Pamięci Eldara Riazanowa

On kręcił filmy i pisał wiersze.

Filmy uwielbiali i podziwiali jedni, krytykowali i przeklinali drudzy.

Wiersze – tak samo.

Generalnie zaś był gwiazdą, tą prawdziwą, i to od dawna.

Sława rangi światowej, a nie tylko w jego kraju.

W jego niewolniczym kraju.

Miłość i żal, graniczący z pogardą. Jednocześnie.

Takie były jego odczucie wobec własnego kraju.

1.

Kiedy twarz zakryli białym kocem, żona wciąż trzymała jego jeszcze ciepłą rękę.

Stało się.

Oni rzadko rozmawiali na ten temat. Ale jedno ustalili: gdy jedno z nich odejdzie, będzie tęsknota, lecz bez rozpaczy.

On nie był religijny. Nigdy. Nie wierzył w Życie Wieczne, w Zaświaty. Narodziłem się gdy cerkwie były zburzone, – mawiał. Ale dziwnym trafem w jednym z jego ostatnich filmów pojawia się Bóg. Boga zagrał znany aktor, wcielający się wówczas także w postać znanego czekisty, szpiega NKWD, serial kultowy (a jak). Cóż, bywa.

W trakcie ciężkiej przewlekłej choroby on bardzo wychudł. A przecież zawsze był przy tuszy, wręcz gruby, jak hipopotam. Lubił życie we wszystkich przejawach, od najpiękniejszych kobiet i najlepszych arcydzieł sztuki do najwyszukańszego i obfitego jedzenia i markowych napojów dla elity.

Teraz jego wychudłe ciało leżało pod białym kocem na żelaznym szpitalnym wózku, który cicho wieźli wzdłuż nocnego korytarza dwaj sanitariusze w zielonych uniformach. Obok szli lekarze ze spuszczonymi głowami.

Żona szła z drugiej strony wózka. Trzymała jego zimną rękę pod kocem, jaki nie był już w stanie go ogrzać.

2.

Niektóre z jego filmów telewizja regularnie pokazywała przed Sylwestrem. Taka sobie tradycja. Dla wielu były one jak jedno z obowiązkowych dań na stole sylwestrowym, razem z zakąskami, kotletami, barszczami.

Nie bez racji jeden z bohaterów takiego jego filmiku narzekał: jakaż ohyda ta wasza ryba zalewana.

Może dlatego zmarł on w przedostatnim dniu listopada, aby po raz kolejny nie irytować się z powodu tej idiotycznej tradycji w telewizji, która aktualnie promowała typowo goebbelsowskie kłamstwa i wojenne zbrodnie dużo chętniej niż wszelkie ryby.

Przecież film ten był nie o rybie czy innej zakąsce do wódy lub koniaku.

Nie, chodziło w nim o coś innego.

To go bolało, bardzo bolało.

Męczące uczucie.

3.

W trakcie kręcenia filmów był despotą i dyktatorem. Zresztą bardzo wesołym i atrakcyjnym, mimo iż okropnie grubym dyktatorem i despotą.

Bo w życiu był typowym i niepoprawnym idealistą.

Przecież takich jak jego wierszy prawdziwy despota nie potrafiłby napisać.

Żył poezją. I bardzo lubił poezję innych.

W jego kraju ostatni rozkwit poezji to koniec lat 50-ch – początek 60-ch. Lata 70-e okazały się jesienią tego rozkwitu. Wtedy to powstał „sylwestrowy” filmik.

„Deszcz i śnieg, każdą porę roku, masz z dziękczynieniem przyjmować”.

Te słowa zabrzmiały już w innym jego filmie, nieco później, po „sylwestrowym”. Piosenka także ze słowami jego wiersza.

Tak on szczerze uważał. Ale…

…ale sam tęsknił całym sercem. Tęsknił za czasami iluzji.

Na początku czasów chruszczowowskich iluzje miały wygląd młodych marzeń, silnych i zuchwałych, jak sama młodość. To była epidemia marzeń. Ona zachwyciła wielu tych młodych. A wręcz ogrom.

Jednym z tych chorujących był młodzieniec kompozytor i muzyk, urodzony w ciepłych klimatach Gruzji. Będąc już dojrzałym i rozczarowanym – ale bez rozpaczy – ów napisał muzykę do filmu, tego „sylwestrowego”.

