Rzecz dorosłości bez odpowiedzialności
Na początku jest las pod niewielkim polskim miastem. Dwóch nastolatków i trzynastoletnia dziewczyna. Gaz pieprzowy, nóż, kopniaki, upokorzenia. Zniszczony telefon. I włączona kamera – nie po to, by udokumentować przestępstwo dla sądu, lecz by w sieci pojawił się kolejny filmik zbierający lajki za „odwagę”. Sprawa trafia do sądu rodzinnego. W mediach padają słowa: „nieletni”, „środki wychowawcze”, „kurator”. W komentarzach pod artykułami pojawiają się inne: „bezkarni, zwyrole, mali bandyci”.
To nie jest historia wyjątkowa. To jest symptom, że coś fundamentalnego pękło w naszym rozumieniu tego, kiedy człowiek przestaje być dzieckiem, a zaczyna być dorosły – nie tylko w przywilejach, lecz przede wszystkim w odpowiedzialności.
Ten esej jest próbą nazwania tego pęknięcia.
Gdzie kiedyś zaczynała się dorosłość
Przez większą część dziejów europejskiej cywilizacji odpowiedź była brutalnie prosta i spójna.
Prawo rzymskie i kanoniczne wyznaczało granicę: dziewczęta od dwunastego, chłopcy od czternastego roku życia mogli zawierać małżeństwa i byli uznawani za zdolnych do podejmowania decyzji wiążących na całe życie. W średniowiecznej Polsce i Europie odpowiedzialność karna zaczynała się często w tym samym wieku – uważano, że człowiek w tym wieku ma już wystarczające rozeznanie moralne, by odpowiadać za zło, które wyrządził.
Oczywiście, nie zawsze karano z całą surowością zapisu. Bywały łaski, kuratele, przebaczenia. Ale sama granica była jasna.
Czternasto–piętnastolatek mógł zakładać rodzinę, dziedziczyć majątek, iść do terminu u mistrza rzemiosła, stawać się czeladnikiem, odpowiadać za warsztat, za materiał, czasem za życie innych.
Dorosłość nie była wtedy abstrakcyjnym konstruktem psychologicznym, lecz konkretnym statusem społecznym: ktoś miał obowiązki wobec rodziny, pana, cechu, miasta. Przywileje i odpowiedzialność szły w parze. Nie było „dzieci z wąsami”.
Współczesny paradoks: dorośli w praktyce, dzieci w prawie
Dziś przeszliśmy drogę dokładnie odwrotną.
W XIX i XX wieku, wraz z rozwojem państwa opiekuńczego, edukacji powszechnej i idei ochrony dzieci, granice dorosłości przesuwano coraz wyżej – najpierw do szesnastu, potem do osiemnastu lat. W teorii miało to sens: świat się skomplikował, wymaga dłuższej nauki, większej wiedzy, dłuższego przygotowania.
W praktyce powstał jednak głęboki rozdźwięk.
Nastolatek w wieku piętnastu–siedemnastu lat żyje w rzeczywistości, która daje mu narzędzia i bodźce zarezerwowane kiedyś wyłącznie dla dorosłych:
👉 smartfon z nieograniczonym dostępem do pornografii, przemocy, hazardu, finansów,
👉 możliwość zarabiania w sieci (OnlyFans, dropshipping, kryptowaluty, influencerka),
👉 wcześniejsze wejście w życie seksualne niż jakiekolwiek pokolenie przed nim.
Jednocześnie prawo traktuje go jak dziecko aż do ukończenia osiemnastu lat – a w przypadku poważnych przestępstw nawet dłużej, bo sądy rodzinne mogą stosować środki wychowawcze wobec osób do 21. roku życia (choć po osiemnastce pełna odpowiedzialność karna jest bez wyjątków: art. 10 § 1 Kodeksu karnego jasno mówi, że dorosły odpowiada jak dorosły, bez taryfy ulgowej).
W efekcie mamy młodego człowieka, który jest dorosły w praktyce (w seksie, w pieniądzach, w przemocy), ale dziecko w prawie (w odpowiedzialności do osiemnastki). Korzysta z przywilejów dorosłości, ale wciąż liczy na parasol ochronny przysługujący dziecku.
To właśnie jest „dziecko z wąsami”.
