem także wiele nowych, niedawno odkrytych, odtajnionych materiałów. W związku z tym mogę odpowiedzialnie oświadczyć, że nie ma żadnych dokumentów archiwalnych, które potwierdzałyby wersję zamiaru ZSRR rozpoczęcia wojny prewencyjnej przeciwko Niemcom. Tak, radzieckie kierownictwo wojskowe przestrzegało doktryny, że w przypadku agresji Armia Czerwona szybko odpiera wroga, rozpoczyna ofensywę i prowadzi wojnę na terytorium wroga. Jednak takie plany strategiczne wcale nie oznaczały zamiaru zaatakowania Niemiec.
Putler, pardon, Putin kpi w żywe oczy z reszty świata i mówi między wierszami:
Możecie mi skoczyć, przecież cała dokumentacja tamtych czasów spoczywa w moich archiwach, zabezpieczona jeszcze przez oddziały NKWD skwapliwie rabujące wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. A także szukające każdego papierka, który ewentualnie mógłby rzucić cień na „naiwną ofiarę napaści nazistowskiej”, czyli Stalina.
Putin uważa, że aby ustalić prawdę historyczną potrzeba nam dokumentów.
A tych nie ma, przynajmniej oficjalnie, albo też „znajdują” się odpowiednio spreparowane.
Dlatego historia posługuje się nie tylko dowodem z dokumentów. To również wszelkiego rodzaju dowody z tzw. białego wywiadu (wnikliwe śledzenie ówczesnych mediów), zeznania świadków itp.
I w tym właśnie aspekcie wypowiedź Putina jest po prostu groteskowa.
Przecież Stalin zalecał swoim oprycznikom niszczenie dokumentów.
Czy jednak oznacza to, że nie jesteśmy w stanie ustalić, jak wyglądała historia lat 1937-41?
Historia wojen XX wieku nie wymaga na szczęście dostępu wyłącznie do tajnych akt. Często żyją jeszcze świadkowie, a ówczesne administracje pozostawiły sporo dokumentów.
Pierwsza wojna światowa dowiodła ponad wszelką wątpliwość, że dotychczasowa, „dżentelmeńska” strategia, nie przyniosła rezultatu.
Po wypowiedzeniu wojny państwa dopiero czyniły przygotowywania do jej prowadzenia – mobilizacja.
Tymczasem sztabowcy wszystkich armii walczącego wówczas świata zdawali sobie sprawę, że aby skutecznie zaatakować trzeba uderzyć znienacka.
Nie potrafiono tylko tego w praktyce zrobić.
Co ciekawe, sowieci nigdy nie ukrywali swojej fascynacji nagłym i niespodziewanym atakiem.
W wydanej w 1940 roku w Moskwie broszurze Новые формы борбы kombryg NKWD G. Isserson pisał wyraźnie:
Efekt zaskoczenia powinien być na tyle porażający, żeby przeciwnik został fizycznie pozbawiony możliwości zorganizowania sobie obrony. Innymi słowy, rozpoczęcie wojny powinno mieć charakter ogłuszającego i nokautującego ciosu.
Co to oznacza, proszę państwa?
Ano to, że wypowiedzenie wojny, jeśli w ogóle miałoby nastąpić, będzie na tyle opóźnione, że w żadnym przypadku nie pozwoli na zorganizowanie obrony.
Dokładnie w ten właśnie sposób Niemcy wypowiedziały wojnę Związkowi Sowieckiemu nad ranem 22 czerwca 1941 r. Ciut przed uderzeniem.
By jednak dokonać ataku trzeba przygotować się odpowiednio. Trudno ukryć mobilizację, prawda?
Sowiecki teoretyk wojskowości, człowiek, do którego Józef Stalin zwracał się po imieniu (nikt inny nie doczekał się takiego uznania ze strony czerwonego führera) marszałek ZSRS Borys M. Szaposznikow. W odróżnieniu od Tuchaczewskiego odebrał solidne wykształcenie wojskowe jeszcze w czasach „białej” Rosji. W 1903 ukończył Moskiewską Szkołę Oficerską, a w 1910 Mikołajewską Akademię Sztabu Generalnego. Przed 1914 służył w Warszawskim Okręgu Wojskowym.
W I wojnie światowej dosłużył się stopnia pułkownika, od 1918 roku robił karierę w Armii Czerwonej. Opracował m. in. plan napaści na Polskę 17 września 1939 roku.
Jest autorem książki Mózg armii, która wywarła wpływ na wiele pokoleń sowieckich, a potem rosyjskich oficerów. Sformułował teorię nowoczesnej wojny.
Wojna to nie tylko sprawa armii. To wysiłek całego kraju – ludności, przemysłu, rolnictwa i transportu.
Żaden kraj na świecie nie może trwać w stanie permanentnego przygotowania do ewentualnej wojny. W czasie pokoju armia musi konsumować jak najmniej.