Na pierwszy rzut oka ten film (kultowy, a jak) naprawdę mógł wydawać się sylwestrową komedią. I to wspaniałą, wyszukaną, mistrzowską. Scenariusz, dobór aktorów-gwiazd, no, wszystko. Przygody pijanego chłopaka I jego kompanów po wizycie w łaźni były śmieszne i budziły nastrój istotnie sylwestrowy. Taka sobie bajka w bożonarodzeniowym stylu. Tak on sam określił swój utwór występując w telewizji przed premierą.

Ale…

Nawet przeciętnego widza na końcu filmu opanowywał smutek. I nie tylko przez wydarzenia na tle wiersza: kochanych nie żegnajcie.

Nie.

Było jeszcze coś.

To „coś” odczuwali tacy sami, zniesmaczeni, rozgoryczeni, rozczarowani. Jak on sam. Jak kompozytor, który zmienił ciepłe klimaty Tbilisi na zawilgłe zimno Moskwy. Jak poeci, których wiersze kompozytor zmienił w piosenki (te zostały kultowymi, a jakże).

Ich było bardzo mało, żałosna garstka, mizer. Ale wypijali przy sylwestrowym stole gorzki kieliszek.

Za utracone, więc, pogrzebane iluzje. Za minioną młodość, matkę nieuzasadnionej nadziei.

Zresztą, iluzje z nadziejami zmartwychwstały w drugiej połowie lat 80-ch. I znowu zmarły w 90-ch.

Tym razem ostatecznie.

Jego nadzieja też zmartwychwstała w czasie „pierestrojki”. Ale filmy nie utraciły nuty smutku. Jeden z nich powstawał na śmietniku.

Przeczucie, przedsmak katastrofy. Nie zawiodły, okazały się uzasadnione.

4.

„Nie wyrosnąć różom na śmietniku światowego zła. Marna nadzieja”.

Też z wiersza, chociaż nie jego.

Ale tak właśnie myślał on w ostatnich latach swego życia.

Socjalizm o ludzkiej twarzy? Taki istniał tylko w filmach, także jego. Nie, on nie kłamał jak większość reżyserów. W jego żywych obrazkach, w rolach aktorskich, w scenariuszach jego przyjaciela, dawno zmarłego pisarza, – tam zaistnieli realni ludzie, dobrzy, poczciwi, miłujący życie, piękno i po prostu miłujący siebie oraz kochający się. I znowu: ale.

Kolejne „ale” polegało na tym że bohaterami jego filmów były nie tylko – i nie wielu – historyczne postaci, znane i uwielbiane. Szarzy ludkowie w jego utworach wykazywali niesamowite jakości, i w taki sposób zostawali… no, właśnie, kultowymi. Ale nie King Kongami bądź Anżelikami Markizami Aniołów.

To byli sami widzowie. Tacy sami, z codziennego życia, gęsto przesiąkniętego kłamstwami, hipokryzją, malignami ideologii, niewolnictwem, szarościami. Czy agresją, wojnami w czart wie jakich zadupiach świata. Czarodziejska pałeczka grubego despoty od kina zmieniała ich w bajkowych królów i śpiące księżniczki. Kelnerka dworcowej stołówki zostawała tajemniczą hrabiną, a zwykły stuard kolejowy – złym geniuszem.

Cud fabularny.

A stawał się on cudem życiowym, przenosił się z ekranu do serc, zamieszkał w duszach.

To było jego nadzieją, jego celem, jego misią – nie tylko cieszyć, ale zmieniać. Ludzi, społeczeństwo, kraj.

To pierwsze się udało.

A drugie, trzecie…

On zmienił wielu, bardzo wielu. Pojedynczych osób. Ale…

…nie ich społeczeństwo. Nie ich kraj.

Jaki był jego krajem.

Ci, których zmieniły jego filmy, okazywali się obcymi społeczeństwu i krajowi. Jawnymi czy ukrytymi dysydentami, jacy walczyli, lecz bez skutku. Często wyjeżdżali na zawsze.

A sam on… Tak, kręcił filmy, dopóki wystarczało sił i zdrowia. Żyję, póki kręcę filmy – mawiał. A potem…

Jesień była obecną nawet w jego pierwszym kultowym filmie, jaki uczynił zeń gwiazdę. Wtedy miał 29 lat.

Kiedy nadeszła prawdziwa jesień, jej koniec, siły na kręcenie filmów już go opuściły.

Pozostała poezja.

I Ona.

Jego żona.

5.