Przemoc młodocianych jako objaw próżni normatywnej
W takiej próżni normatywnej przemoc rówieśnicza przestaje być tylko problemem patologii rodzinnej czy biedy. Staje się wypaczoną formą inicjacji w dorosłość.
Zamiast tradycyjnych rytuałów przejścia (praca, małżeństwo, odpowiedzialność za innych) młodzi przechodzą „chrzest” przez spektakl okrucieństwa: pobicie nagrane telefonem, upokorzenie publikowane w sieci, lajki jako waluta uznania w grupie.
Ważne jest nie tylko zranienie ofiary, ale pokazanie, że „ja mogę”. To inicjacja bez odpowiedzialności – i dlatego tak atrakcyjna.
Społeczeństwo reaguje z opóźnieniem i w dwóch sprzecznych rejestrach:
👉 jedni krzyczą „karać jak dorosłych!”,
👉 drudzy tłumaczą „to ofiary systemu, traumy, zaniedbań”.
Oba głosy mają swoje racje, ale oba mijają sedno: jak to się dzieje, że młodzi ludzie wchodzą w najbardziej brutalne role dorosłości, nie mając równocześnie żadnego doświadczenia odpowiedzialności za siebie i za innych?
Edukacja jako tarcza i jako odroczenie odpowiedzialności
W tej układance szczególne miejsce zajmuje system edukacji.
Obowiązek nauki (szkolnej lub pozaszkolnej) trwa do ukończenia 18. roku życia – potem kończy się całkowicie (art. 35 ust. 1 Prawa oświatowego). Pełnoletni uczeń może zrezygnować z liceum czy technikum w dowolnym momencie, bez zgody kogokolwiek: nikt nie zmusi go do powrotu, a rodzice tracą nawet prawo do wglądu w jego oceny. Formalnie jest wolny – dorosły w pełni, z prawem do samodzielnych decyzji.
A jednak… większość nie ucieka. Z dostępnych danych GUS i MEiN wynika, że mniej więcej 85–90% osób po 18. roku życia kontynuuje szkołę średnią do końca: liceum kończą w wieku 19 lat, technikum w 20. Rezygnacje są marginalne – to raczej wyjątek niż reguła. Nie wynika to już z przymusu prawnego, lecz z mieszaniny czynników kulturowych i ekonomicznych: matura to furtka do studiów i rynku pracy, a inercja systemu („skoro został rok, to dociągnę”) plus presja rodziny i otoczenia trzymają ich w ławkach.
Równolegle jednak, według danych Policji, co roku rejestrowane są tysiące czynów karalnych popełnianych przez nieletnich, a sądy rodzinne rozpatrują dziesiątki tysięcy spraw o demoralizację. Największy udział w przestępczości mają osoby w wieku 15–17 lat – czyli dokładnie ta grupa, która wciąż siedzi w szkolnych ławkach, a jednocześnie coraz częściej wchodzi w dorosłe role przemocy i przestępczości.
To absurdalne zawieszenie: dwudziestolatek w technikum jest dorosły prawnie (głosuje, podpisuje umowy, zarabia na zleceniach), ale kulturowo wciąż w roli ucznia – z regulaminem, ocenami z zachowania i poczuciem, że „szkoła to nie dorosłość”. Piętnastolatek w liceum jest dzieckiem w prawie, ale dorosłym w brutalnym czynie.
To nie jest ochrona. To jest fikcja, którą płacimy strachem – przedłużone dzieciństwo, które nie uczy brania odpowiedzialności, bo po co, skoro po osiemnastce możesz wyjść, ale… i tak zostajesz.
„18 lat albo zawód” – próba przywrócenia spójności
Stąd od lat powraca pomysł, który brzmi radykalnie, ale jest w gruncie rzeczy powrotem do starej logiki: osiemnaście lat albo zawód.
Kto w wieku szesnastu–siedemnastu lat zdobędzie realne, państwowo uznane kwalifikacje zawodowe (dyplom czeladnika, technika, certyfikat branżowy) i zacznie pracować – kończy obowiązek szkolny wcześniej i zyskuje pełną inicjację w dorosłość.
Kto woli tradycyjną ścieżkę – liceum, matura, studia – zostaje pod parasolem ochronnym do osiemnastki, a potem sam decyduje.
