Miejscowość do której przylecieliśmy, to Ahwaz — przeszło półtoramilionowa metropolia w stanie Chuzestan w południowo-zachodniej części Iranu. Posiada port nad wypływającą z gór Zagros i wpadającą do Zatoki Perskiej największą i najdłuższą w Iranie ( 950 km) rzeką Karun.

Miasto posiada długą historię. Pierwsza osada założona została jeszcze w czasach perskich i była typowo rolniczym zapleczem Iranu. Z tamtego okresu nie zachowały się żadne staroperskie budowle, ponieważ podczas najazdów mongolskich zostały zniszczone.

Urodzajne ziemie od wieków sprzyjają rolnictwu. Uprawia się tutaj trzcinę cukrową, rozwija się sadownictwo i ogrodnictwo,plantacje moreli,migdałów i owoców cytrusowych. Z okien naszego autokaru widzieliśmy zielone pola i uprawy. Widok ten mocno kontrastował z tym co jeszcze kilkanaście godzin temu widzieliśmy w Teheranie gdzie było szaro i mimo pełnego słońca zimowo. Dowiedzieliśmy się, że jakieś 80-100 lat temu tereny te pokrywały gęste lasy i były lwy na które polowano.
Odkrycie w stanie Chuzestanie olbrzymich pól naftowych ( 50% zasobów irańskiej ropy) przyczyniło się do gwałtownego rozwoju regionu i miasta.

Jechaliśmy przez tereny graniczące z Irakiem które pierwsze odczuły skutki krwawej wojny irańsko-irackiej (1980-1988), którą rozpoczął Saddam Husajn podpuszczony przez Stany Zjednoczone. W pierwszej fazie wojny miał on znaczną przewagę w powietrzu, gdyż ajatollah Chomeini swoimi nieodpowiedzialnymi działaniami osłabił znacznie lotnictwo irańskie zamykając do więzień i torturując lotników wyszkolonych w okresie Pahlaviego. Ich wina polegała na tym, że nie opowiedzieli się za rewolucją islamską tylko za szachem.

Dominacja lotnictwa irackiego wymusiła na Chomeinim wypuszczenie pilotów z więzień i ponowne wcielenie ich do armii. Mimo doznanych osobistych krzywd podczas walki z wrogiem wykazali się oni niezwykle patriotyczną postawą. Wielu z nich zginęło, ale odzyskali oni przewagę irańską w powietrzu.

Wojna była niezwykle zacięta i krwawa przyniosła obu stronom ogromne straty. W czasie 8-letnich walk zginęło ponad milion ludzi po każdej stronie. Jadąc przez Iran widzieliśmy na murach, ścianach domów, kolumnach, przęsłach mostowych, banerach, przystankach autobusowych i portach lotniczych setki portretów i murali z żołnierzami którzy polegli w walce o wolny i niepodległy Iran. Tak Irańczycy czczą swych bohaterów.

Rozmawiając o wojnie nie wiadomo kiedy dojechaliśmy do liczącej sobie ok 6000 lat stolicy starożytnego Elamu, Suzy. Było to nasze kolejne spotkanie z historią. Imperium Elamickie obejmowało 9 milionów km2, a miasto położone było na 400 ha. Była to wielka cywilizacja tętniąca życiem, a Suza stolicą kilku cywilizacji m. in. jedną ze stolic imperium Cyrusa Wielkiego. Dzięki wynalezieniu pisma i skodyfikowaniu zasad handlu, miasto wraz z innymi ośrodkami Mezopotamii uważane jest za kolebkę współczesnej cywilizacji. To właśnie tu znajduje się mauzoleum proroka Daniela (symboliczny grobowiec), bo tak naprawdę nie wiadomo, gdzie został pochowany.

Oglądaliśmy pozostałości miasta, fragmenty majestatycznych kolumn leżących na ziemi i ich zwieńczenia w postaci olbrzymich końskich głów. Na wszystkich duże wrażenie zrobiły pozostałości po sali tronowej i przypuszczalne miejsce na którym stał tron pradawnych władców.

Upływ czasu i wojny skutkowały tym, iż niewiele dotrwało do naszych czasów, ponadto część zabytków z Suzy jest w Luwrze, a niewielka część w muzeum w Teheranie.

Nad wykopaliskami góruje zamek zbudowany przez Francuzów z resztek archeologicznego gruzu (cegieł i kamieni). Gdy się dokładnie przyglądało cegłom z których zbudowane były mury, to na niektórych można zobaczyć napisy wykonane pismem klinowym.

Obok zamku i muzeum znajdował się sklepik z pamiątkami w którym oprócz biżuterii, pamiątkowych albumów i pocztówek można było nabyć oryginalne gliniane naczynia i figurki wykonywane na miejscu przez miejscowych artystów. Były bardzo piękne i pięknie wykonane, a najważniejsze, że to nie żadna produkcja z Chin. Nabyliśmy więc kilka.

Następnie udaliśmy się do oddalonego ok.50 km. majestatycznego zigguratu (piramidy) Czoga Zanbil wpisanego na listę UNESCO, jedynego tak doskonale zachowanego na świecie obiektu z czasów Mezopotamii. Olbrzymia budowla przypominająca kształtem piramidę schodkową, była elamicką świątynią powstałą w XIII w przed Chrystusem. Odkryta została w czasach Pahlavih, przypadkowo z samolotu podczas poszukiwania złóż ropy naftowej. Pilota zaintrygował dziwny kształt pagórka na płaskiej pustyni o czym powiadomił przełożonych, a ci archeologów. Już pierwsze prace badawcze ujawniły, że pagórek skrywa tajemniczą budowlę który okazał się piramidą przysypaną piaskiem pustyni przez kilka tysięcy lat.