Potrafić kochać to wrodzony talent, albo jest, albo nie ma.

Jego słowa.

Tak, bezspornie.

Jest zresztą pewien szczegół. Prawdziwa miłość to wizja duszy.

Bardzo trudna rzecz. Dla wielu nie do zniesienia. Ale taka jest prawda.

On był znanym kobieciarzem. Wiele dziewcząt i jeszcze więcej kobiet marzyło by zaciągnąć go do łóżka. Nawet gdy był już starcem. Talent nie ma wieku, a jest atrakcyjniejszym dla wielu od atletycznego ciała. Także media robią swoje.

Do łóżka nie znaczy do duszy.

Jego żona widziała męża duszę. Całą, każdy kącik.

Kiedy twoją duszę całą bez wyjątku widzi nawet bliska osoba, to bywa niemiło widziane przez przeciętnego człowieka. Ale w jego przypadku bynajmniej nie chodziło o przeciętności.

Do tego dusza żony była dla niego także całkowicie odkrytą.

Właśnie dlatego ona wiedziała oraz widziała, co się kryło za jego wybrykami dyktatora oraz innymi dziwactwami, które dla przeciętnej kobiety byłyby precedensem dla ucieczki choć
by na księżyc przed despotą – dziwakiem.

Za tym wszystkim ukrywała się niezwykle delikatna i nie po męsku wrażliwa dusza.

Dusza twórcy.

Nikt inny nie był jej potrzebny. Od pierwszego dnia, gdy się poznali . W życiu i poza nim.

Ona nie we wszystkim zgadzała się z nim, także co do kwestii religijnej. Bo stanowczo uważała że Wieczne Życie jednak istnieje. Tylko owszem nie tak jak narzucała na każdym rogu dzika neobolszewicka sekta o nazwie „ruska prawosławna cerkiew”. Obaj nie cierpieli świętoszków od KGB, gardzili i kpili z popów w pagonach pod szatami.

Bez sporów w religijnym temacie, także w wielu rozmaitych innych, nie obyło się. Zwłaszcza na początku ich wspólnego życia.

Również bardzo ostrych.

Ale wszystkie spory i kłótnie miały swój koniec. W łóżku, to prawda. Lecz dusze również nie pozostawały na marginesie.

A nawet tak: oni mieli jedną duszę na dwoje.

Jego żona nie obawiała się że znany kobieciarz zwróci swoje spojrzenie na jakąś tam laseczkę – ze wszystkimi następstwami. Nie przez narcyzm, no, broń Boże.

Po prostu jedna dusza na dwóch daje takie rzeczy w łóżku, jakich nie podejrzewają nawet doskonałe japońskie gejsze. A któż szuka lepszego od najlepszego.

Jej wygląd nie był wyglądem modelki. Raczej inteligentki. Potem – inteligentna starsza pani. Ale nawet w ich wieku, jaki się nazywa starością, jej starannie zadbane proste śnieżnobiałe siwe włosy, niebanalna twarz z głębokimi oczyma pod eleganckimi okularami, arystokratyczny styl w skojarzeniu z duchowym bogactwem, nieczęste na tym świecie – to wszystko niezmiennie budziło w nim pragnienie jej i dumę z tego że to ona jest jego żoną.

I to jeszcze nie wszystko.

Tylko trzymaj się mnie, – mawiała jego żona. To się nie tyczyło zdrowia ani wieku czy twórczych nieprzyjemności, kryzysów, pechów i reszty tego co towarzyszy twórcy, prawdziwemu artyście od Boga.

Chociaż tego też, jeżeli szczerze. A jeżeli jeszcze szczerzej, ona nie pozwoliła mu umrzeć dużo wcześniej.

Duszę dzielić nie można. Nigdy i w żaden sposób.

„Kochanych nie żegnajcie”.

Ale inaczej uważa pewna bezczelna baba o imieniu Śmierć
.

6.

Ona nie płakała kiedy żelazny wózek z nim sanitariusze ostrożnie wprowadzili do windy.

Nie było łez, kiedy automatyczne drzwi z napisem Otis z cichym dźwiękiem zamknęły się i winda poniosła go w dół.

Także i potem.

Żałobne uroczystości, kondolencje, w większości szczere. Odeszła epoka, tak mawiali. A to było mówione w wysokim stylu, i nie do końca to była prawdą z ust starszych panów, a zwłaszcza pań.

Nie.

To odeszła ich młodość.