Nie chodzi o zmuszanie kogokolwiek do wcześniejszego kończenia edukacji. Chodzi o uznanie, że dorosłość może i powinna zaczynać się w momencie, gdy ktoś realnie wchodzi w dorosłe role – również te najtrudniejsze.
To nie cofa nas do średniowiecza, ale przywraca pewien porządek: skoro po osiemnastce możesz zrezygnować ze szkoły (i większość tego nie robi), to dlaczego nie powiązać tej wolności z realną odpowiedzialnością zawodową, gdy ktoś wcześniej jest na nią gotów?
Między ochroną a bezradnością
Granica między ochroną a bezradnością jest dziś jedną z najtrudniejszych do uchwycenia.
Z jednej strony mamy słuszną troskę o dzieci i młodzież – świadomość, że dorastają w świecie pełnym presji, traum, nierówności i pokus, które mogą ich przerastać. Każdy system prawny i wychowawczy musi brać pod uwagę, że młody człowiek nie zawsze jest w pełni winny temu, co czyni.
Z drugiej strony rośnie poczucie zagrożenia i niesprawiedliwości wśród dorosłych, którzy widzą brutalne czyny nastolatków i słyszą, że „to ofiary systemu”. W tym rozdźwięku kryje się coś więcej niż spór o paragrafy – kryje się pytanie o samą istotę dorosłości.
Czy dorosłość jest dziś jeszcze możliwa do zdefiniowania w sposób jednoznaczny? Technologia rozmywa granice: piętnastolatek może mieć większy dostęp do pornografii, finansów czy narzędzi przemocy niż jego rodzice. Kultura rozmywa granice: inicjacja seksualna i społeczna następuje wcześniej niż kiedykolwiek. Prawo rozmywa granice: chroni młodych do osiemnastki, ale jednocześnie pozwala im korzystać z przywilejów dorosłości.
W efekcie społeczeństwo stoi w próżni – rozdarte między dwoma pokusami:
👉utwardzeniem prawa („karać od trzynastego roku życia”),
👉niekończącym się usprawiedliwianiem („to ofiary systemu”).
Oba rozwiązania są skrajne i oba mijają sedno. Sednem jest bowiem to, że młodzi ludzie wchodzą dziś w dorosłość szybciej niż kiedykolwiek – w sferach seksu, pieniędzy, technologii i przemocy – a jednocześnie są dłużej niż kiedykolwiek traktowani jak dzieci w sferze odpowiedzialności.
To właśnie w tej szczelinie rodzi się podwójne poczucie: bezkarności po stronie młodych i bezradności po stronie dorosłych. Jeśli nie znajdziemy sposobu, by przywrócić spójność między tym, co wolno, a tym, za co się odpowiada, będziemy wciąż dryfować między ochroną a bezsilnością – jak statek, który stracił ster i daje się nieść falom.
I tu tkwi najważniejsze pytanie cywilizacyjne: czy potrafimy jeszcze wyznaczyć granicę dorosłości w epoce, w której dzieci dorastają szybciej niż kiedykolwiek, a prawo i kultura spóźniają się za nimi o całe pokolenie?
Żeby być obiektywnym, trzeba zauważyć, że nie jest to jednak wyłącznie polska sprzeczność. W Europie granicę dorosłości wyznacza się na 18 lat, podczas gdy w wielu kulturach pozaeuropejskich inicjacja następuje znacznie wcześniej – często wraz z dojrzewaniem biologicznym. W praktyce oznacza to, że młodzi przybysze, którzy w swojej tradycji są już dorośli, w Europie korzystają z ochrony dzieci. Ta rozbieżność bywa wykorzystywana w niecnych celach, a jednocześnie odsłania, jak arbitralne i kruche są nasze definicje dorosłości.
Huśtawka na pustym placu
Jeśli nie znajdziemy sposobu, by przywrócić spójność między tym, co wolno, a tym, za co się odpowiada, to za kilka lat prawdziwe dzieci naprawdę będą siedziały w domach.
Nie z nadopiekuńczości rodziców. Ze strachu przed rówieśnikami, którzy dorośli za wcześnie w przemocy i seksualności, a za późno – w odpowiedzialności.
I wtedy na opuszczonym placu zabaw będzie kołysała się tylko jedna huśtawka. Pusta.
Nie dlatego, że zabrakło dzieci. Dlatego, że przestaliśmy je uczyć, co znaczy być dorosłym.
Zbigniew Grzyb
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz