Kiedy otwiera się rynek bez wyrównania standardów kosztowych, środowiskowych i weterynaryjnych, powstaje mechanizm ekonomicznego dumpingu. Na wspólny rynek trafia tańsza produkcja konkurująca z lokalnym wytwórstwem, które działa pod znacznie bardziej surowym reżimem regulacyjnym.
W tym kontekście staje się problemem sposób, w jaki została zaprojektowana pomoc Ukrainie.

Rada UE przyznała w 2025 r., że pełna liberalizacja importu z Ukrainy doprowadziła do nierównowagi, zniekształceń rynkowych i presji na lokalnych producentów, a Komisja Europejska od 6 czerwca 2025 r. ponownie nałożyła cła i kontyngenty na ukraińskie produkty rolne. To nie wyczerpuje jednak tematu.

Zagrożeniem dla polskiego rynku jest sama struktura ukraińskiego rolnictwa. Według opracowania CASE 118 agroholdingów i dużych przedsiębiorstw kontroluje 52% ukraińskiej ziemi rolnej i wytwarza 54% produkcji, zatrudniając tylko 18% pracujących w sektorze. Dwadzieścia największych podmiotów kontroluje łącznie około 6,5 mln hektarów. To oznacza, że konkurencję dla polskiego gospodarstwa rodzinnego stanowi nie „rolnik z Ukrainy” w klasycznym sensie, lecz zasadniczo wysoko skapitalizowany podmiot przemysłowo-eksportowy, operujący w zupełnie innej skali. CASE wskazuje wprost, że agroholdingi wypierają mniejsze gospodarstwa z rynku.

Skala koncentracji jest olbrzymia. Przypatrzmy się największym graczom z Ukrainy. Kernel raportował 358 tys. ha banku ziemi na koniec czerwca 2024 r., a MHP komunikuje bank ziemi rzędu 360 tys. ha. Równolegle raport Oakland Institute wskazywał, że NCH Capital – fundusz z siedzibą w Nowym Jorku – należał do największych posiadaczy ziemi w Ukrainie, z areałem ok. 290,7 tys. ha. To istotne, bo pokazuje, że część korzyści z liberalizacji handlu może trafiać do dużych struktur kapitałowych, w tym powiązanych z zachodnimi, globalnymi inwestorami finansowymi. To nasila ich przewagę konkurencyjną, a w praktyce w dłuższej perspektywie prowadzi do wyeliminowania z rynku mniejszych uczestników.

Z perspektywy Polski ryzyko zatem nie ogranicza się jedynie do chwilowego spadku cen skupu. Długotrwała presja cenowa oznacza bowiem spadek rentowności słabszych kapitałowo gospodarstw, narastanie zadłużenia, wycofywanie się części producentów z rynku i dalszą koncentrację własności. W praktyce może to otworzyć drogę do wykupu ziemi oraz konsolidacji sektora przez większe podmioty finansowe i operacyjne, w tym – najprawdopodobniej – zagraniczne. Nie jest to więc problem wyłącznie dochodowy, lecz strukturalny: de facto znika lokalna zdolność produkcyjna, a wraz z nią odporność państwa i regionów na kryzysy. Jednocześnie wzrasta geopolityczna zależność.

W tym sensie outsourcing produkcji żywności może okazać się błędem porównywalnym, a w pewnych aspektach nawet groźniejszym niż wcześniejsze przenoszenie przemysłu do Chin. Utrata części przemysłu była ciosem dla rynku pracy i technologii. Utrata kontroli nad produkcją żywności dotyka jeszcze bardziej podstawowego poziomu bezpieczeństwa: ciągłości dostaw, stabilności cen, odporności na szoki geopolityczne i zdolności państwa do działania w warunkach kryzysowych. Europejskie instytucje chętnie podkreślają dziś, że bezpieczeństwo żywnościowe jest filarem strategicznej autonomii i że lokalna produkcja pozostaje warunkiem odporności całego systemu. Pytanie brzmi, co robią z tą wiedzą – a w tym zakresie odpowiedzi bywają rozczarowujące; piękne deklaracje kończą się na pustym performatywie.

Dlatego kolejne, praktyczne pytanie – na które warto odpowiedzieć samodzielnie, nie czekając dłużej na działanie ze strony EU- brzmi : jak pomagać Ukrainie? Wszak finalnie jest ważne, komu i na jakich warunkach pomaga obecny model liberalizacji. Jeżeli w praktyce premiuje on wielkie agroholdingi i kapitał finansowy, a koszty dostosowania przerzuca na rolników w państwach UE, to mamy do czynienia nie z racjonalną solidarnością, lecz z transferem kosztów i ryzyk. W takim układzie warto też zapytać wprost: jak wspieranie struktur powiązanych z nowojorskim kapitałem finansowym ma się do interesu strategicznego Polski i Unii Europejskiej, skoro sama UE coraz mocniej mówi dziś o autonomii, odporności i bezpieczeństwie żywnościowym jako własnych priorytetach? Ta kwestia jest tym bardziej żywotna dla Polski, że nawet solidarność wewnątrz Wspólnoty nie jest już wcale takim pewnikiem, jak niektórzy zdają się wierzyć.