Żyłem dwoma istnieniami, bardzo się od siebie różniącymi. Prawie pół wieku… w rzeczywistości, z obecnej perspektywy tak nierealnej — że aż trudno ją pamiętać. Zwłaszcza że pracowałem w szpitalu psychiatrycznym.
Jako zadeklarowany mieszczuch prowadziłem gospodarstwo rolne. Przez całe lata robiłem fizycznie w błocie, lepiąc z niego figurki.
Zacierają się mi szczegóły siermiężnej egzystencji w PRL. Podpieram się wspomnieniami młodości, z których najmilszymi — były okresy podróży po Polsce autostopem.
Następnie, w wieku dojrzalszym — coroczne wyprawy kajakowe, a także początki mojej aktywizacji społecznej, kiedy to dałem się wybrać, jako jeden z nielicznych tatusiów, odprowadzających dzieci do żłobka na przewodniczącego jego komitetu rodzicielskiego, tak samo później, jak dzieci trochę podrosły — wybrano mnie na szefa komitetu przedszkola do którego, uczęszczały nasze pociechy.
Przez 8 lat byłem też nauczycielem w Studium Medycznym, a przez 20 wytwórcą rękodzieła artystycznego. Z nieodżałowanej pamięci Januszem Sanockim, który w województwie opolskim miał opinię większego niż ja radykała i stryjem prezydenta – Antkiem… zakładałem w województwie opolskim Porozumienie Centrum.
Byłem rzecznikiem prasowym protestujących na Opolszczyźnie rolników, organizowałem ich marsze i pikiety mające na celu zwrócenie uwagi władz na to, że komunistyczna nomenklatura zawłaszcza po likwidacji PGR państwową, ziemię, przekształcając się z sekretarzy PZPR – w mieszkających w pałacach i dworkach ziemian. Gazeta Wyborcza nazwała mnie — psem na państwowej ziemi, tak bowiem według niej głośno, przed tymi zakusami — szczekałem.
Byłem też prezesem zarządu woj. PSL-Porozumienie Ludowe, co okropnie irytowało szefa zarządu regionu „S” – Franka Szelwickiego, świeć Panie Boże nad jego krnąbrną duszą, który musiał przez to tolerować moje uczestnictwo w AWS. Z kolei z PIS byłem związany od samego początku, aż do rozwiązania całej lokalnej organizacji na Opolszczyźnie po awanturze Janusza Kowalskiego z przysłanym z Warszawy Diakonowem.
Przez 10 lat byłem urzędnikiem samorządowym, który nie miał tak lekko, jak nie przymierzając prezydent Warszawy Trzaskowski, bo poza wyborami, też o swoją pozycję musiałem walczyć w referendum mającym na celu, wysadzenie mnie z samorządowego siodła. Jako odpowiedzialny za powiatową służbę zdrowia, niczym Herkules sprzątający stajnię Augiasza podjąłem się jej oczyszczenia z lekarskich wziątek, łapówek, finansowych zachęt – warunkujących udzielanie doktorskich świadczeń w publicznym zakładzie zdrowia. Ta moja działalność zrobiła się nawet bardzo głośna, pisała o niej „Polityka” i inne media, publikowano pełne oburzenia listy rzeczników Izb Lekarskich, wyzywano mnie od bolszewików, za to, że spytałem w ankiecie, którzy z lekarzy pracujących w szpitalu najczęściej i najwięcej bierze w swoją kieszeń? Nawet kibicujące mi dosyć życzliwie społeczeństwo zastanawiało się wtedy, gdy zachoruję gdzie i u którego doktora będę się leczył?
Mówiono o mnie jako o znanym w województwie oszołomie, nieszanującym wyniesionych z komuny tradycji, który ma czelność podnosić rękę na lokalne autorytety.
Opowiadam o tym dlatego, żeby pokazać, iż z niejednego pieca chleb jadłem i trudno mnie zaliczyć do politycznych naiwniaków. Okres burzy dziejowej i naporu mam już za sobą, pławię się w poczuciu życiowego spełnienia, bo – nic już we mnie się nie burzy, ani na mnie nie napiera, poza… muszę się do tego przyznać — bluźnierczą myślą, że wychodzi na to, iż dawny bezbożnik były oficer najbardziej w ZSRR wrażej służby Putin zaczyna się jawić… jako najżarliwszy i skuteczny obrońca, podstaw europejskiej kultury, chrześcijańskich wartości, chroniącym je przed libertyńską ekspansją.
Tak się bowiem porobiło, że coraz częściej mówi się o nim i to nie tylko w prywatnych rozmowach ludzi przerażonych tym, co się obecnie na świecie wyrabia, że w odróżnieniu od Joego Bidena deklarowanego katolika — tenże Putin jest wzorem prawdziwie chrześcijańskiego polityka w antychrześcijańskim świecie. Zapala świeczki w cerkwi, jest autentycznym obrońcą wiary, który przede wszystkim ma odpowiednie narzędzia do walki z mieszającym w głowach sytym społeczeństwom Ameryki i Europy pomysłami propagowanymi przez ideologie gender, wszeteczne obyczaje, aborcje, eutanazję na życzenie, czy praktyki dyskryminacji rozsądnie myślących i mówiących ludzi – diabłem. Bo przecież prezydent Rosji nie musi się nikogo bać i z nikim liczyć.
A że o jego romansach złośliwi plotkują, to bardziej to jego człowieczeństwo nam przybliża… bo któż z nas nie jest bez grzechów?
Spowiadając się przed Wami z tej gorszącej myśli, liczę na to, że samo jej wyartykułowanie podziała na mnie oczyszczająco, uodporni mnie przed uleganiem manipulacji Władimira Władimirowicza, bo tego by jeszcze brakowało, żebym mu uwierzył.
Ten tekst ilustruję fotografią zniszczonego przez komunistów w 1949 roku budynku „Sokoła” w Wadowicach, przed którym wraz z siostrą, trzymając za rękę, nieżyjącego już kuzyna Zbyszka stoję, jako dowód na to, że już od dawna żyję i wiele pamiętam.
Zostaw komentarz