Kiedy przed piętnastu laty, po opuszczeniu Kościoła rzymskokatolickiego, stanąłem na jednym z paryskich mostów z pustym portfelem, miałem pełną świadomość, że nikt mi już łatwo do tego portfela pieniędzy nie włoży. To był moment graniczny – chwila, w której dotychczasowy świat bezpowrotnie się zamknął, a przyszłość była jedną wielką niewiadomą. Trzeba było z czegoś żyć i z czegoś utrzymać rodzinę.

Dziś, z perspektywy czasu, wiem jedno: być księdzem to przede wszystkim służyć ludziom, dawać siebie innym i nieść realną pomoc. Gdy dziesięć lat temu zacząłem pracować w opiece nad osobami starszymi, szybko zrozumiałem, że to zajęcie stało się dla mnie nie tylko sposobem na zarabianie na chleb, ale moim drugim życiowym powołaniem. Służba przy łóżku chorego i samotnego człowieka okazała się przedłużeniem tej samej chrześcijańskiej diakonii – bezinteresownego wychodzenia naprzeciw potrzebującemu, tyle że sprowadzonego do konkretnych, codziennych czynności.

Przez ten dziesięć lat praca rzucała mnie w różne miejsca – pracowałem zarówno w małych firmach opiekuńczych, jak i w wielkich korporacjach zajmujących się opieką. Na tej drodze spotkałem i wciąż spotykam niezwykłych ludzi. Wśród moich kolegów z pracy są osoby przybywające z Polski, Ukrainy, z krajów Afryki oraz z najróżniejszych zakątków Europy. To często ludzie znakomicie wykształceni – nauczyciele, inżynierowie, humaniści – którzy w Niemczech czy we Francji pracują poniżej swoich kwalifikacji: jako opiekunowie, pomoc pielęgniarska czy pomoc kuchenna.

Niestety, wokół naszej pracy wciąż krążą krzywdzące mity. Niektórym wydaje się, że ta praca to taka prosta sprawa czy wręcz „zabawa”. Inni z kolei podchodzą do nas w sposób niezwykle pejoratywny i lekceważący, sprowadzając cały nasz trud do wulgarnego stwierdzenia, że wyjeżdżamy za granicę „podcierać tyłki” i „siedzieć za dobre pieniądze”.

Mało kto widzi, jak wysoka jest cena tego zarobku. Spotykałem ludzi, którzy przyjeżdżają do opieki na miesiąc lub dwa i są przy swoim podopiecznym dzień i noc – 24 godziny na dobę. Poświęcają swój czas, zdrowie, rozłąkę z własną rodziną i najbliższymi.

Sam też doświadczyłem, jak pracownik w tym sektorze bywa traktowany – byłem na każde zawołanie szefowej (i to rodaczki!), która uważała, że nie mam prawa do czasu wolnego, bo ona „daje mi pracę” i płaci głodową pensję. Traktowanie człowieka jak niewolnika w XXI wieku wciąż bywa przykrą rzeczywistością tej branży.

Gdy myślę o losie dzisiejszych opiekunów i o trudzie pracy na obczyźnie, wracam pamięcią do moich dawnych czasów posługi w Polskiej Misji Katolickiej we Francji. Warto pamiętać o historycznych korzeniach tej instytucji. Została ona stworzona we Francji w XIX wieku, w czasach Wielkiej Emigracji, z inicjatywy takich postaci jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid czy Fryderyk Chopin.

Powstała właśnie z myślą o Polakach, którzy wyjeżdżali na obczyznę do pracy – posługiwali w domach polskiej szlachty, książąt czy zamożnych rodzin francuskich. Byli to często ludzie niewykształceni, prości, rzuceni w obcy świat, którzy potrzebowali wsparcia duszpasterskiego i otuchy w rodzimym języku. Gdy posługiwałem w Paryżu, spotykałem kobiety i mężczyzn pracujących 24 godziny na dobę w prywatnych domach francuskich seniorów. To niezwykłe poświęcenie i ciężka praca, która kontynuuje tę samą historyczną dolę polskiego emigranta szukającego chleba i godności.

W mojej dziesięcioletniej karierze opiekuna medycznego zacząłem dostrzegać coś niezwykłego: od moich pacjentów dowiaduję się na temat historii oraz relacji polsko-niemieckich i europejskich więcej, niż kiedykolwiek przeczytałbym z jakiejkolwiek książki.

To są bezpośrednie, oparte na zaufaniu relacje. Mowa o pokoleniu, które pamięta jeszcze czas przedwojenny i lata II wojny światowej z perspektywy dziecięcych przeżyć. Kiedy stajesz przy człowieku w ostatnich chwilach jego życia, on próbuje ci tę swoją historię jeszcze opowiedzieć, przekazać, powierzyć. Relacje polsko-niemieckie przestają być wtedy polityczną abstrakcją – stają się żywym, osobistym doświadczeniem dwóch konkretnych istot ludzkich. Nie da się obok tej historii przejść obojętnie.

Obojętnie, czy pracujesz w stacjonarnym domu starców na etacie, czy posługujesz w trybie 24-godzinnym w prywatnym domu, czy robisz to w Polsce, w Niemczech czy we Francji – zawsze ścierasz się z czyimś konkretnym istnieniem, z drugą ludzką egzystencją.

Warunki życiowe i stan zdrowia doprowadziły Twojego podopiecznego do momentu, w którym stał się całkowicie zależny od drugiego człowieka. W tej sytuacji musisz pozostać człowiekiem dla człowieka. Wczuć się w jego położenie, okazać serce i empatię. Bycie opiekunem medycznym to nie jest zwykły wyuczony zawód – to powołanie. Ktoś, kto nie podchodzi do tej pracy z miłością i sercem, niczego w niej nie osiągnie i szybko wypali sam siebie. Tylko miłość i szacunek dla ludzkiej godności nadają naszej ciężkiej, niedocenianej pracy jej prawdziwy, nieskończony sens.