Wczoraj późnym wieczorem toczyłem dyskusję z jednym z moich korespondentów fejsbukowych na temat kontrowersji wobec płci i zrozumiałem pod jej wpływem, że istnieje tu dalece idąca zbieżność z dyskusją na temat aborcji a konretnie – uznaniem ludzkiego statusu płodu.
Obie kontrowersje wydają się podobnej natury i wynikają z zasadniczej różnicy perspektyw między holistycznym a redukcjonistycznym ujęciem tematu.
Jak pamiętacie – stoję na stanowisku, że biologia ssaków zna tylko dwie płcie: męską i żeńską a podział ten wynika ze zrozumienia funkcji, jaką płeć odgrywa w rozmnażaniu płciowym. Jest to podejście holistyczne – wszystkie „cechy związane z płcią”: budowa anatomiczna, pewne skłonności psychologiczne, itd. wynikają właśnie z tego podziału a ich naturalna czy patologiczna zmienność nie definiuje nowych „płci”, tylko jest właśnie zmienością cech związanych z tymi dwoma typami wynikającymi z podstawowej funkcji, jaką jest rozmnażanie płciowe.
Tymczasem stanowisko redukcjonistyczne jest jak gdyby odwrotne. Redukcjoniści starają się skatalogować wszystkie możliwe wariacje w zakresie cech płciowych i dostrzegając tu „spektrum”, upierają się, że płci jest bardzo wiele, albo właściwie pojęcie płci jest „nieanalityczne”, czyli naukowo bezsensowne.
Bardzo podobnie wygląda dyskusja na temat statusu płodu.
Redukcjoniści wyodrębniają cały szereg „cech gatunkowych”, które definiują człowieka a jedną z nich jest uformowanie centralnego układu nerwowego. Uważają bowiem, że to właśnie w mózgu zachodzą „procesy psychiczne będące źródłem świadomości a świadomość jest immanentną cechą człowieka”. Mając taką „definicję” twierdzą, że embrion, który uformowanego centralnego układu nerwowego jeszcze nie posiada człowiekiem nie jest.
Zwolennicy podejścia holistycznego mają jednak inną definicję człowieka. Ich zdaniem człowiekiem z definicji jest organizm powstały z połączenia dwóch ludzkich komórek płciowych. Ten organizm może być zdrowy lub chory, w pełni dojrzały lub jeszcze nie, ale od chwili zaplodnienia jest człowiekiem i tyle.
Można tu również zauważyć, że redukcjonizm wymusza kategoryzacje opatre o stan kultury, gdyż zależą one zawsze od aktualnego stanu wiedzy i poglądu na dany temat. Dlatego w słowniku redukcjonistów pojawia się tak wiele niezależnych wymiarów płciowości: płeć genetyczna, płeć hormonalna, płeć mózgowa, płeć anatomiczna, płeć psychologiczna itd. Wszystkie te wymiary umieszczają oni na wykresie radarowym i analizują każdy przypadek wg jego pozycji na takim wykresie. Kiedy nagle pojawia się jakaś nowa perspektywa, to dodają kolejny wymiar i tak nagle pojawia się np. płeć neurofizjologiczna.
Perspektywa holistyczna odwołuje się zaś do esencjalnych kategorii naturalistycznych: płeć jest funkcją, poprzez którą realizuje się rozmnażanie płciowe. Człowiek jest tym, co powstaje z człowieka i tyle.
Inny mój interlokutor słusznie zwrócił uwagę, że tendencja do wyparcia esencjalizmu naturalistycznego na rzecz dyskursu kultury pojawiła się już we wczesnym Renesansie – u Petrarki a zwłaszcza u Pico della Mirandoli – twórców humanizmu. U nich już nie tylko, jak u Protagorasa „człowiek jest miarą wszechrzeczy”, ale już raczej „człowiek samemu sobie twórcą i tworzywem”. Człowiek humanizmu zaczyna odrywać się od Boga i natury zaczynając bez lęku stwarzać kosmos własnej kultury, w której wszystko jest jemu podporządkowane i określone wyłącznie jego wyobrażeniami.
Ponadto, rozwój empiryzmu i związane z tym sukcesy nauk ścisłych doprowadziły do ukształtowania się tzw. scientyzmu, programowo odrzucającego kategorie „nieanalityczne” jako „nienaukowe”. Jednym słowem – jeśli czegoś nie daje się opisać za pomocą szczegółowego katalogu weryfikowalnych cech, to tego właściwie nie ma. Stąd coraz większa niechęć nastawionego redukcjonistycznie środowiska do takich pojęć emergentnych, jak np. „naród” czy „cywilizacja”, które nie dają się łatwo zdefiniować w taki właśnie sposób.
W przypadku takich pojęć jak „płeć” czy „człowieczeństwo” jest nawet jeszcze gorzej, gdyż nie dość, że nie są – co pokazałem – analityczne, to jeszcze mają swoje źródło w naturze. Stąd taka presja na wyparcie płci „biologicznej” i zastąpienie jej sztucznie skonstruowaną „płcią kulturową”. Stąd też presja, aby nie definiować człowieka jako organizmu potomnego od jego rodziców, ale aby skupiać się na osadzonych w kulturze konstruktach takich jak „świadomość”, która ani ciałem, ani duszą nie jest.
Zostaw komentarz