Po Krymie jeździliśmy dwukrotnie, przemierzając go niczym Mierzeję Wiślaną. Czuliśmy się tam bezpiecznie, byliśmy tam witani przez przyjaznych nam ludzi, z którymi bez trudu się porozumiewaliśmy, bo prawie każda z napotykanych przez nas osób zwierzała się, iż babuszka była Polką, albo diadia Polakiem.
Sezon turystyczny na Krymie kończył się po 20 sierpnia. Plaże wtedy pustoszały, wieczór nadchodził bardzo szybko, koło 18 robiło się już ciemno. Woda w Morzu Czarnym miała tyle, ile za dnia w powietrzu – 25 stopni Celsjusza. Nocą było wprawdzie 18, ale przez to przyjemniej się spało.
Dodatkową atrakcją tych eskapad był ich niski koszt. Biwakowaliśmy w większości przypadków „na dziko” w przeuroczych miejscach, na samych plażach, albo w cieniu skał, nad brzegami limanów.
Kiedy jednak nocleg wypadał nam blisko dużych miast, albo na ruchliwej drodze np. z Kijowa do Odessy chroniliśmy się razem z innymi podróżującymi samochodami ciężarowymi w — stojankach. Obwarowanych murem, z cieciem, który w poprzednim wcieleniu musiał być pewnie milicjantem – enklawach. Z toaletą i prysznicem. Z bramą zamykaną grubym łańcuchem i wielkimi kłódkami z …pętającymi się po placu wielkimi psami, które były tak doskonale wyszkolone, że wiedziały, kto jest powierzonym ich pieczy gościem, a kto intruzem. Ta ochrona przed złoczyńcami krążącymi jak sępy wokół wielkich aglomeracji kosztowała nas 10, albo 12 hrywien, a wtedy hrywnę można było kupić za 60 groszy.
Zajadaliśmy się pysznymi, sprzedawanymi dosłownie wszędzie — czeburekami, pierogami o charakterystycznym kształcie, zrobionymi z niekwaszonego ciasta, nadziewanymi mięsem drobno krojonym z ostrymi przyprawami , smażonymi w tłuszczu zwierzęcym. Jak nie było to na trasie to, popijaliśmy je winem, a na deser sączyliśmy koniaki.

Poruszając się dosyć niespotykanym na Ukrainie wehikułem, którego na szosie trudno było — nie dostrzec musiałem zachowywać cnotę wstrzemięźliwości, bo nic bardziej nie ucieszyłoby tamtejszych milicjantów drogowych, jak przyłapanie, ziejącego aromatem wina, albo tamtejszej brandy — grubego Lacha z brodą. Bez 200 czy 300 $ bym się od nich nie wykręcił.
Staraliśmy się zatrzymywać tuż, tuż nad wodą, czy to był Kanał Północnokrymski, czy Morze Czarne, ale zawsze z dogodnym miejscem do kąpieli. Biwakując na plażach, wzbudzaliśmy spore zainteresowanie pozostałych plażowiczów, którzy jak się zdążyłem zorientować, nawiązując z nimi kontakt przeważnie byli nie Ukraińcami, ale Rosjanami, a nawet Białorusinami. Przyjeżdżali na Krym powodowani sentymentem, wyniesionym z dzieciństwa, kiedy to w ZSRR wczasy na Krymie, były wyznacznikiem statusu szczerego komunisty. Tam przecież wypoczywali genesecy i inna partyjna wierchuszka. Teraz wczasowicze rekrutowali się ze środowisk rodzącej się w Rosji i na Białorusi klasy średniej — rzemieślników, drobnych przedsiębiorców.
Nasza z Polski ekskursja, w dodatku dwojga staruszków, nierozważnie niczym para nastolatków wędrujących po ukraińskich Dzikich Polach, naddnieprzańskich stanicach kozackich, stepach tatarskich — budziła w nich ciepłe dla nas uczucia. Lgnęli do nas przy każdej okazji, wypytując nas dociekliwie, jak to w końcu z tym kapitalizmem w Polsce jest? Bywało, że, poza konwenansową butelką, z którą przychodzili do naszego domku na kółkach na herbatę, obdarowywano nas tym, co im się w Morzu Czarnym wydawało najlepsze, a to złowioną rybą, a to wiadrami złapanych pod wieczór krabów. Z tymi morskimi rakami mieliśmy spory kłopot, bo uprzejmi plażowicze pilnowali, żebyśmy wrzucali je żywcem do wrzątku… Serce nam się krajało na myśl o cierpieniu tych stworzeń, ale sterroryzowani uśmiechami sympatii … gotowaliśmy te kraby, które są tam największym przysmakiem. W końcu nie zdzierżyliśmy, co nam kraby podrzucono to je… myk do wiaderka zakopanego w piasku, a jak towarzystwo gdzieś polazło, to … wypuszczałem raki z powrotem do morza.
Temu wszystkiemu przyglądał się drastycznie wychudzony pies, który z rzadką u kundli dystynkcją trzymał się nas w odległości, jakby metrem mierzonej, na dystans równo 3,5 m. Psie towarzystwo mieliśmy zawsze zagwarantowane, niezależnie od kraju, który przemierzaliśmy. Czy to w Grecji, Albanii, Rumunii, Bułgarii. W Monte Negro jakoś nie było psów widać. W Grecji, nieopodal miasta Lamii to nam nawet ktoś do wykarmienia przez parę dni podrzucił dwa szczeniaki.
Oczywiście, że też zwiedzaliśmy wszystkie, odnotowane w przewodnikach po Krymie miejsca z twierdzą tatarską Czufut Kale i karaimskimi cmentarzami czy pałacem chanów w Bakczyseraju – włącznie. Przez Sewastopol, Jałtę tylko przemknęliśmy, aż do Kerczu i Nowego Światu, stamtąd wracaliśmy wzdłuż grobli oddzielającej Krym od Morza Azowskiego.
Muszę się też ze wstydem przyznać, że unikałem tamtejszych restauracji, bo stołowaliśmy się zasadniczo sami albo w bardzo podejrzanych lokalach, w których serwowano soliankę, barszcz, pierogi z kaszą, no i te czebureki.
Wspomnienia z naszej wyprawy muszę również uzupełnić o traumatyczne okoliczności towarzyszące — defekacji. My jeździliśmy ze swoją toaletą chemiczną, którą umieszczaliśmy w ustronnym miejscu za piaszczystą wydmą, okoloną dyskretnym parawanikiem, inni załatwiali się do wykopanych dołów, wśród stert zużytych papierów do tyłka. W publicznych toaletach trzeba było brodzić w gnojowicy, żeby dotrzeć do wydrążonego w betonie otworu. W restauracyjnych klozetach przeważnie też nie było lepiej. Nawet rozmawiałem na temat owych nawyków higienicznych z wypoczywającym obok naszego samochodu Ukraińcem – merem średniego miasta nad Dnieprem, czy nie odnosi wrażenia, że te piękne, niekiedy oszałamiające, jak to potrafią lśnić urodą tamtejsze dziewczęta – wracają z tych przybytków… zhańbione, zbrukane. A — odpowiedział… nawykłe!
Na półtoramiesięczną eskapadę po Krymie i Ukrainie wraz z koniakami paroma butelkami wina z piwnicy księcia Golicyna wydaliśmy raptem — moją emeryturę.







Zostaw komentarz