Mobilizacja to po prostu przestawienie kraju z reżimu pokojowego na wojenny. Mobilizacja jest zjawiskiem nieodwracalnym. Ludzi powołanych masowo do koszar nie da się po prostu odesłać do domu.
Mobilizacja jest pierwszym elementem wojny.
Pisał:
W warunkach współczesnej wojny mobilizacja jest nie tylko zapowiedzią nadciągającej wojny, ale wręcz samą wojną.
Książka zakończył stanowczym twierdzeniem:
Mobilizacja to wojna i innego znaczenia dla niej wymyślić się nie da.
Gospodin Putin tymczasem powtarza bajeczkę dla dzieci mocno tępawych –
radzieckie kierownictwo wojskowe przestrzegało doktryny, że w przypadku agresji Armia Czerwona szybko odpiera wroga, rozpoczyna ofensywę i prowadzi wojnę na terytorium wroga. Jednak takie plany strategiczne wcale nie oznaczały zamiaru zaatakowania Niemiec.
Tu poniekąd Putin ma odrobinę racji. Plany strategiczne nie zakładały bowiem atakowania wyłącznie Niemiec. Plany strategiczne zakładały zaatakowanie („wyzwolenie” od kapitalizmu) całej Europy.
Jest tylko jeden problem.
Mobilizacja oznacza wojnę, ale jak ustrzec się przed podstępnym atakiem drugiej strony przed jej wprowadzeniem?
Na to na Kremlu znaleźli receptę – trzeba po prostu samemu zaatakować jako pierwszy. Wtedy mobilizację można podzielić na dwa etapy – niejawny, prowadzony w warunkach tzw. pokoju, oraz jawny już po rozpoczęciu wojny.
Tak to właśnie wyglądało w przypadku Związku Sowieckiego:
a) Tajny etap mobilizacji odbywał się przed rozpoczęciem działań wojennych. Na tym etapie przestawiono nazw. Reżim wojenny aparat państwowy, przemysł, system łączności i transport, liczebność armii została zwiększona do ok. 5 mln.
b) Utrzymanie w tajemnicy tajnej mobilizacji osiągnięto przez rozłożenie jej na dwa lata. Poza tym maskowano ją także poprzez wywoływanie lokalnych konfliktów, które to miały uzasadniać zwiększenie liczebności Armii Czerwonej.
c) Tajna mobilizacja miała być zakończona atakiem na nieprzyjaciela i ogłoszeniem mobilizacji całkowicie jawnej.
Popatrzmy, jak rosła liczebność Armii Czerwonej.
1923 – 500.000 żołnierzy
1927 – 586.000 żołnierzy – w ciągu 4 lat wzrost o 17,2 %
1933 – 885.000 żołnierzy – w ciągu 6 lat wzrost o 51%
1937 – 1.100.000 żołnierzy – w ciągu 4 lat wzrost o 24 %
1938 – 1.513.000 żołnierzy – w ciągu roku wzrost o 37,5 %
1939 (sierpień) 2.000.000 żołnierzy – w ciągu pół roku wzrost o 32%
1 stycznia 1941 roku Armia Czerwona liczyła już 4.207.000 żołnierzy – w stosunku do sierpnia 1939 roku wzrost o 110 %.
A od 1937, w ciągu czterech lat zaledwie, – aż o 400 %.
Poza powyższą statystyką istniały jeszcze objęte klauzulą najwyższej tajności wojska NKWD, w skład której wchodziła również flota i lotnictwo. Szacunkowo dodać więc należy około 2 mln żołnierzy z czerwonymi otokami.
To jednak nie koniec. Tuż przed „agresją” niemiecką, 21 czerwca 1941 roku liczebność Armii Czerwonej wynosiła 5.500.000 żołnierzy – w ciągu niespełna pół roku wzrost o 30,7 %.
W stosunku do sierpnia 1939 roku liczebność Armii Czerwonej wzrosła o 175 %.
A w dalszych rejonach Związku Sowieckiego tworzono nowe dywizje. I jakoś dziwnie wszystkie kierowano na Zachód, chociaż podobno Stalin liczył się z konfliktem na Dalekim Wschodzie.
.
B. płk KGB powinien także wyjaśnić kolejną przesłankę, świadczącą o tym, że Armia Czerwona szykowała się do podboju Europy, a nie do obrony przed niespodziewana napaścią.
Otóż w kwietniu 1941 roku Główny Zarząd Artylerii Armii Czerwonej nakazał wywozić świeżo wyprodukowaną amunicję pod zachodnią granicę Związku Sowieckiego i… rozładowywać wprost na ziemi!
Proszę państwa, pocisk ułożony na ziemi i zabezpieczony jedynie brezentem nie jest w stanie długo poleżeć. Za dużo wilgoci – rdza. Poza tym proch przestaje być prochem, a może jedynie służyć do rozpalania w… piecu. Kto nie wierzy niech zapyta, do czego służył proch odzyskiwany z porzuconych stanowisk artyleryjskich niemieckich pod Duklą.