Mimo wyglądu jej budowa w niczym nie przypomina piramid egipskich. Nie jest bowiem grobowcem z typową dla nich komorą grobową tylko świątynią. Ziggurat otoczony był trzema murami. Mur wewnętrzny, o średnicy ok. 400 metrów, zwany był Świętym Kręgiem. Miał 7 bram, a z każdej z nich biegła wąska ścieżka wyłożona cegłami. W obrębie tego muru znajdowały się również 3 inne świątynie dedykowane poszczególnym bóstwom.

Podstawowym budulcem piramid wszystkich jakie do tej pory widziałam był kamień, dlatego byłam mocno zaskoczona gdy zobaczyłam, że cała zbudowana została z jasnobrązowych cegieł. Do jej zbudowania wykorzystano ich miliony.
Chodząc po oryginalnej kamiennej drodze, którą zbudowali ludzie żyjący 3500 lat przed nami, oglądaliśmy tę fascynującą budowlę z fragmentami pisma klinowego pozostawionego w cegłach muru, którego podstawa jest kwadratowa o wymiarach około 100 x 100 metrów.

Idąc powoli obeszliśmy ją dookoła. Żałowałam tylko, że nie można wejść do jej środka. Patrząc na nią widziałam na własne oczy historię w czystej postaci.

Ponieważ budowla znajdowała się na pustyni zastanawialiśmy się jak była ona zaopatrywana w wodę. Na ten temat istnieją różne teorie. Do dziś nie jest to jednoznacznie rozstrzygnięte. Jedna mówi, że wodę dostarczano z odległej o 40 km rzeki i gromadzono w kolektorach, o czym mogą świadczyć fragmenty kanałów wokół. Specjaliści twierdzą jednak, że to za daleko. Z kolei inni skłaniają się do tego, iż zbierano wodę deszczową co ułatwiały rosnące wokół lasy gromadzące wilgoć. Tak czy inaczej jednoznacznej opinii na ten temat nie ma.

To co rzuciło mi się w oczy, to, prawie brak turystów. Przy tak niesamowicie ciekawym obiekcie powinny być ich tłumy, a oprócz nas było zaledwie kilkunastu zwiedzających. Myślę, że wszystko się zmieni gdy Zachód odkryje Iran.

Wracając do autobusu, wstąpiliśmy do znajdującego się niedaleko piramidy tzw „mozin” -rodzaju naszej altany z tym, że zbudowanej z trzciny. Dawała cień i możliwość odpoczynku. Ponieważ wewnątrz można było rozpalić ognisko, równocześnie służyła do spotkań towarzyskich przy herbacie i kawie.

Po obejrzeniu altany pojechaliśmy na obiad do restauracji mieszczącej się w prywatnym arabskim a nie perskim domu. Nasi towarzysze podróży woleli zostać na podwórku, gdzie stały stoły i krzesła. Ja z mężem wybraliśmy sobie pomieszczenie w którym można było zjeść posiłek w tradycyjny arabski sposób tzn. siedząc na podłodze pokrytej dywanami i opierając się o specjalne wałki. Obiad był obfity i wyśmienity. Co chwilę donoszone były kolejne potraw. Była to firma rodzinna, gospodarz miał na imię Ali. Jego żona i córki gotowały a on wraz nimi usługiwał gościom. Na zakończenie posiłku przyszedł pan domu , przyniósł kawę i napoje i przysiadł się do nas, żeby porozmawiać. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Żona gospodarza prosiła, aby jej zdjęcia nie publikować w internecie więc uszanowaliśmy jej wolę.

Po obiedzie wyruszyliśmy do Szusztaru, aby obejrzeć następny obiekt -geniusz starożytnej inżynierii hydrologicznej wpisany na listę UNESCO. Był to unikatowy na skalę światową kompleks wodospadów, tam, młynów i kanałów sprzed prawie 2000 lat. Widok był naprawdę niesamowity, każdy szczegół miał tu swoje znaczenie. Przeciętnemu człowiekowi niemającemu znajomości w tym zakresie trudno było pojąć na czym to wszystko polega, ale na szczęście mieliśmy wśród nas inżyniera, który się na tym znał i w sposób możliwie dla nas przystępny wytłumaczył zasady działania tego systemu. Zachodzące powoli słońce i zapalające się powoli latarnie powodowały, że to miejsce nabierało dodatkowego uroku.

Wracając do hotelu wstąpiliśmy do jednej z herbaciarni, gdzie na tradycyjnych wyłożonych dywanami platformach oparci na poduszkach pijąc irańską gorącą herbatę dzieliliśmy się wrażeniami mijającego dnia. Przez balustradę naszej herbaciarni widać oświetlony most zbudowany przed wiekami rękami rzymskich niewolników. Pierwszy raz zastosowano tu cement, znany Rzymianom od III w.


Mile spędzony dzień dobiegał końca. Pokonaliśmy trasę ok. 240 km. Jutro czeka nas trasa o wiele dłuższa, bo ok 580 km. Wczesnym rankiem wyruszymy śladem Perskiej Drogi Królewskiej-starożytnego szlaku łączącego Mezopotamię z Persją. Ale o tym już w następnej części mojego opowiadania.

Foto:Liliana Borodziuk,Zdzisław Borodziuk