Rozważanie na niedzielę 8.11.26

Kiedy dni stają się coraz krótsze, kiedy mamy coraz mniej światła, a liście opadły już niemal ze wszystkich drzew, przyroda zaczyna przemawiać do nas językiem przemijania. To, co jeszcze niedawno złociło się wszystkimi kolorami jesieni, dziś powoli znika z naszego pola widzenia. Drzewa stają się nagie, dni coraz chłodniejsze, a świat przyrody przygotowuje się do zimowego odpoczynku.

I właśnie w tym czasie człowiek zaczyna intensywniej myśleć o własnym życiu. O upływie czasu, o tym, co już za nami, i o tym, co jeszcze przed nami. O ludziach, których spotkaliśmy, o tych, którzy byli nam bliscy, a których nie ma już obok nas. Dopiero w tym kontekście zaczynamy dostrzegać, jak bardzo współczesny człowiek poddał się rewolucji kulturowej oddzielającej go od jego natury i stawiającej go w centrum, czyniąc panem samego siebie, odsłaniającą jednocześnie krok po kroku cały dramat nowoczesności: skrywaną pod warstwą postępu tajemnicę ludzkiej pustki.

Spacerując po cmentarzu uświadamiamy sobie, jak kruche jest nasze ziemskie życie. Każdy grób opowiada jakąś historię. Za każdym nazwiskiem kryje się czyjaś miłość, radości, cierpienia, niespełnione marzenia, dokonane wybory i pozostawione wspomnienia.

Ale chrześcijańska refleksja nad grobem nie może kończyć się na smutku. Nie może zatrzymać się wyłącznie na tym, co przemija. Wierzymy bowiem, że śmierć nie jest ostatnim słowem o człowieku. Jest bramą życia.

My wciąż jesteśmy jeszcze w drodze, w czasie ziemskiego życia, w którym każdego dnia dokonujemy wyborów. Ci, którzy odeszli, zakończyli już swoją ziemską pielgrzymkę. Niektórych wierzymy, że Bóg przyjął już do pełni zjednoczenia ze sobą. Los pozostałych powierzamy Jego nieskończonemu miłosierdziu, pamiętając o nich w modlitwie. Wierzymy w świętych obcowanie, w tę tajemniczą wspólnotę żywych i zmarłych, których łączy Chrystus.

I dlatego wspominanie zmarłych nie powinno prowadzić nas jedynie do pytania, kiedy przyjdzie nasz koniec. Powinno prowadzić do znacznie ważniejszego pytania: jak przeżywamy nasze życie? Dokąd zmierzamy? Czego szukamy? I czy pośród codziennych obowiązków, trosk i zabiegania nie zgubiliśmy tego, co najważniejsze?

Marek Aureliusz zapisał w swoich Rozmyślaniach słowa:

„Możesz odejść z tego świata natychmiast. Z tą myślą uczyń, powiedz i pomyśl wszystko”.

To bardzo mocne przypomnienie. Nie chodzi o to, aby żyć w lęku przed śmiercią, ale aby świadomość przemijania pomagała nam właściwie porządkować nasze myśli, słowa i czyny. Abyśmy nie odkładali na później tego, co dobre. Abyśmy nie zwlekali z przebaczeniem, z okazaniem miłości, z pojednaniem, z powiedzeniem komuś, jak bardzo jest dla nas ważny.

Bo przecież nie wiemy, ile czasu zostało nam na tej ziemi.

CZŁOWIEK OD ZAWSZE POSZUKUJE ŹRÓDŁA

Człowiek od najdawniejszych czasów zadaje sobie pytania o początek i sens istnienia. Skąd pochodzi świat? Dlaczego istnieje coś, a nie raczej nic? Co jest źródłem wszystkiego, co widzimy? Czy za porządkiem świata kryje się jakaś pierwsza zasada?

Już starożytni filozofowie greccy poszukiwali tego, co nazywali archē – początku, pierwszej zasady, źródła rzeczywistości.

Tales z Miletu wskazywał na wodę, Anaksymander na bezkresny prapoczątek, czyli apeiron, a Anaksymenes na powietrze. Kolejni myśliciele rozwijali pytania o naturę rzeczywistości, jej przyczynę i ostateczny fundament.

Arystoteles rozważał istnienie pierwszego poruszyciela, który sam nie będąc poruszanym, jest ostateczną zasadą ruchu i istnienia. W późniejszej tradycji chrześcijańskiej do tych rozważań nawiązywał święty Tomasz z Akwinu, formułując między innymi swoją pierwszą drogę prowadzącą do uznania istnienia Pierwszego Poruszyciela.

Rozum ludzki może więc doprowadzić człowieka do pytania o Boga. Może pomóc mu odkryć, że świat nie jest zamkniętym w sobie przypadkiem, że za jego istnieniem kryje się tajemnica, której nie potrafimy w pełni wyjaśnić.

Ale wiara prowadzi nas jeszcze dalej.

Nie odkrywamy bowiem jedynie jakiejś bezosobowej pierwszej przyczyny. Odkrywamy Boga, który jest osobą, który kocha, przemawia, objawia się człowiekowi i wychodzi mu naprzeciw.

I właśnie w tym kontekście warto spojrzeć na dzisiejsze pierwsze czytanie z Księgi Mądrości.

Księga ta powstała w żydowskiej diasporze w Aleksandrii. Tam spotykały się różne kultury, tradycje i nurty filozoficzne. Jej autor, pozostając wierny wierze Izraela, podejmuje dialog z kulturą grecką. Posługuje się językiem, który był zrozumiały dla ludzi tamtej epoki, ale prowadzi ich ku prawdzie o Bogu.

Dzisiejszy fragment mówi nam o Mądrości:

„Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca: ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują, i ci ją znajdą, którzy jej szukają”.

To niezwykle piękny obraz.

Mądrość nie jest jedynie zasobem informacji, wiedzą czy zdolnością intelektualną. Jest przedstawiona jako rzeczywistość żywa, niemal jak osoba, która wychodzi naprzeciw człowiekowi.

Człowiek szuka jej, ale jednocześnie to Mądrość szuka człowieka. Nie trzeba jej zdobywać siłą. Nie trzeba pokonywać nieosiągalnych przeszkód. Trzeba otworzyć serce, zapragnąć jej i pozwolić, aby nas prowadziła.

W dalszej części tego rozdziału autor pokaże, że miłość Mądrości prowadzi do sprawiedliwego życia, do zachowywania jej wskazań i do bliskości Boga.

To bardzo ważne: prawdziwa mądrość nie kończy się na tym, że człowiek dużo wie. Ona przemienia sposób, w jaki człowiek żyje.

Można być człowiekiem wykształconym, oczytanym, posiadać ogromną wiedzę, a jednocześnie nie umieć kochać. Można znać wiele odpowiedzi, a nie rozumieć najważniejszych pytań. Można wiedzieć, jak działa świat, ale nie wiedzieć, jak dobrze przeżyć własne życie.

Dlatego Mądrość w świetle Biblii jest czymś więcej niż intelektem, jest umiejętnością rozpoznawania dobra i wybierania go w codzienności.

W chrześcijańskim odczytaniu całego Pisma Świętego możemy dostrzec w tej Mądrości zapowiedź pełni Bożego objawienia, które przynosi nam Jezus Chrystus. To w Nim Bóg najpełniej wychodzi naprzeciw człowiekowi.

NIESPOKOJNE SERCE CZŁOWIEKA

Podobną prawdę odnajdujemy w dzisiejszym psalmie responsoryjnym:

„Boże mój, Boże, szukam Ciebie i pragnie Ciebie moja dusza”.

Psalmista porównuje swoje pragnienie Boga do pragnienia wody na pustyni. Człowiek, który przebywa na pustkowiu, wie, jak bardzo potrzebuje wody. Nie jest ona dla niego luksusem ani dodatkiem. Jest warunkiem życia.

Tak samo psalmista mówi o Bogu.

Nie szuka Go jedynie wtedy, kiedy wszystko układa się pomyślnie. Nie traktuje Boga jak kogoś, do kogo można zwrócić się wyłącznie w chwili kryzysu. Bóg jest dla niego źródłem życia, sensem i spełnieniem najgłębszego pragnienia.

Święty Augustyn, w pierwszych słowach swoich Wyznań, napisał:

„Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”.

To jedno z najpiękniejszych zdań chrześcijańskiej tradycji.

Człowiek może szukać szczęścia w wielu miejscach. Może szukać go w pieniądzach, sukcesie, karierze, uznaniu innych, przyjemnościach czy władzy. Może próbować wypełnić pustkę kolejnymi osiągnięciami i kolejnymi doświadczeniami.

A jednak często okazuje się, że nawet kiedy osiąga to, czego pragnął, jego serce nadal pozostaje niespokojne.

Nie oznacza to, że pieniądze, praca, sukces czy ludzkie relacje są czymś złym. Przeciwnie, są częścią naszego życia i mogą być pięknym darem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy próbujemy uczynić z nich ostateczny cel i źródło szczęścia.

Augustyn przypomina nam, że człowiek jest skierowany ku Bogu. I dopóki nie odnajdzie w Nim swojego najgłębszego spełnienia, będzie szukał dalej.

Ale to poszukiwanie nie jest drogą samotną. Bóg nie pozostawia człowieka samego. On wychodzi mu naprzeciw.

NIE SMUĆCIE SIĘ JAK CI, KTÓRZY NIE MAJĄ NADZIEI

Drugie czytanie, z Pierwszego Listu świętego Pawła Apostoła do Tesaloniczan, prowadzi nas bezpośrednio ku tajemnicy śmierci i zmartwychwstania.

Pierwsi chrześcijanie w Tesalonikach przeżywali niepokój związany ze śmiercią swoich bliskich. Obawiali się, że ci, którzy umarli przed powtórnym przyjściem Chrystusa, mogą zostać w jakiś sposób pominięci.

Paweł odpowiada im słowami pełnymi nadziei:

„Nie chcemy, bracia, waszego trwania w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei”.

Zwróćmy uwagę: Apostoł nie mówi, że chrześcijanin nie powinien płakać. Nie mówi, że śmierć nie boli. Nie zabrania żałoby ani tęsknoty za tymi, których kochaliśmy.

Chrześcijanin ma prawo cierpieć, ma prawo płakać, ma prawo odczuwać pustkę po odejściu bliskiej osoby.

Różnica polega na tym, że nasz smutek nie jest pozbawiony nadziei.

Fundamentem tej nadziei jest Jezus Chrystus, który umarł i zmartwychwstał. Paweł przypomina, że ci, którzy umarli w Chrystusie, nie zostaną przez Niego zapomniani.

Obrazy trąby, głosu archanioła i obłoków, których używa Apostoł, należą do języka apokaliptycznego, którym opisywano tajemnicę Bożej interwencji i ostatecznego spełnienia historii. Nie chodzi o to, aby traktować je jak szczegółowy harmonogram wydarzeń. Chodzi o przekazanie prawdy, że Chrystus jest Panem życia i śmierci, a ci, którzy do Niego należą, mają udział w Jego zwycięstwie.

I Paweł kończy ten fragment słowami, które stanowią właściwie streszczenie chrześcijańskiej nadziei:

„I tak zawsze będziemy z Panem”.

To jest cel naszej drogi. Nie tylko przetrwanie śmierci. Nie tylko przedłużenie istnienia. Ale życie w pełnej wspólnocie z Bogiem.

Dlatego Apostoł dodaje:

„Przeto pocieszajcie się nawzajem tymi słowami”.

Jakże ważne jest to wezwanie również dzisiaj. Nasza wiara nie powinna być jedynie osobistym przekonaniem. Powinna stawać się pocieszeniem dla drugiego człowieka, obecnością przy cierpiącym, wyciągniętą dłonią, słowem nadziei.

Nie jesteśmy powołani do tego, by uciekać od cierpienia innych. Jesteśmy powołani, by być przy nich i przypominać, że ostatnie słowo należy do Boga.

OLIWA, KTÓREJ NIE MOŻNA ODŁOŻYĆ NA PÓŹNIEJ

I wreszcie dochodzimy do Ewangelii według świętego Mateusza. Jezus opowiada przypowieść o dziesięciu pannach oczekujących na przybycie pana młodego.

Pięć z nich było roztropnych, a pięć nierozsądnych, moglibyśmy dzisiejszym językiem powiedzieć wprost: mądrych i głupich.

Wszystkie wzięły lampy. Wszystkie wyszły na spotkanie pana młodego. Wszystkie czekały. I co szczególnie istotne, wszystkie w końcu zasnęły, ponieważ pan młody się opóźniał.

Problemem nie był więc sam sen. Problemem było to, że część z nich nie przygotowała się na dłuższe oczekiwanie. Nie zabrały zapasu oliwy.

Kiedy wreszcie rozległo się wołanie: „Oto pan młody, wyjdźcie mu na spotkanie!”, okazało się, że ich lampy gasną.

W tej przypowieści Jezus nie wyjaśnia wprost, co dokładnie symbolizuje oliwa. Możemy jednak odczytywać ją jako obraz wiary, miłości, roztropności, dobrych uczynków i wierności, które powinny towarzyszyć człowiekowi przez całe życie.

Nie wystarczy bowiem kiedyś zapalić lampę. Nie wystarczy kiedyś powiedzieć: wierzę. Nie wystarczy rozpocząć drogi z Bogiem.

Trzeba jeszcze troszczyć się o to, aby światło nie zgasło.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół. Kiedy nierozsądne panny proszą roztropne o oliwę, słyszą odmowę. Nie oznacza to, że Jezus zachęca nas do egoizmu czy braku miłosierdzia. Przeciwnie, Ewangelia w wielu miejscach wzywa nas do dzielenia się i pomocy bliźniemu.

Tutaj chodzi o coś innego: osobistej odpowiedzi na Boga nie można zastąpić cudzą wiarą. Nikt nie może za mnie kochać Boga. Nikt nie może za mnie przebaczyć, pojednać się, podjąć decyzji o wierności. Nikt nie może przeżyć mojego życia za mnie.

Każdy z nas musi sam odpowiedzieć na Boże zaproszenie.

A kiedy pan młody przybywa, słyszymy słowa:

„Nie znam was”.

Nie chodzi o to, że pan młody nie wie, kim są te kobiety. W języku biblijnym poznanie oznacza również relację, więź, bliskość. To obraz człowieka, który nie zbudował prawdziwej relacji z Bogiem.

Można przecież znać religijne zwyczaje, znać modlitwy, uczestniczyć w uroczystościach, a jednocześnie nie pozwolić, by Ewangelia przemieniała nasze życie, być pysznym i wyniosłym ze względu na swój status, czy piastowany urząd – jak wiele tych sytuacji w ostatnich dniach.

Można mieć lampę, ale nie mieć oliwy.

I dlatego Jezus kończy przypowieść wezwaniem:

„Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”.

Czuwanie nie oznacza życia w strachu. Nie oznacza ciągłego wypatrywania końca świata. Oznacza świadome życie, gotowość serca, odpowiedzialność za własne wybory i pielęgnowanie więzi z Bogiem.

NIE CZEKAJ NA ALARM – PRZYGOTUJ SIĘ WCZEŚNIEJ

Spróbujmy posłużyć się prostym obrazem.

Strażak nie przygotowuje się do akcji dopiero wtedy, kiedy rozlega się alarm. Nie zaczyna wówczas szukać munduru, sprawdzać sprzętu i uczyć się obsługi urządzeń. On przygotowuje się wcześniej. Ćwiczy, sprawdza wyposażenie, dba o sprawność i gotowość.

Wie bowiem, że kiedy przyjdzie wezwanie, nie będzie już czasu na nadrabianie zaniedbań.

Podobnie jest z naszym życiem duchowym.

Nie powinniśmy odkładać troski o relację z Bogiem na później. Nie powinniśmy mówić: kiedyś zacznę się modlić, kiedyś uporządkuję swoje życie, kiedyś przebaczę, kiedyś pojednam się z tym, z kim od lat jestem skłócony. Kiedyś znajdę czas dla Boga.

Bo to „kiedyś” może nigdy nie nadejść.

Nasza gotowość nie sprowadza się jednak tylko do zewnętrznych praktyk religijnych. Modlitwa, życie sakramentalne, rachunek sumienia, pojednanie i uczestnictwo we wspólnocie Kościoła są niezwykle ważne. Ale ich prawdziwym owocem powinno być życie, w którym coraz bardziej widoczna staje się miłość.

Czy potrafię przebaczyć? Czy jestem uczciwy wobec drugiego człowieka? Czy nie wykorzystuję słabszych? Czy potrafię przyznać się do błędu? Czy jestem wierny swoim zobowiązaniom? Czy moje słowa i czyny są zgodne z tym, w co wierzę?

To właśnie w takich codziennych sytuacjach widać, czy nasza lampa rzeczywiście płonie.

MIŁOŚĆ TO WYBÓR I WIERNOŚĆ WYBOROWI

Jest jeszcze jedna myśl, do której chciałbym się tutaj odwołać.

Czasami, kiedy jest mi trudno, kiedy brakuje sił, kiedy człowiek doświadcza zmęczenia, rozczarowania, a czasem ma wrażenie, że wszystko zaczyna się walić, kiedy kolejne pokusy łatwego życia pojawiają się na horyzoncie, kiedy łatwiej byłoby zdradzić niż pozostać wiernym, przypominają mi się słowa oratorium Tu Es Petrus Piotra Rubika i Zbigniewa Książka. Szczególnie te, które mówią o miłości jako o wyborze i wierności temu wyborowi.

Nie mówię o tym przypadkowo. Są przecież w życiu takie chwile, kiedy człowiek mógłby zejść z obranej drogi. Mógłby zrezygnować z tego, co kiedyś uznał za ważne. Mógłby porzucić swoje powołanie, ideały, marzenia, a nawet relację z Bogiem.

Można przecież żyć łatwiej bez Boga. Można nie stawiać sobie tak wymagających pytań, nie podejmować trudnych decyzji, nie mierzyć się z własnym sumieniem. Można wybrać drogę, która na pierwszy rzut oka wydaje się spokojniejsza, wygodniejsza i mniej wymagająca.

Ale czy to znaczy, że będzie ona pełniejsza? Czy życie pozbawione trudu wierności będzie rzeczywiście życiem bardziej spełnionym?

Dla mnie te słowa są przypomnieniem, że miłość nie polega wyłącznie na tym, co czujemy w chwilach uniesienia. Miłość jest również decyzją podejmowaną wtedy, gdy emocje milkną, gdy przychodzi zmęczenie, gdy droga staje się trudna. Jest wiernością temu, co rozpoznaliśmy jako dobro i prawdę. Jest pozostawaniem przy Bogu także wtedy, kiedy nie wszystko rozumiemy i kiedy nie otrzymujemy natychmiastowych odpowiedzi.

„Jeśli w szukaniu Bożej mądrości
Ufać Świętemu Augustynowi
Miłość – to wybór drogi miłości
I wierność wyborowi
”.

Te słowa nie są dla mnie jedynie piękną poetycką refleksją. Są przypomnieniem, że raz obranej drogi nie wystarczy tylko rozpocząć. Trzeba jeszcze na niej wytrwać, co nie jest proste i łatwe.

A wierność Bogu nie oznacza, że nigdy nie upadniemy, nie zwątpimy czy nie poczujemy zmęczenia. Nie oznacza również, że nasze błędne decyzje i złe wybory muszą przekreślić całą dotychczasową drogę. Przeciwnie, nawet z własnych błędów możemy wyciągnąć ważną lekcję, możemy dzięki nim lepiej zrozumieć siebie, dojrzalej spojrzeć na życie i odnaleźć właściwy kierunek. Wierność Bogu oznacza, że mimo tych doświadczeń nie przestajemy do Niego wracać.

Nie wystarczy kiedyś wybrać Boga. Trzeba wybierać Go również dzisiaj.

OD POSZUKIWANIA DO WIECZNOŚCI

Kiedy patrzymy na dzisiejsze czytania, widzimy niezwykłą drogę człowieka.

To droga od pytania o początek do odkrycia ostatecznego celu.

Człowiek nie został stworzony jedynie po to, by przez pewien czas istnieć, zdobywać, gromadzić i przemijać. Jesteśmy powołani do miłości, powołani do życia, które ma sens większy niż doczesność.

Dlatego nie powinniśmy bać się myśleć o przemijaniu. Powinniśmy raczej pozwolić, aby ta świadomość pomagała nam mądrzej żyć.

Nie chodzi o to, by każdego dnia pytać ze strachem, czy to już ostatni dzień naszego życia. Chodzi o to, by każdego dnia umieć odpowiedzieć sobie na pytanie: czy dzisiaj żyłem tak, jak chciałbym stanąć przed Bogiem?

Czy dzisiaj komuś pomogłem? Czy kogoś nie skrzywdziłem? Czy potrafiłem przebaczyć? Czy byłem wierny? Czy nie zmarnowałem czasu na rzeczy, które nie mają prawdziwej wartości?

Właśnie w tym tkwi istota ewangelicznej roztropności.

Nie wiemy, kiedy przyjdzie pan młody. Nie znamy dnia ani godziny. Ale możemy każdego dnia troszczyć się o oliwę w naszych lampach.

Możemy budować relację z Bogiem i człowiekiem, który jest obok, który towarzyszy nam w życiu. Możemy wybierać miłość. Możemy wracać na drogę, kiedy z niej zboczymy. Możemy być dla innych świadkami nadziei.

Bo śmierć nie jest ostatnim rozdziałem historii człowieka. W Chrystusie otwiera się przed nami perspektywa wieczności.

Niech więc nasze lampy nie gasną. Niech nie zabraknie nam oliwy wiary, nadziei i miłości. Niech Mądrość Boża prowadzi nas przez wszystkie dni naszego życia, także te trudne, kiedy brakuje nam sił.

A kiedy przyjdzie czas naszego spotkania z Panem, obyśmy mogli stanąć przed Nim nie jako ludzie, którzy tylko przez chwilę szukali Boga, ale jako ci, którzy mimo upadków, trudności i zwątpień nie przestali Go szukać, kochać i wybierać.

Bo ostatecznie nie chodzi tylko o to, aby dobrze rozpocząć drogę.

Chodzi o to, aby pozostać wiernym aż do końca.