Ich marzenia.

Jakie się nie wypełniły.

On odszedł razem z młodością i marzeniami w tym samym momencie, kiedy jego kraj, który on kochał i nienawidził jednocześnie, ostatecznie przedstawił się całemu światu tym czym był zawsze: wściekłym psem, jakiego już zdecydowano się zastrzelić.

Obecni na żałobnych uroczystościach w Centrum kina (jego imienia) oraz obok otwartego grobu na cmentarzu wiedzieli że za parę minut będzie pogrzebana ich wizja kraju i swego miejsca w nim. Płakali nie tylko nad nim, a raczej przede wszystkim nie nad nim w swej większości.

Nad sobą.

A ot, ona, żona, nie płakała. Nie było łez.

Było tylko to, bez czego miało teraz być według ich uzgodnień.

Rozpacz.

Tak, ona już sama jest na tym świecie. Tak, ona ma strzec to co ten w grobie stworzył za życie. Strzec i bronić jego spadku, jaki teraz jest bliski I drogi chociażby garstce pozostałych marzycieli bez marzenia. Ona to zrobi. Ale…

…to już wegetowanie.

Samo życie zakopali razem z nim.

I pół duszy.

Są jego córa, wnuk. Ona ich ogromnie kocha, są drodzy i bliscy. Nie tylko jak jego dzieci, również jak przyjaciele, sprzymierzeńcy. Tacy sami marzyciele.

Ale jego nie ma.

Ona była jego trzecią żoną. Z pierwszą rozwiódł się, z drugą rozwiódł rak.

Wiedziała że obok niej jest… no tak, geniusz. A geniuszowi się wybacza wszystko. Zresztą szczególnie nie było czego przebaczać. Tak, drobiazgi.

Zwłaszcza teraz to wszystko widzi się jak drobiazgi.

Dla reszty on był całością z tytułami jego utworów, z muzyką i cytatami z nich, z ówczesną telewizyjną Kinopanoramą, czy jeszcze czymś tam.

A dla niej on był życiem.

Oni oboje wiedzieli że to się stanie, wcześniej czy później. Niby byli gotowi. A jak się już stało…

Światłość – i rozpacz.

Ot, tak, w jednym pudle.

Ona powiedziała do jego córy że chce pobyć sama w ich domu. Córa zawiozła ją do domu i wymogła słowo że za godzinę ona – już wdowa po tacie – do niej zatelefonuje.

Kiedy otworzyła drzwi jego kluczem, jęk i płacz wyrwały się same.

7.

Ona płakała stojąc w ich przedpokoju, długo, gorzko, niepowstrzymanie. Ciemny przedpokój i rozpacz wobec bezpowrotnego.

Nogi się pod nią ugięły, jak cień przemieściła się do kuchni. Nie włączała światło, ale kuchnię oświetlały latarnie z ulicy i okna sąsiednich budynków, nie zgaszonych przez rozpacz.

Usiadła się przy stole. Przez łzy coś na nim zobaczyła.

I nie uwierzyła oczom. Chyba już zwariowałam, pomyślała.

Ona znała ten długopis tylko z jego opowiadań, opisywał go ze szczegółami. Bardzo dokładnie. Jego stary chiński atramentowy długopis, jakim oni razem z przyjacielem pisarzem poprawiali scenariusz „sylwestrowego” filmu. I wielu innych scenariuszów. Długopis znikł dawno temu, kiedy zmarł pisarz. Jej mąż bardzo się zmartwił, uważał że długopis zabrał zmarły przyjaciel. Pomimo że nie wierzył w Zaświaty. No, bywa.

Ona dotknęła długopis dłonią. Nie, to się nie wydaje. Nie halucynacja.

Wzięła długopis, przyłożyła do warg. On był ciepły, jakby ktoś trzymał go przed chwilą w ręku.

Skąd on tutaj, pomyślała. Cały czas przed pogrzebem go nie było. Może ktoś przyniósł…

Na stole zobaczyła biały arkusz, złożony na pół A4.

Na nim coś napisano.

Napisano jego ręką. Ona rozpoznałaby jego pismo pośród listów wszystkich siedmiu miliardów mieszkańców planety.

W świetle ulicznych latarni przeczytała z drżącymi rękoma:

Żaden paskudny żart. To ja.
Tęsknię, czekam, nie mogę bez Ciebie.
Bez rozpaczy, Kochanie moje.

PS: ON jest!!!

01.12.2015