Dlatego właśnie amunicja ciągle jest przechowywana w specjalnych magazynach, gdzie wilgotność i temperatura pozostają na odpowiednim poziomie.
Tymczasem w kwietniu 1941 roku amunicja ma leżeć na gołej ziemi. Nie tylko. Cześć amunicji składowana jest w wagonach kolejowych. Jesienne szarugi zamieniłyby testowy pocisków w przerdzewiałe niewypały do wiosny 1942 roku.
Co to oznacza?
Ano to, że lada moment miały być wystrzelone. A te składowane w wagonach miały udać się w ślad za „niezwyciężoną” Armią Czerwoną.
Przypominam raz jeszcze – chodzi o kwiecień 1941.
Stalin powoli dopinał ostatnie guziki.
Za chwilę III Rzesza i jej sojusznicy mieli paść od niespodziewanego ataku armii przewyższającej pod każdym względem niemiecką.
Warto przypomnieć, że sowieckie czołgi, jakie 17 września 1939 roku najechały Polskę, były jakościowo lepsze od niemieckich, które dwa lata później (22 czerwca 1941 r.) uderzyły na Sowietów.
A poza tym było ich więcej.
.

O wielu typach Niemcy nie mieli pojęcia, że w ogóle istnieją. Przykładem jest czołg KW-2 wyposażony w armatohaubicę kal. 152 mm.
Nawet Heinz Guderian, najbardziej znany dowódca Panzerwaffe, uważał go za legendę.
T-34 i KW-1 (łączna ilość obu typów dorównywała wszystkim czołgom, jakie na froncie wschodnim posiadali Niemcy i ich sojusznicy) były praktycznie odporne na strzały z armat czołgowych rzekomego agresora.
Ale poza nimi Stalin miał ok. 10 tys. innych czołgów, przewyższających parametrami niemieckie.
Jeśli więc Putin opowiada, że Związek Sowiecki chciał się tylko bronić, łże jak pies.
Stalin bowiem był komunistą, i za wszelką cenę chciał dokończyć dzieło Lenina – wprowadzić marksistowski socjalizm na całym świecie.
22 czerwca 1941 roku Hitler go tylko ubiegł. Wytrącił broń z ręki szaleńca, co pozwoliło zachować większą część świata wolną od komunizmu.
I to właśnie stanowi o klęsce Stalina.
Rewolucja wszechświatowa znowu się nie udała.
22 czerwca 1941 roku Stalin przegrał wojnę. Co prawda za cenę dziesiątek milionów własnych obywateli. Co prawda zagarnął pół Europy.
Ale to właśnie oznaczało jego klęskę. Zamiast Europejskich Republik Sowieckich musiał ograniczyć się do 1/3 Niemiec, Polski, Czechosłowacji, kawałka Austrii (sowiecka okupacja kilku dzielnic Wiednia i wschodniej części kraju trwała aż do lipca 1955 roku), Rumunii, Węgier, Bułgarii. W Grecji trwało powstanie komunistyczne, natomiast ortodoksja marksistowska w Albanii i Jugosławii nie za bardzo ufała Stalinowi. Mrzonki o władzy Rad w Paryżu, Rzymie, Madrycie, Brukseli itp. pozostały mrzonkami.
A to oznaczało koniec Imperium. Sowieckie Państwo nie może istnieć obok państw demokratycznych.
Rosja, zwana wówczas Związkiem Sowieckim, przegrała wojnę, której była głównym sprawcą. Może dlatego obchody Dnia Zwycięstwa 9 maja zapoczątkowano dopiero 20 lat po wojnie? I Stalin, i Chruszczow wiedzieli dokładnie, jak wyglądały plany. I że w 1941 roku czerwona flaga miała załopotać w centrach europejskich stolic, „wyzwolonych” właśnie spod panowania brunatnego komunizmu.
I miała tam łopotać na wieki.
Co więcej, dzisiejsza Rosja doskonale wpisuje się w scenariusz napisany ongiś dla niej przez Hitlera. Nie produkuje nic, co mogłoby mieć znaczenie dla reszty świata. Jedyne, co oferuje, to kopaliny, gaz, ropę naftową i drewno. Ludzie natomiast coraz bardziej piją, aborcja zaś jest najczęściej stosowanym „środkiem antykoncepcyjnym”. Jako naród Rosjanie stoją więc wobec widma zagłady.

.
Niech nas nie zmyli to ciągłe napinanie muskułów. Putin i jego doradcy doskonale zdają sobie sprawę, że ze strony Europy i USA nie grozi im jakakolwiek agresja. Bardziej muszą obawiać się wpływów muzułmańskiej Turcji. Oraz chińskiej pokojowej ekspansji, której efektem jest coraz widoczniejsze wypieranie Europejczyków ze Wschodniej i Środkowej Syberii.
Imperium dogorywa na naszych oczach.
Czy Putin jest ostatnim Prezydentem Rosji rozciągającej się od granicy z Ukrainą po Władywostok?
21.06 2020
Zostaw komentarz