Szwedzi i Anglicy zniszczyli mi młodość. Do dziś mam w pamięci dzień 7 maja 1989 roku (niedziela): Rasundastadion w Solnej pod Sztokholmem, wygrali (wymęczyli) z nami zwycięstwo w eliminacjach do Mistrzostw Świata Italia90 2-1. Nie byliśmy gorsi. Bramki padły po stałych fragmentach gry. Przepięknego gola zdobył z rzutu wolnego, z ponad 40 metrów Ryszard Tarsiewicz. Jego trafienie to „stadiony świata”, wyjątkowej urody strzał.

Bramkę na 2-1 nasi rywale, mieszkający po drugiej stronie „Bałtyku”, zdobyli w doliczonym fragmencie gry. Przegraliśmy pechowo. Byliśmy nawet lepsi. Ten pojedynek ustawił całe eliminacje i złamał naszą mentalność. Od tego momentu rozpoczęła się wielka zapaść polskiego futbolu, która trwa nieprerwanie do dziś.

Nie podnieśliśmy się z tego. Niecały miesiąc później, 3 czerwca 1989 roku (sobota), graliśmy z Anglikami na Wembley. Wystawiliśmy bardzo defensywne ustawienie. Nie mieliśmy niczego do powiedzenia. Przegraliśmy 0-3.

Mało kto dziś pamięta, że dzień później odbyły się pierwsze (częściowo) wolne wybory. Nie było dobrej atmosfery. Wiele osób rozpamiętywało przegrany – kompromitująco – z synami Albionu mecz. Radość przyszła dopiero we wtorek, gdy było jasne, że „Solidarność” i strona opozycyjna, społeczna przytłaczająco zwyciężyła z komunistami w wyborach.

W polityce rozpoczął się pewien dobry etap; w polskiej piłce nożnej zakończył wspaniały (jak powiedział wtedy Dariusz Szpakowski: ten przepiękny okres na Wembley się rozpoczął i na Wembley się kończy).

Szperałem dzisiaj w mojej pamięci. Starałem sobie przypomnieć wszystkie mecze ze Szwedami: od 7 maja 1989 roku potykaliśmy się z nimi osiem razy (sześć razy w eliminacjach i dwa razy w pojedynkach towarzyskich.
Niestety bilans jest bardzo niekorzystny. W oficjalnych meczach eliminacyjnych (o stawkę) nie udało nam się wygrać ani razu; nie zdołaliśmy nawet zremisować. Wszystkie sześć meczów kwalifikacyjnych przegraliśmy; u siebie (w Chorzowie) wszystkie stosunkiem 0-2.
W meczach towarzyskich osiągnęliśmy jedno zwycięstwo, w 1991 roku. Świetnie pamiętam ten mecz, chyba rozgrywany w Gdyni. Selekcjoner Andrzej Streilau postanowił sprawdzić nowych, młodych zawodników. I właśnie oni zdobyli gole. Młodziutki, 19. letni Wojtek Kowalczyk oraz Mirosław Trzeciak. Rozegraliśmy wówczas w eksperymentalnym zestawieniu świetne spotkanie.
Niestety, trener Streilau nie poszedł tym tropem, w jesiennych pojedynkach kwalifikacyjnych do Mistrzostw Europy powrócił do starych, zgranych piłkarzy: Furtoków, Urbanów, Warzychów, Szewczyków i innych, którzy nigdy niczego nie osięgneli.

Na marginesie: za późno dajemy szansę młodym zawodnikom.

Drugi mecz towarzyski zremisowaliśmy w Sztokholmie. Przegrywaliśmy już 0-2, lecz udało nam się doprowadzić do remisu.

Ze Szwedami zawsze grało nam się trudno. Dużo trudniej niż z Brazylią, Hiszpanią, Włochami, czy Niemcami. Dlatego, że – mówiąc kolokwialnie – ich styl gry nam nie leży, są dla nas wyjątkowo niewygodnym przeciwnikiem. Myślę, że nie ma bardziej niewygodnego.

Szwedzi są od nas silniejsi fizycznie, lepiej przygotowani motorycznie oraz atletycznie. Wybiegani. Wyskakkani. Stosują presing. Mocno zawężają pole gry. Nie zostawiają miejsca. Nie pozwalają na wykorzystanie walorów szybkościowych. Są niesamowicie niebezpieczni przy stałych fragmentach gry. Jak pamiętam, większość bramek, które nam strzelali, zdobywali właśnie ze stałych fragmentów gry.

Nie tylko w piłce nożnej nam z nimi nie szło, również w życiu, w polityce, co pokazuje historia.

Szwedzi grają futbol specyficzny. Nie muszą mieć stuprocentowych sytuacji; nie muszą mieć nawet pięćdziesięcioprocentowych; potrafią uzyskać bramki właściwie z niczego, z niepozornych sytuacji.

Ale wszystko się kiedyś kończy. To jedyne pocieszenie. Gdyby selekcjonerem był Polak, nie dawałbym nawet jednego promila na zwycięstwo. Lecz Sousa zmienia nas nie tylko piłkarsko (wprowadza nowoczesne warianty), ale przede wszystkim mentalnie.
Sousa jest w stanie obmyśleć plan taktyczny, który pozwoli osiągnąć zwycięstwo.

To będzie niesamowicie trudny mecz. Już po losowaniu grup eliminacyjnych, nie maiłem żadnych wątpliwości, że nie mecz z wielką Hiszpanią, lecz właśnie ze Szwecją będzie dla nas najtrudniejszy.

Jednak, jeżeli wygramy i wyjdziemy z grupy, to wtedy będziemy groźni dla wszystkich, nawet dla tych największych – herosów światowego futbolu.

Autor: Roman Mańka
Socjolog, publicysta, pisarz, komentator polityczny, dziennikarz „Halo Radio”, redaktor naczelny czasopisma eksperckiego Forum Inicjatyw Bezpieczeństwo Rozwój Energetyka (FIBRE). Posiada trzy wielkie pasje: filozofię, socjologię, i piłkę nożną; jest zagorzałym kibicem Realu Madryt. Wykształcenie socjologiczne zdobył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Ukończył również Studium Dziennikarstwa Europejskiego prowadzone przez Centrum Europejskie „NATOLIN” w Warszawie. W przeszłości wykonywał zawód dziennikarza śledczego w prasie lokalnej, a następnie ogólnopolskiej: opisywał sprawy z zakresu zorganizowanej przestępczości mafijnej, powiązań klientelistycznych oraz korupcji polityków; pełnił również funkcję z-ca redaktora naczelnego Gazety Finansowej i szefa działu krajowego. Publikował w Gazecie Finansowej, Home&Market, Gentleman, Onet.pl i Interii. Obecnie jest pisarzem i publicystą, autorem dwóch książek popularno-naukowych: „Strefa tabu. Największe afery III RP” oraz „Moment krytyczny”, a także współautorem jednej pozycji w dziedzinie dziennikarstwa śledczego: „Łańcuch poszlak. Wielka gra mafii i rosyjskich służb specjalnych” (wywiad rzeka z byłym szefem ABW, Bogdanem Święczkowskim).